czwartek, 20 czerwca 2024

"Lotnicho", aut. Marek Stokowski, 2024, książka, już w księgarniach

 "Lotnicho", aut. Marek Stokowski,  2024,  książka, już w księgarniach

Spotkanie autorskie (TU) odbyło się zgodnie z planem. "Lotnicho" jest nie tylko w księgarniach.
Od wtorku jestem w posiadaniu książki. Zacząłem ją czytać wczoraj wieczorem. Pierwsze 73 strony
i 1x raz głośny rechot oraz permanentny banan na twarzy. Czyta się świetnie! Po przeczytaniu 
z pewnością napiszę więcej. Więcej będzie także o spotkaniu autorskim. Być może uda mi się
zapanować nad plikami video, skleić z nich filmik ze spotkania oraz opatrzeć komentarzem.
Teraz zapraszam do księgarń. Zapewniam, że warto :)


poniedziałek, 10 czerwca 2024

"Stałe natury"(The Constans of Nature), aut. John D. Barrow, ang. 2012, PL 2017, książka

 "Stałe natury"(The Constans of Nature), aut. John D. Barrow, ang. 2012, PL 2017, książka

Książka ma ponadto podtytuł: "O liczbach skrywających najgłębsze tajemnice Wszechświata"(The Numbers That Encode the Deepest Sectrets of the Universe), który zgodnie z przyjętym zwyczajem zwięźle opisuje zawartość książki.  

Autor, jak można przeczytać na 4-tej okładce jest kosmologiem, matematykiem i fizykiem teoretycznym, autorem ponad 400 publikacji naukowych, książek, pracującym na Uniwersytecie Cambridge. Moim zdaniem praktykujący naukowcy bardzo rzadko mają umiejętność przejrzystej komunikacji z laikami. W moim przekonaniu wynika to z prostego faktu, że usiłując przekazać część swojej wiedzy takim jak ja dyletantom wychodzą z założenia, że czytelnik dysponuje pewnym, określonym zasobem wiedzy - bazy, na której można budować, dowodzić, przekonywać, uprawiać myślowe łamańce. Naukowcy są w błędzie. Właściwym sposobem komunikacji z dyletantem jest łopatologia. Wiedzą o tym popularyzatorzy nauki, autorzy publikacji popularnonaukowych dzięki czemu ich książki są zdecydowanie łatwiejsze w odbiorze. Naukowcy z jednej strony potrafią przyznać, że znakomita ich część ma problem ze zrozumieniem ogólnej teorii względności, a z drugiej miękko wchodzą  w zawiłości teorii zjawisk kwantowych z rozumieniem których miał problem niejaki Albert Einstein... I gdzie tu miejsce dla laika ?:)

Książka nie jest łatwa w odbiorze. Na 454 stronach autor zaczynając od wykazania prostych zależności opisywanych jako prawa przyrody szuka odpowiedzi na pytanie, które nurtuje ludzkość od zarania dziejów. Czy istnieją w naturze wartości, stałe związki, od których zależy nasze istnienie? Wartości, które przeskalowane do wielkości makro decydują o istnieniu Wszechświata? Czy pozornie odmiennymi sferami przyrody opisywanej ogólną teorią względności i mechaniką kwantową rządzi jakaś prawidłowość powodująca, że wszystko co nas otacza poprzez budowę atomu, aż do naszego miejsca we Wszechświecie daje się racjonalnie wyjaśnić, opisać? Podstawą tych poszukiwań jest pewna oczywistość dotycząca pytania o naszą wyjątkowość. Czym jest i z czego wynika owa wyjątkowość powodująca, że funkcjonujemy gdzieś na marginesie Wszechświata, tu i teraz, osamotnieni w bezmiarze otaczającego bezmiaru uciekających Galaktyk? Czy tym co wyznacza strukturę naszego świata są proporcje ciężaru jądra atomu i krążących wokół niego elektronów? A może tajemnica naszego świata zaszyta jest w innym miejscu i jest nią grawitacja, jej falowy charakter nabierający znaczenia w ekstremalnych sytuacjach jakimi są momenty powstawania i zapadania się czarnych dziur. Poszukiwanie sensu w fizycznych, możliwych do wyrażenia liczbami wartościach nie daje daje jednak odpowiedzi na pytanie-przyczynę powstania tej książki: co jest/było powodem, że jesteśmy właśnie tutaj, w tym,  a nie innym miejscu Wszechświata i jako prawdopodobnie jedyni badacze-obserwatorzy podglądamy Universum zmagając się z próbą znalezienia zależności, prawidłowości i ich przyczyn.

Czwarta okładka, poza notka biograficzną zawiera także kilka entuzjastycznych cytatów z recenzji poważnych brytyjskich mediów zachwalających książkę. Moim zdaniem jej lektura to ciężka robota, a urywek recenzji mówiący o umiejętności autora w przedstawianiu nawet najbardziej skomplikowanych idei w przystępny sposób to duuuuża przesada. Ciekaw jestem, czy autor cytowanej opinii zamieszczonej w "The Daily Telegraph" czytał tę książkę.... Ale... Spróbujcie! Mnie czytanie szło jak po grudzie. Dołek jakiś czy co? Może Wam pójdzie łatwiej! :) 

piątek, 7 czerwca 2024

"Lotnicho" - zaproszenie na spotkanie autorskie Marka Stokowskiego 2024.06.18 godz. 17:00

 "Lotnicho" - zaproszenie na spotkanie autorskie Marka Stokowskiego 2024.06.18 godz. 17:00


Miejsce spotkania nie jest przypadkowe. Doniesiono mi, że właśnie tutaj, na Okęciu, nieopodal lotniska, w liceum nr 43 im. Andrzeja Struga (teraz Zesp. Szkół im. Bohaterów Narwiku), w pracowni chemicznej ma początek akcja "Lotnicha". Spotkanie autorskie jest otwarte dla WSZYSTKICH. Wpadajcie! Na miejscu będzie możliwość porozmawiania z autorem, kupienia "Lotnicha" wraz z autografem/dedykacją od Marka. 

środa, 5 czerwca 2024

Mazury, 2024.05.10-17, żeglarskie

 Mazury, 2024.05.10-17, żeglarskie 

Majowy wypad na Mazury. Łódka (Aquatic 25) z czarteru "Pasat" w Popielnie na Śniardwach. Najniższy punkt rejsu Bełdan/Korektywa, najwyższy  Mamry/Węgorzewo plus jezioro Ryńskie z noclegiem "na dziko" w zatoce Rominek. Przez 4 z 6-ciu dni pływania uruchomiony był System Sygnalizacji Ostrzegawczej w trybie 40 błysków/min, czyli "Uwaga - spodziewany silny wiatr i burze". Rzeczywiście tęgo wiało. Wiatr w ciągu dnia, w miarę upływu czasu ze szkwałów przechodził do wiatru stałego wiejącego z siła 6-7 B. Pływaliśmy na refach, ale w pełnym słońcu, w temperaturze około 20 st., czyli krótkie spodnie, ale w kurtkach i czapkach. Nie ominęły nas drobne awarie, które są elementem przygody jaką jest żeglarstwo. Radziliśmy sobie z nimi bez większych problemów mając jak każdy szanujący się żeglarz kilka ekstra szekli i pomysły czym zastąpić urwany fał płetwy sterowej.  Największym zaskoczeniem z kat. nieprzyjemnych była cena noclegu przy kei w marinie Korektywa/Piaski (kwit obok). Cena 150 zl/noc za jacht niezależnie od ilości załogi to najwyższa stawka na Mazurach. W większości marin, przystani ceny za noc wahają się od 30-60 zł/jacht plus 10-15 zł/załogant i wówczas wszystkie sanitariaty łącznie z prysznicem są w cenie. W Korektywie za prysznic trzeba było dodatkowo płacić (około 10 zł). Jeśli miało się nieszczęście wybrać złą kabinę prysznicową woda zamiast tryskać na głowę kąpiącej się osoby lała się po ścianie... Natomiast przyjemną niespodzianką była przystań "Cypel - Zwierzyniecki Róg" na jeziorze Mamry. Cena za nocleg przy kei 30 jacht + 15 załogant w zamian za kilka pomostów i pole biwakowe bliskie ideału. Czysto, schludnie, ograniczona do minimum ingerencja w przyrodę. Skromy, drewniany bar wraz z niewielkim tarasem z widokiem na jezioro nie zakłócają harmonii linii brzegowej. Sanitariaty w modułach kontenerowych ulokowane w głębi pola biwakowego, niewidoczne z wody. Sympatyczna dziewczyna w barze i arbuzówka! Czego chcieć więcej! Znakomite wrażenie robi jak zwykle Szytnort. Tutaj parkowanie "na obiad", czyli kilka godzin jest darmowe pod warunkiem okazania w Bosmanacie paragonu z restauracji "Baba Pruska" na co najmniej 100 zł/jacht, i można korzystać także z sanitariatów/pryszniców. (Uwaga! Przerwa "na sprzątanie" od 13:00 do 17:00). W Mikołajkach dobrym miejscem na obiad, praktycznie w samym porcie jest "Bart Bar". W trakcie ostatnich kilku wyjazdów byliśmy tutaj wielokrotnie doświadczając smacznych posiłków oraz poznaliśmy dbającego, wrażliwego na uwagi klientów właściciela. Wszystko szybko, sprawnie z uśmiechem. Ale... To Mazury poza sezonem:) Magiczne miejsce.

Niegocin. Przystań Wilkasy. Poranne pukanie w zejściówkę. Otwieram, a na progu kto?!
Vegemite! Yami! Yami! :)
Bełdan. Przystań Korektywa, Piaski. Kiedyś było to kameralne, ciche miejsce, które uwiodło
mnie swoją urodą i klimatem. Dzisiaj to duża marina obok której powstał potężny hotel "Mazurski
Raj" wokół którego wzniesiono ogromne hangary. Na domiar złego hotel plus zabudowania widoczne
są z jeziora zakłócając to co na Mazurach najcenniejsze - Naturę. 

Mamry. Przystań Dziki Harsz. Poza sezonem spokój, a w sezonie dzikie harce! W roku 2023
na Boże Ciało parkowało tutaj 60 jachtów, ale teraz cisza, spokój i Guinness "na azocie".


Sztynort. Przystań Sztynort. Taras restauracji "Baba Pruska" około godz. 16:00. Dominują spokój
i cisza, a widok na marinę i jezioro cieszy oczy, wzmaga apetyt :)
Mikołajeckie. Przystań Mikołajki. "Puk, puk! Cześć chłopaki! Macie coś na dziób?"

Dargin. Jak Trzaskowski Bogu, tak Bóg Trzaskowskiemu :)

Kisajno. Przystań Almatur. Słynna szkoleniowa DeZeTa (DZ) w akcji.


Kirsajty. Groźne, pływające transformersy należy omijać szerokim łukiem. Nigdy nie wiadomo co
takiemu do kopary strzeli.




wtorek, 28 maja 2024

"Lotnicho", aut. Marek Stokowski, 2024, książka

 "Lotnicho", aut. Marek Stokowski, 2024, książka

Wkrótce premiera książki Marka Stokowskiego.
Już jest dostępna w przedsprzedaży w księgarniach internetowych.
Oficjalna premiera będzie miała miejsce 2024.06.18 o godz. 17:00.
Mecenasi dzięki którym możliwe stało się wydanie książki otrzymają
specjalne, oficjalne zaproszenie.

Więcej o Marku Stokowskim, jego książkach, w tym o "Lotnichu" (TU)

poniedziałek, 27 maja 2024

Jesse Cook - Mistrz Rumby, Filharmonia Narodowa, niedziela 2024.05.26, godz. 19:00, koncert

 Jesse Cook - Mistrz Rumby, Filharmonia Narodowa, niedziela 2024.05.26, godz. 19:00, koncert

Około 2-3 lat temu, w trakcie zajęć okołodomowych wykonywanych jak zwykle z słuchawkami na uszach (w nich Radio 357), usłyszałem "Azul" Jesse Cooka. Było to leniwe, ciepłe, późne popołudnie. Wybrzmiewające z jego gitary dźwięki natychmiast zwróciły moją uwagę. Delikatne intro, zawieszona w przestrzeni fraza-pauza, a potem spokojna melodyjna podróż w rytm muzyki inspirowanej brzmieniami flamenco. Śliczny, przestrzenny kawałek. Usiadłem na schodach nagrzanych promieniami zachodzącego słońca, aby w bezruchu i zachwycie pozwolić "Azul" wybrzmieć do końca. Nie znacie "Azul"? Jest TU, ale jeśli mogę coś sugerować, to moim zdaniem pierwsze słuchanie "Azul" powinno odbyć się bez obrazu, tak, aby pozwolić muzyce na swobodne, niezakłócone wniknięcie do tych miejsc, tych zakamarków, gdzie skrywacie obrazy, myśli, wspomnienia, które wracają do Was tylko w szczególnych chwilach. Po wysłuchaniu "Azul" będziecie chcieli więcej jego muzyki, więc niech kolejnym kawałkiem będzie "Cancion Triste", a potem pozwólcie, żeby YT grał ciurkiem dalsze kompozycje Jesse Cooka :) 

Jesse Cook w centrum, a po jego lewej arabski skrzypek
z charakterystycznym chwytem instrumentu.
Kiedy kilka miesięcy temu Spotify podrzucił informację o koncertach Jesse Cooka w Polsce natychmiast kupiłem bilety i z niecierpliwością czekałem na spotkanie "na żywo" z jego muzyką. Aż wreszcie wczoraj stało się! Koncert był znakomity! Jesse Cook jest nie tylko świetnym muzykiem i gitarzystą, ale także sympatycznym, obdarzonym fajnym poczuciem humoru facetem. Przywitał się z publicznością odczytując z kartki kilka zdań po Polsku, a po zagraniu solo otwierającej koncert kompozycji, gdzie wspomagał się elektroniką zapętlającą główny, zagrany na wstępie motyw na który nakładał kolejne gitarowe warstwy kompozycji, zaprosił kolejnych członków zespołu. Z każdym wchodzącym na scenę Filharmonii muzyku była związana opowieść o poznaniu, wspólnym graniu. W składzie, poza kolejną gitarą klasyczną, gitarą basową oraz perkusją znalazły się także skrzypce na których grał Fethi Nadiem obsługujący instrument w szczególny sposób stawiając go pionowo na kolanie/udzie. Wydobywał z niego arabskie nuty i wówczas cały zespół brzmiał trochę jak kapela grająca "muzykę świata" wychodząc poza brzmienia inspirowane rumbą i flamenco. Hiszpania, Półwysep Iberyjski, basen Morza Śródziemnego jest jak podkreślał urodzony w Kanadzie Jesse Cook miejscem przenikania się różnych kultur, które zostawiły swój ślad w każdej dziedzinie sztuki, także w muzyce. Arabskie wtręty są konsekwencją długiego okresu muzułmańskiej dominacji na Półwyspie Iberyjskim, ale na szczęście ten typ muzyki nie dominował w czasie półtoragodzinnego koncertu. Rządziła rumba i flamenco przetworzone przez kompozytorskie umiejętności Jesse Cooka. Świetnie brzmiał peruwiański perkusista, a grający na gitarze klasycznej młody kanadyjczyk był znakomity w brawurowych duetach z Jesse Cookiem. 
Na koniec kilka bisów. 
Czas stanął w miejscu. Znakomity koncert!
Warszawski koncert był początkiem polskiej trasy Jesse Cooka. Jeśli będzie w Waszym mieście, lub gdzieś niedaleko, zapewniam, że warto poświęcić czas i pieniądze (w W-wie 222.00 zł) i posłuchać jego muzyki na żywo.    

wtorek, 7 maja 2024

"Zmarszczki czasoprzestrzeni. Einstein, fale grawitacyjne i przyszłość astronomii" (Ripples in Spacetime. Einstein, Gravitational Waves, and the Future of Astronomy) aut. Govert Schilling, 2017, książka

 "Zmarszczki czasoprzestrzeni. Einstein, fale grawitacyjne i przyszłość astronomii" (Ripples in Spacetime. Einstein, Gravitational Waves, and the Future of Astronomy) aut. Govert Schilling, 2017, książka

Ta książka jest w moim przekonaniu zdecydowanie ciekawsza i łatwiejsza w odbiorze aniżeli "Fale grawitacyjne. Nowa era astrofizyki" (TU) Przyczyna wydaje się być prosta. Autorem NIE jest naukowiec, ale zawodowy popularyzator wiedzy o astronomii. Czytam na 4-tej okładce, że autor-Holender napisał ponad 50-siąt książek, jego artykuły publikowane są w periodykach poświęconych astronomii, a on sam jest redaktorem czasopisma "Sky & Telescope". W roku 2007 w uznaniu jego zasług dla popularyzacji wiedzy o astronomii Międzynarodowa Unia Astronomiczna nadała planetoidzie 10986 nazwę Govert. Oby to nie była TA planetoida, która powoli, ale nieuchronnie zbliża się do Ziemi i ma w nas uderzyć za kilka milionów lat... Następne pokolenia w obliczu nieuchronnego mogą znielubić Holendra, wytykać palcami i cały dorobek 50+ książek diabli (kosmici) wezmą... To jednak problem autora i kolejnych pokoleń, które być może wymyślą technologię zmiany trajektorii lotu obiektów zagrażających Ziemi. "Przewidywanie jest bardzo trudne, zwłaszcza gdy dotyczy przyszłości". To zdanie przypisuje się Nielsowi Bohrowi :) Zresztą wygląda na to, że nie ma tego złego... gdyż jak wiadomo poprzedni, podobny kataklizm spowodował wyginięcie dinozaurów, co zrobiło miejsce ssakom, a stąd już prosta droga (skromne 65 mln lat) do homo sapiens :)  Ale... Do tematu!
"Zmarszczki czasoprzestrzeni..." jest moim zdaniem świetną lekturą! Warto jest się chwilę pomęczyć nad 424 stronami żeby pojąć przyczyny dla których grupa zakręconych naukowców przekonała swoje rządy i priv sponsorów do wydania niemałych pieniędzy na próbę "chwycenia" w "siatkę"  interferometrów czegoś co do pewnego momentu (2015.09.14) było czysto teoretycznym wytworem ćwiczeń i eksperymentów myślowych Alberta Einsteina, czegoś co nazywa się "falą grawitacyjną". Autor "Zmarszczek czasoprzestrzeni..." jest popularyzatorem wiedzy, fachowcem od pisania o astronomii. Ta książka to znacznie więcej niż opowieść o odkryciu fal grawitacyjnych. To także, może przede wszystkim poszerzona informacja o ogromnym wysiłku naukowym i finansowym ponoszonym przez ludzkość w celu "zaglądania" do początku istnienia Wszechświata. Autor tłumaczy także co daje nam "złapanie" i zmierzenie fizycznych cech fal grawitacyjnych. W przypadku rejestracji pierwszej fali naukowcy mogli odczytać na swoich przyrządach historię zbliżania się po spiralnym torze dwóch czarnych dziur, szybkości ich pulsacji, prędkości wirowania, impetu zderzenia, które spowodowało, że czarne dziury, których pierwotne masy wynosiły około 25x masy Słońca dla każdej, a ich obrót był względnie wolny, po zderzeniu (1,3 mld lat temu) stworzyły obiekt o masie 46 Słońc wirujący z szybkością 97% prędkości światła, w wyniku czego energia odpowiadająca masie 4 Słońc została wyemitowana w przestrzeń tworząc tytułową "zmarszczkę czasoprzestrzeni" = fale grawitacyjną. Co w tym wstrząsającego? Szukamy prapoczątku powstania naszej Planety. Zaglądając głęboko w czeluść Wszechświata (najnowsza wiedza mówi, że widzimy obecnie dzięki teleskopowi Hubble na 13,5 mld lat wstecz, co uznawane jest za początek Wszechświata) usiłujemy dociec natury Wszechświata. Budujemy nowe przyrządy (teleskop Hubble'a - koszt około 2 mld USD) rozbudowujemy istniejące po to, żeby doświadczać tego, co jak twierdzą naukowcy jest najwspanialsze w nauce: każda odpowiedź budzi kolejne pytania powodując, że pragnienie wiedzy nigdy (jak dotąd) nie jest zaspokojone.

Nie sposób jest w kilku zdaniach napisać jak fascynująca jest ta książka. Nie dość, że przybliża fantastyczny świat, którego przecież jesteśmy częścią, to jeszcze dzięki biegłości i popularyzatorskiej umiejętności autora, czyni ten przekaz strawnym i zrozumiałym (z tym rozumieniem troszkę szarżuję:)) dla przeciętnego czytelnika. Autor dzięki swoim rozległym kontaktom ma mnóstwo nieformalnej wiedzy odnośnie zaskakujących zdarzeń, intrygujących przypadków, które były obietnicą wielkich odkryć, a okazywały się być zbyt wcześnie otworzoną kuchenką mikrofalową zakłócającą działanie aparatury. Jest w książce także miejsce dla naszego Aleksandra Wolszczana, który wraz ze swoim amerykańskim kolegą Dale'em Frailem  po raz pierwszy w historii odkrył inny niż nasz układ planetarny, czyli planety krążące po orbicie gwiazdy innej niż Słońce. 

Lektura tej książki wymaga koncentracji, ale każda poświęcona jej chwila poszerza horyzont, pozwala widzieć i rozumieć troszkę więcej. To "troszkę" jest także nutką optymizmu, nadzieją, że potrzeba poznania pozostanie siłą napędzającą naszą cywilizację. Znamienne jest, że informacje o "podboju Kosmosu", które kiedyś zajmowały pierwsze strony gazet, dzisiaj dość rzadko goszczą w mediach. Ta książka wypełnia lukę informacyjną dowodząc, że to co dzieje się w obserwatoriach, laboratoriach, chociaż nie tak spektakularne jak załogowe loty na Księżyc, jest także ekscytujące i dostarcza masę wiedzy na temat naszego miejsca na peryferiach Wszechświata. Warto jest sobie uświadomić, że tam dokąd zaglądamy używając "przyrządów" nigdy nie sięgniemy lotem załogowym (według obecnego stanu wiedzy). Do księżyca jest około 400 tys km. Od Słońca dzieli nas około 150 mln km. Ale już do najbliższej innej niż Słońce gwiazdy - Proxima mamy do pokonania dystans 40 bilionów km, którego pokonanie zajęłoby około 60 tys. lat, czyli bez mała tyle ile liczy historia homo sapiens (około 100 tys lat). Jeśli uwzględni się, że w zasięgu naszych urządzeń badawczych jest obecnie około 50 mld galaktyk, to nawet gołym okiem jest widać, że nasi naukowcy mają troszkę do zrobienia. Ta książka opisuje ich wysiłki :)