"Manglehorn", rez. David Gordon Green, USA 2014, film, pokaz przedpremierowy kino Muranów
Pacino dobry, film sredni, przeslanie oczywiste.
Pacino w kameralnej pozbawionej fajerwerkow roli pozytywnie zaskakuje potwierdzając nieuchronność przemijania. To pozytywne zaskoczenie wynika z faktu, ze zgadzając się na gre w niskobudżetowym, kameralnym filmie, zgadza się także na na role starego faceta, którym jest także prywatnie. Stary aktor, gra starego, zgorzkniałego, ciut zdziwaczałego gościa. Niby oczywiste, ale aktorzy tego rozmiaru, tej klasy niezbyt chętnie pokazuja się bez charakteryzacji przyznając, ze upływ czasu pozostawia piętno także na ich twarzach.
Obejrzalem z zainteresowaniem.
Powodowany wyglądem Pacino nie moglem się jednak uwolnić od obrazow, które tkwia w mojej pamięci, filmow w których zaczynający karierę Pacino wygladal zupełnie inaczej. Dobrze pamiętam znakomitych "Narkomanow", "Stracha na wróble", "Cruising", czy "Ojca Chrzestnego". Czas jest dla aktorow bezwzgedny. Bardziej niż dla "zwykłych" ludzi.
A przeslanie filmu? Autor scenariusza musial sluchac Grechuty. "Ważne sa dni których jeszcze nie znamy" może być mottem tego filmu. Nie warto grzebać w przeszlosci, rozdrapywać rany. Jak nowa kolezanka proponuje wspolna kapiel, nie ma się co zastanawiać nad kolorem kapielowek.
Tylko plum!
sobota, 30 maja 2015
środa, 27 maja 2015
Szosa z synkiem, niedziela 2015.05.24, rowerowe
Szosa z synkiem, niedziela 2015.05.24, rowerowe
wtorek, 5 maja 2015
Błoto! To je to! Heubach MTB-Festival Bike the Rock. 1-3 Maja 2015
Błoto! To je to! Heubach MTB-Festival Bike the Rock. 1-3 Maja 2015
środa, 29 kwietnia 2015
"Wiza do Iranu", aut. Artur Orzech, książka, 2014
"Wiza do Iranu", aut. Artur Orzech, książka, 2014
Przypadek sprawil, ze po książce Wojciecha Manna przeczytałem kolejna ksiazka napisana przez trojkowego redaktora muzycznego. Ta także została przyniesiona przez Mikolaja i także ta nie jest o muzyce... Jest reportażem z podrozy do Iranu bogato ilustrowanym zdjęciami zony autora - Karoliny.
Wielkim pisarzem Artur Orzech nie jest (moim zdaniem oczywiście). Jednak wartoscia książki nie sa zdolności literackie autora, ani szczególna wrazliwosc obserwatora-reportażysty, lecz fakt, ze autor mowi po persku...
Tak, tak... Artur Orzech skonczyl iranistykę na UW i gada po ichniemu jak po naszemu. Na tyle dobrze, ze ma w swoim c.v. dobrze zapowiadajaca się karierę tlumacza. Był w Iranie jakiś czas temu jako oficjalny tłumacz naszej delegacji handlowej sprzedającej Iranowi cukrownie, czy inna mleczarnie. Malo tego! Dalbym sobie glowe uciac, ze slyszalem na antenie Trojki jak A. Orzech prowadzil wywiad ze spiewajaca artystka w jezyku szwedzkim! Spiewajaco! I więcej! Facet gada także po angielsku! Slyszalem go live, gdy prowadzil konkurs Eurowizji. Imponuja mi ludzie mowiacy kilkoma jezykami. Jakis czas temu usilowalem posiasc umiejetnosc wladania jezykiem Cervantesa i poległem sromotnie ograniczając swoje zdolności lingwistyczne do rosyjskiego i angielskiego. A mam w szerokim kręgu znajomych faceta, który francuski, wloski, hiszpański, swietny angielski przetyka znakomitym niemieckim i okrasza bardzo dobrym rosyjskim. Przyjemnie się go slucha kiedy miesza trzy jezyki, a jemu się nie miesza... Slyszam na własne uszy.
Ale, ale... Wracam do Artura Orzecha.
Wielkim pisarzem nie jest, ale ze mowi po persku potrafi wniknąć znacznie glebiej w codziennosc Iranu, wejść do perskiego domu, posiasc wiedze dostepna dla "swoich". Jest w tej ksiazce wiele smaczków wynikających wlasnie z jego iranistycznej wiedzy (nie tylko jezyka), latwosci nawiązywania kontaktow oraz, co wielokrotnie podkresla, milosci jaka darzy Iran, Iranczykow i ich kulture.
Przeczytalem "Wize do Iranu" tuz przed zniesieniem embarga na iranska rope i zgoda Iranu na scisla kontrole jego programu atomowego. To szczególny kraj. To dumni ze swojej wielowiekowej historii Persowie tkwiący w okowach państwa wyznaniowego, do którego wrócili na własne zyczenie po pozbyciu się Rezy Pahlawiego, powrocie z emigracji Chomeiniego. Kraj, który za cene uporu w kontynuowaniu swojego programu atomowego dobrowolnie skazal się na ubóstwo, gdyż embargo pozbawilo Iran dochodow z ropy naftowej. Kraj ludzi, dla których znajmosc klasycznych, rodzimych poetow to oczywistość, gdzie ich wiersze i poematy sa powszechnie znane, cytowane i sa odtwarzane z kaset nawet przez taksówkarzy... Kraj, którego meska reprezenacja siatkówki zloila niedawno skore naszym siatkarzom, a ludzie kultury regularnie zdobywają nagrody na wielu festiwalach filmowych. Kraj w którym sieje postrach policja wyznaniowa, w którym jednak młodzi ludzie imprezują w rytmie hip-hopu. Iran także okazal się być kolejnym po Polsce krajem, gdzie kaseta magnetofonowa zrobila szczegolna karierę. Bez kasety nie byłoby w PL disco polo, a w Iranie Chomeiniego, który wlasnie dzięki temu nośnikowi stal się powszechnie znany i popularny w swojej ojczyźnie. (wysylal swoje kazania/przeslania z emigracji we Francji na kasetach wlasnie, a w Iranie masowo je kopiowano i rozpowszechniano; z dwojga wybieram disco polo)
To i więcej, w "Wizie do Iranu", bardzo osobistej, bez jezykowych posrednikow, książce-reportazu, autorstwa Artura Orzecha.
Bez zachwytu, ale ciekawe.
Przypadek sprawil, ze po książce Wojciecha Manna przeczytałem kolejna ksiazka napisana przez trojkowego redaktora muzycznego. Ta także została przyniesiona przez Mikolaja i także ta nie jest o muzyce... Jest reportażem z podrozy do Iranu bogato ilustrowanym zdjęciami zony autora - Karoliny.Wielkim pisarzem Artur Orzech nie jest (moim zdaniem oczywiście). Jednak wartoscia książki nie sa zdolności literackie autora, ani szczególna wrazliwosc obserwatora-reportażysty, lecz fakt, ze autor mowi po persku...
Tak, tak... Artur Orzech skonczyl iranistykę na UW i gada po ichniemu jak po naszemu. Na tyle dobrze, ze ma w swoim c.v. dobrze zapowiadajaca się karierę tlumacza. Był w Iranie jakiś czas temu jako oficjalny tłumacz naszej delegacji handlowej sprzedającej Iranowi cukrownie, czy inna mleczarnie. Malo tego! Dalbym sobie glowe uciac, ze slyszalem na antenie Trojki jak A. Orzech prowadzil wywiad ze spiewajaca artystka w jezyku szwedzkim! Spiewajaco! I więcej! Facet gada także po angielsku! Slyszalem go live, gdy prowadzil konkurs Eurowizji. Imponuja mi ludzie mowiacy kilkoma jezykami. Jakis czas temu usilowalem posiasc umiejetnosc wladania jezykiem Cervantesa i poległem sromotnie ograniczając swoje zdolności lingwistyczne do rosyjskiego i angielskiego. A mam w szerokim kręgu znajomych faceta, który francuski, wloski, hiszpański, swietny angielski przetyka znakomitym niemieckim i okrasza bardzo dobrym rosyjskim. Przyjemnie się go slucha kiedy miesza trzy jezyki, a jemu się nie miesza... Slyszam na własne uszy.
Ale, ale... Wracam do Artura Orzecha.
Wielkim pisarzem nie jest, ale ze mowi po persku potrafi wniknąć znacznie glebiej w codziennosc Iranu, wejść do perskiego domu, posiasc wiedze dostepna dla "swoich". Jest w tej ksiazce wiele smaczków wynikających wlasnie z jego iranistycznej wiedzy (nie tylko jezyka), latwosci nawiązywania kontaktow oraz, co wielokrotnie podkresla, milosci jaka darzy Iran, Iranczykow i ich kulture.
Przeczytalem "Wize do Iranu" tuz przed zniesieniem embarga na iranska rope i zgoda Iranu na scisla kontrole jego programu atomowego. To szczególny kraj. To dumni ze swojej wielowiekowej historii Persowie tkwiący w okowach państwa wyznaniowego, do którego wrócili na własne zyczenie po pozbyciu się Rezy Pahlawiego, powrocie z emigracji Chomeiniego. Kraj, który za cene uporu w kontynuowaniu swojego programu atomowego dobrowolnie skazal się na ubóstwo, gdyż embargo pozbawilo Iran dochodow z ropy naftowej. Kraj ludzi, dla których znajmosc klasycznych, rodzimych poetow to oczywistość, gdzie ich wiersze i poematy sa powszechnie znane, cytowane i sa odtwarzane z kaset nawet przez taksówkarzy... Kraj, którego meska reprezenacja siatkówki zloila niedawno skore naszym siatkarzom, a ludzie kultury regularnie zdobywają nagrody na wielu festiwalach filmowych. Kraj w którym sieje postrach policja wyznaniowa, w którym jednak młodzi ludzie imprezują w rytmie hip-hopu. Iran także okazal się być kolejnym po Polsce krajem, gdzie kaseta magnetofonowa zrobila szczegolna karierę. Bez kasety nie byłoby w PL disco polo, a w Iranie Chomeiniego, który wlasnie dzięki temu nośnikowi stal się powszechnie znany i popularny w swojej ojczyźnie. (wysylal swoje kazania/przeslania z emigracji we Francji na kasetach wlasnie, a w Iranie masowo je kopiowano i rozpowszechniano; z dwojga wybieram disco polo)
To i więcej, w "Wizie do Iranu", bardzo osobistej, bez jezykowych posrednikow, książce-reportazu, autorstwa Artura Orzecha.
Bez zachwytu, ale ciekawe.
sobota, 25 kwietnia 2015
"Foto Grafo Mannia, Obrazki autobiograficzne", aut. Wojciech Mann, 2014, książka
"Foto Grafo Mannia, Obrazki autobiograficzne", aut. Wojciech Mann, 2014, książka
To jedna z książek przyniesionych przez Mikolaja. Sam bym nie kupil
i pewnie nie przeczytal, a tak, prosze, przeczytałem. I to jakiś czas temu.
NIE podobala mi się.
A przecież lubie Wojciecha Manna. Zawsze go lubiłem. Lubie go na tyle, ze gdy przez jakiś czas, kiedy zaangazowal się w Radio Kolor, zaczalem sluchac (czasami) czegos innego niż Trojka. (Musze wtracic, ze był to czas kiedy Trojka trochę oslabla, szukala nowej formuly). Lubie tego faceta, także za "Szanse na sukces" (szkoda, ze już nie ma tego programu), a teraz za trójkowe piatki, kiedy już od 6-stej rano dodaje do piątkowego luzu, swoja muzyke, pogaduchy i przkomarzanie z Michałem Nogasiem.
Jakis czas temu przeczytałem inna jego ksiazke - "Rock Mann", ktora pomimo pewnych niedostakow, podobala mi się (tutaj wrazenia).
Ale tama ksiazka była o muzyce, czyli o naturalnej dla W. Manna materii, o której wie, w której tkwi, w której jest dobry.
"Foto Grafo Mania..." to zupełnie inna ksiazka. Autor prezentuje swoje zdjęcia, których jest bohaterem od narodzin po czasy wspolczesne i komentuje je usilujac zrobić to dowcipnie. "Usiłowanie" czytane jako silenie się na dowcip, stanowi o slabosci książki. Ponadto sam pomysl pasuje bardziej do blogosfery niż do książki. Kolejnym niedomaganiem (moim zdaniem oczywiście) jest wrazenie, ze Wojciech Mann USIŁUJE swoja "muzyczna" popularność, rzutkość i dowcip przenieść na sfery, gdzie niekoniecznie jest tak dobry jak w muzyce i jej okolicach. Był taki TV program - "MdM" plus jego wariacje, który polegl, z prozaicznego powodu - nie był, a miał być, smieszny.
"Foto Grafo Mania..." jest wlasnie takim "MdM".
To jedna z książek przyniesionych przez Mikolaja. Sam bym nie kupil i pewnie nie przeczytal, a tak, prosze, przeczytałem. I to jakiś czas temu.
NIE podobala mi się.
A przecież lubie Wojciecha Manna. Zawsze go lubiłem. Lubie go na tyle, ze gdy przez jakiś czas, kiedy zaangazowal się w Radio Kolor, zaczalem sluchac (czasami) czegos innego niż Trojka. (Musze wtracic, ze był to czas kiedy Trojka trochę oslabla, szukala nowej formuly). Lubie tego faceta, także za "Szanse na sukces" (szkoda, ze już nie ma tego programu), a teraz za trójkowe piatki, kiedy już od 6-stej rano dodaje do piątkowego luzu, swoja muzyke, pogaduchy i przkomarzanie z Michałem Nogasiem.
Jakis czas temu przeczytałem inna jego ksiazke - "Rock Mann", ktora pomimo pewnych niedostakow, podobala mi się (tutaj wrazenia).
Ale tama ksiazka była o muzyce, czyli o naturalnej dla W. Manna materii, o której wie, w której tkwi, w której jest dobry.
"Foto Grafo Mania..." jest wlasnie takim "MdM".
środa, 22 kwietnia 2015
"Mamma Mia!", musical, 2015, Teatr Muzyczny Roma, właśnie na deskach
"Mamma Mia!", musical, 2015, Teatr Muzyczny Roma, właśnie na deskach
Wlasnie obejrzelem polska wersje musicalu. Poszedlem z własnej woli, a jeszcze nie tak dawno omijałem "Mamma Mie!". Pomysl na filmowa wersje (wówczas nie miałem pojęcia, ze to przeniesienie z musicalu), w której Maryla wespol z Brosnanem spiewaja hity Abby, wydawal mi się tak niedorzeczny i karkołomny, ze budzil we mnie sprzeciw. Jednak ktoregos wieczora obejrzałem (na rowerze) wersje filmowa (wrazenia tutaj), po czym natychmiast kupiłem cd Abby...
Kiedy doleciało do mnie, ze Roma wystawila "Mamma Mia!" nie pozostalo mi nic innego tylko sprawdzić jak polskie przedstawienie ma się do wersji filmowej, która tak bardzo mi się spodobala.
Ma się dobrze.
Warto pojsc.
Kolorowo, wesoło, brawurowo.
No i, l i v e!
O bilety nie jest latwo. "Mamma Mia!" miała polska premiere w lutym tego roku. Żeby kupic dobre miejsce (inne niż dobre, czyli blisko sceny - nie warto) trzeba to zrobić z 2-miesiecznym wyprzedzeniem. 1-szy rząd, 1-sze miejsce (100 zl) to za bardzo "na skrzydle", ale nie było zle. Bezposrednia bliskość aktorow, sceny, to fajna sprawa, nawet jeśli z racji pozycji musialem siedzieć trochę bokiem. Wszystko na wyciagniecie reki, na zywo. To rekompensata za oczywiste ograniczenia w realizacji w porowaniu film - teatr. Ale w Romie tez było trochę filmowo. Zasadniczym elementem scenografii jest ogromny, skladajacy się z kilku ruchomych sekcji telebeam. Na nim wyświetlane sa rozne obrazy stanowiące tlo dla toczącej się w pierwszym planie akcji.
Piosenki Abby przetłumaczone na jezyk polski trochę, zwłaszcza na początku, draznia. Do tej pory wszyscy nucilismy je sobie po angielsku... Zbiorowe sceny taneczne na zmiane z solowymi popisami wokalnymi - jak to w musicalu. Można się oczywscie czepiac, ze nozki tej pani krociotkie i jakby ciut nieforemne, ze glos tamtego pana drazniaco wysoki, ale po co? To przecież zabawa! Mnie najbardziej podobal się numer, kiedy grupa tancerzy tanczy w pletwach i maskach do nurkowania. Fajny i zabawny. No i oczywiście cos, bez czego żaden przyzwoity musical nie może się obejść - schody. A na nich, woklano-taneczny popis trzech pan ubranych w glam-rockowe, swiecace wdzianka i takiez buty, obowiązkowo na koturnach.
Jednym słowem dobra zabawa w rytm przebojow Abby.
Nie można pominąć geniuszu kompozytorskiego Benny Andersona i Bjorna Ulvaeusa. Kiedy Abba przyjechala do Polski w 1976 roku była już supergrupa, a ich wizyta w Studio 2 niebywala sensacja.
(Na YT można znaleźć ten słynny program za który TV nie zaplacila ani grosza. W zamian za koncert Abba stala się wlascicielem koncertowej tasmy z wyłącznym prawem do jej rozpowszechniania.) Autorami wszystkich hitow byli wlasnie ci panowie. Niebywaly talent kompozytorski. Ich muzyka wskrzeszona muscialem nadal bawi, cieszy także mloda publiczność.
W bardzo kolorowym, bogatym w informacje, "wielkoformatowym" programie (15 zl) można znalezc sporo szczegolow o musicalu, Abbie, aktorach i mnóstwo swietnej jakości zdjęć polskiej wersji musicalu. Kiedys był zwyczaj zbierania programów teatralnych. Fajny. Można było sobie odtworzyć, przypomiec co się widziało, gdzie się było, kto gral...
No wlasnie. Przypomialem sobie, ze w pewnym sensie "Mamma Mia!" ma się do "Shirley Valentine", która widziałem nie tak dawno w Teatrze Polonia. Spektakle spina wakacyjny, grecki luz. Przyjemne, cieple, mile skojarzenia. Chyba dlatego akcja "Mammam Mia!" ulokowana jest na greckiej wysepce.
Techniczne.
1. Na platnym parkingu (10 zl) obok Romy były miejsca, ale dojechanie tam w dzień powszedni było wyzwaniem. Chyba najlepiej zostawić samochod gdzies dalej, podjechać tramwajem.
2. W przerwie, do damskiej toalety ogromne kolejki i proby zawladniecia przez zdeterminowane Panie, par force, męskim przybytkiem. Rada dla Pań: mniej pic, zrobić to co zrobienia wczesniej, ew. skorzystać z toalet w knajpeczkch vis-a-vis Romy. Rada dla Panow: schować co wyjęte, zapiąć co rozpięte, nie komentować.
3. W Romie nowe fotele (chyba wreszcie wiecej miejsca na nogi) i, uwaga, klimatyzacja. Ubierzcie się cieplo.
Wlasnie obejrzelem polska wersje musicalu. Poszedlem z własnej woli, a jeszcze nie tak dawno omijałem "Mamma Mie!". Pomysl na filmowa wersje (wówczas nie miałem pojęcia, ze to przeniesienie z musicalu), w której Maryla wespol z Brosnanem spiewaja hity Abby, wydawal mi się tak niedorzeczny i karkołomny, ze budzil we mnie sprzeciw. Jednak ktoregos wieczora obejrzałem (na rowerze) wersje filmowa (wrazenia tutaj), po czym natychmiast kupiłem cd Abby...
Kiedy doleciało do mnie, ze Roma wystawila "Mamma Mia!" nie pozostalo mi nic innego tylko sprawdzić jak polskie przedstawienie ma się do wersji filmowej, która tak bardzo mi się spodobala.
Ma się dobrze.
Warto pojsc.
Kolorowo, wesoło, brawurowo.
No i, l i v e!
O bilety nie jest latwo. "Mamma Mia!" miała polska premiere w lutym tego roku. Żeby kupic dobre miejsce (inne niż dobre, czyli blisko sceny - nie warto) trzeba to zrobić z 2-miesiecznym wyprzedzeniem. 1-szy rząd, 1-sze miejsce (100 zl) to za bardzo "na skrzydle", ale nie było zle. Bezposrednia bliskość aktorow, sceny, to fajna sprawa, nawet jeśli z racji pozycji musialem siedzieć trochę bokiem. Wszystko na wyciagniecie reki, na zywo. To rekompensata za oczywiste ograniczenia w realizacji w porowaniu film - teatr. Ale w Romie tez było trochę filmowo. Zasadniczym elementem scenografii jest ogromny, skladajacy się z kilku ruchomych sekcji telebeam. Na nim wyświetlane sa rozne obrazy stanowiące tlo dla toczącej się w pierwszym planie akcji.
Piosenki Abby przetłumaczone na jezyk polski trochę, zwłaszcza na początku, draznia. Do tej pory wszyscy nucilismy je sobie po angielsku... Zbiorowe sceny taneczne na zmiane z solowymi popisami wokalnymi - jak to w musicalu. Można się oczywscie czepiac, ze nozki tej pani krociotkie i jakby ciut nieforemne, ze glos tamtego pana drazniaco wysoki, ale po co? To przecież zabawa! Mnie najbardziej podobal się numer, kiedy grupa tancerzy tanczy w pletwach i maskach do nurkowania. Fajny i zabawny. No i oczywiście cos, bez czego żaden przyzwoity musical nie może się obejść - schody. A na nich, woklano-taneczny popis trzech pan ubranych w glam-rockowe, swiecace wdzianka i takiez buty, obowiązkowo na koturnach.
Jednym słowem dobra zabawa w rytm przebojow Abby.
Nie można pominąć geniuszu kompozytorskiego Benny Andersona i Bjorna Ulvaeusa. Kiedy Abba przyjechala do Polski w 1976 roku była już supergrupa, a ich wizyta w Studio 2 niebywala sensacja.(Na YT można znaleźć ten słynny program za który TV nie zaplacila ani grosza. W zamian za koncert Abba stala się wlascicielem koncertowej tasmy z wyłącznym prawem do jej rozpowszechniania.) Autorami wszystkich hitow byli wlasnie ci panowie. Niebywaly talent kompozytorski. Ich muzyka wskrzeszona muscialem nadal bawi, cieszy także mloda publiczność.
W bardzo kolorowym, bogatym w informacje, "wielkoformatowym" programie (15 zl) można znalezc sporo szczegolow o musicalu, Abbie, aktorach i mnóstwo swietnej jakości zdjęć polskiej wersji musicalu. Kiedys był zwyczaj zbierania programów teatralnych. Fajny. Można było sobie odtworzyć, przypomiec co się widziało, gdzie się było, kto gral...
No wlasnie. Przypomialem sobie, ze w pewnym sensie "Mamma Mia!" ma się do "Shirley Valentine", która widziałem nie tak dawno w Teatrze Polonia. Spektakle spina wakacyjny, grecki luz. Przyjemne, cieple, mile skojarzenia. Chyba dlatego akcja "Mammam Mia!" ulokowana jest na greckiej wysepce.
Techniczne.
1. Na platnym parkingu (10 zl) obok Romy były miejsca, ale dojechanie tam w dzień powszedni było wyzwaniem. Chyba najlepiej zostawić samochod gdzies dalej, podjechać tramwajem.
2. W przerwie, do damskiej toalety ogromne kolejki i proby zawladniecia przez zdeterminowane Panie, par force, męskim przybytkiem. Rada dla Pań: mniej pic, zrobić to co zrobienia wczesniej, ew. skorzystać z toalet w knajpeczkch vis-a-vis Romy. Rada dla Panow: schować co wyjęte, zapiąć co rozpięte, nie komentować.
3. W Romie nowe fotele (chyba wreszcie wiecej miejsca na nogi) i, uwaga, klimatyzacja. Ubierzcie się cieplo.
piątek, 17 kwietnia 2015
"Hardkor Disko", reż. Krzysztof Skonieczny, PL. 2014, film, bywa na ekranach
"Hardkor Disko", reż. Krzysztof Skonieczny, PL. 2014, film, bywa na ekranach
Jak się widziało "Disco Polo" to oczywista koniecznoscia jest obejrzeć "Hardkor Disko":) Wbrew pozorom filmy nie maja ze sobą nic wspólnego, chociaż tytułowe "disco/disko" jest zapowiedzia szaleństwa o jakim mowia obydwa filmy.
Od dawna chciałem zobaczyć "Hardkor disco". Trzy nagrody na Festiwalu w Gdyni: debiut aktorski, reżyserski i zdjęcia, to trzy powody dla których szukałem filmu w repertuarze warszawskich kin. Jednak film spadl z ekranow bardzo szybko. Zadziwiajaco szybko jak na premiere z 2014.04.04 pojawil się na dvd. Na duże ekrany wraca bardzo rzadko, trzeba na niego polować.
Mnie się podobal.
Fabula nie jest oczywista. Podobnie jest z glownym bohaterem i motywami jego postepowania. Ten brak doslowonsci daje duże pole do interpretacji, własnych przemyslen do których zdaja się naklaniac tworcy filmu.
Zgodnie z zasada, ze wszystko już było, "Hardkor Disko" jest odbiciem (moim zdaniem oczywiście) słynnego "Trainspotting" (1996). Tamtem dotyczyl rzeczywistoci młodzieży z GB, "Hardkor disko" opowiada o młodych z naszego podworka. Przy okazji unaocznia pulapke kumplowania się rodzicow z dziecmi, gdzie tradycyjny model zastąpiony falszywa, pozornie atrakcyja relacja prowadzi do tragedii.
Podobal mi się kreujący glowna role Marcin Kowalczyk (Magik z "Jestes Bogiem"), którego postac/rola dominuje w tym filmie. Ponadto dobre zdjęcia i dobra sciezka dzwiekowa z wpadajca w ucho "Come" Mary Komasy.
Film nie jest latwy w odbiorze. To brutalny dramat. Jeden z tych, które maja miejsce każdego dnia, kiedy gdzies obok nas matka/ojciec zabija swoje dziecko, umiera kolejny narkoman, rozchwiany psychicznie pilot zabiera kilkadziesiąt przypadkowych istnień w samobojcza smierc.
Wiec jeśli "Hardkor disko" to potem "Disco Polo".
Dla równowagi.
Jak się widziało "Disco Polo" to oczywista koniecznoscia jest obejrzeć "Hardkor Disko":) Wbrew pozorom filmy nie maja ze sobą nic wspólnego, chociaż tytułowe "disco/disko" jest zapowiedzia szaleństwa o jakim mowia obydwa filmy.
Od dawna chciałem zobaczyć "Hardkor disco". Trzy nagrody na Festiwalu w Gdyni: debiut aktorski, reżyserski i zdjęcia, to trzy powody dla których szukałem filmu w repertuarze warszawskich kin. Jednak film spadl z ekranow bardzo szybko. Zadziwiajaco szybko jak na premiere z 2014.04.04 pojawil się na dvd. Na duże ekrany wraca bardzo rzadko, trzeba na niego polować.
Mnie się podobal.
Fabula nie jest oczywista. Podobnie jest z glownym bohaterem i motywami jego postepowania. Ten brak doslowonsci daje duże pole do interpretacji, własnych przemyslen do których zdaja się naklaniac tworcy filmu.
Zgodnie z zasada, ze wszystko już było, "Hardkor Disko" jest odbiciem (moim zdaniem oczywiście) słynnego "Trainspotting" (1996). Tamtem dotyczyl rzeczywistoci młodzieży z GB, "Hardkor disko" opowiada o młodych z naszego podworka. Przy okazji unaocznia pulapke kumplowania się rodzicow z dziecmi, gdzie tradycyjny model zastąpiony falszywa, pozornie atrakcyja relacja prowadzi do tragedii.
Podobal mi się kreujący glowna role Marcin Kowalczyk (Magik z "Jestes Bogiem"), którego postac/rola dominuje w tym filmie. Ponadto dobre zdjęcia i dobra sciezka dzwiekowa z wpadajca w ucho "Come" Mary Komasy.
Film nie jest latwy w odbiorze. To brutalny dramat. Jeden z tych, które maja miejsce każdego dnia, kiedy gdzies obok nas matka/ojciec zabija swoje dziecko, umiera kolejny narkoman, rozchwiany psychicznie pilot zabiera kilkadziesiąt przypadkowych istnień w samobojcza smierc.
Wiec jeśli "Hardkor disko" to potem "Disco Polo".
Dla równowagi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


