Keith Richards i James Fox "Życie", 2012, książka, autobiografia
Zanim ksiazka pokazala sie na naszym rynku, przeczytalem, ze Mick Jagger mial powiedziec po zapoznaniu sie z jej tresca [wlasnie Niemcy strzelili brame Grekom, szkoda], ze nigdy wiecej nie stanie na scenie z Keithem. Od razu uprzedzam, to pure mareketing. Widac Mick chcial podbic sprzedaz ksiazki, bo nic obrazoburczego w niej nie ma, bo przeciez stwierdzenie Keitha, ze Mick ma malego ptaszka, a duze cojones jest niewinne, uwagi Keitha na temat wybujalego ego Micka, zarty z przyjecia tytulu szlacheckiego sa powszechnie znane, nie sa nowoscia.
Przyczyna dla ktorej przeczytalem te ksiazke byl/jest podziw dla facetow tworzacych rock maszyne - The Rolling Stones. Tyle lat, tyle prochow, tyle kobiet, a oni nadal nagrywaja, jezdza w trasy. Nigdy nie bylem wielkim fanem tej kapeli. Jednak tak jak pewnie wiekszosc osob sluchajacych rocka nie bylem obojetny na ich dokonania. W mojej skromnej kolekcji winyli jest Sticky Fingers (ta z okladka Warhola, z suwakiem), a 1995 roku w sierpniu bylem na ich koncercie w Budapeszcie na Nepstadion w czasie Voodoo Lounge Tour. Biorac ksiazke do reki wrzucilem na talerz gramofonu zdartego winyla, wprowadzielm sie w odpowiedni nastroj i zabralem za lekture.
Ksiazka mnie nie pochlonela, ale przeczytalem z zainteresowaniem. Glownie dlatego, ze to podroz po 40 letniej historii muzyki rockowej. Czasami ilosc faktow, dat, nazwisk az przytlacza, budzac podziw dla pamieci Keitha. W duzej mierze to to rzecz o milosci do muzyki, o muzycznych poszukiwaniach, dazeniu do perfekcji w opanowaniu gitary. Czasami bardzo techniczne wywody na temat strojenia, chwytow, bicia, rytmu i innych niuansow zwiazanych bezposrednio z gra. Zaskakujaca jest wiedza Keitha na temat najnowszej historii. Jednak Richardsa wspieral w pisaniu James Fox [Grecy strzelili brame Niemcom, huuura], dziennikarz, z ktorym znaja sie od lat 70-tych. [Niecmcy strzelili brame Gremom, cholera]. Sadze, ze wiele z tej wiedzy to jego zasluga, ale styl, sposob narracji, slownictwo, te pochodza bez [Niemcy strzelili trzecia brame, cholera] watpienia od Keitha. Rock&rollowe zycie. Ciagle w podrozy, w konflikcie, otwartej wojnie z owczesnym establishmentem. A przy okazji masa muzyki, szacunek srodowiska, pewne miejsce w Hall of Fame rocka. Jakis czas temu widzialem [Niemcy strzelili czwarta bramke; Grecja na kolanch] film Martina Scorsese "Rolling Stones w blasku swiatel" (2008). To swietnie sfilmowany koncert Stonsow przetykany wywiadami z czlonkami zespolu. Keith nie pozuje tam na gwiazde. Okresla siebie jaki przecietnego gitarzyste, ktory dopiero w duecie z drugim, Ronnie Woodem tworza najlepsza, najlepiej zgrana pare gitar na globie. Podobnie jest w ksiazce. Keith nie przypisuje sobie wielkich odkryc i dokonan muzycznych. Jawi sie bardziej jako tytan pracy, wieczny poszukiwacz, niezmordowany eksperymentator szukajacy tajemnic brzmien i chwytow uslyszanych u innych muzykow.
Jesli kogos z Was intersuje ciemna strona [karny dla Grekow, brama, 4:2 dla Niemcow] Keitha - prochy, to jest ich az nadto. Pisze o destrukcji, upodleniu. Skupia sie na sobie, zapomina o cierpieniach i tragedii ktora przezywaja bliskie mu osoby, w tym dzieci.
Ksiazka nie tylko dla fanow Stonsow, chociaz jesli ktos szuka w autobiografiach przeslania, wskazowki, moralu to nie jest to wlasciwa ksiazka. Jest w niej jak sadze mnostwo prawdy o rock&rollowym zyciu, ale uczesanej. Cenna i wazna pozycja dla tych, ktorzy interesuja sie muzyka, jej historia, niezly apokryf na czesc Jacka Danielsa, a o koncercie w Warszawie w 1967 ani slowa...
piątek, 22 czerwca 2012
czwartek, 14 czerwca 2012
Beth Hart, MDK Batory, Chorzów, koncert, 2012.06.14
Koncert Beth Hart, MDK Batory, Chorzów, 2012.06.14, live
Ciekawe czy bylo slychac w Warszawie? W Chorzowie bylo!
Pare minut po 20:00 rozpoczal sie koncert amerykanskiej bluesowo-rockowej wokalistki Beth Hart znanej w Polsce glownie dzieki nagranej i wydanej w 2011 roku wspolnie z Joe Bonamassa plycie "Don't explain".
To byla EKSPLOZJA! (wiecej o moich wrazeniach z koncertu napisze wieczorem; kto nie byl niech zaluje, ale to se ne vrati, wiec moze miast zalowac lepej skoczyc do sklepu po "Don't explain", warto).
Piatkowy wieczor. W odtwarzaczu mam kupiona na koncercie CD/DVD "37 days" i kontynuuje o wrazeniach. Ma dosc niski glos o lekko przyciemnionej barwie. Potezny! Porusza sie bluesowo-rockowych klimatach z ogromna swoboda. Nie tylko spiewa, lecz takze komponuje i gra. Koncert zaczela bardzo mocno. Byla to jedna z jej wlasnych kompozycji z plyty "37 days". Nie musiala sie rozgrzewac. To publicznosc, ktora chociaz nie byla przypadkowa wymagala rozgrzewki, wejscia w odpowiedni kolys. Beth podzielila swoj koncert na 2 czesci. W pierwszej spiewala swoje rzeczy, w drugiej zdecydowanie lepiej znane covery z plyty nagranej z Joe Bonamassa "Don't explain". To wlasnie ta plyta zagrana przez Piotra Barona, a konkretnie kawalek "I'll take care of you" byla powodem dla ktorego natychmiast po uslyszeniu go w Trojce pognalem do sklepu zeby stac sie wlascicielm krazka. Cala plyta jest fantastyczna, rowna, a gitarowy kunszt Joe zestawiony z glosem Beth wspolbrzmia bardzo, bardzo dobrze. Mam ja w samochodzie od ponad pol roku i nadal z przyjemnoscia slucham jej w calosci katujac wszystkich znajomych. Jednak sie nie skarza! Jakis czas temu korzystalem z serwisu Night Drivers, a kierowca prowadzacy moje auto udzielil mi specjalnego rabatu za mozliwosc odsluchania "Don't explain". Tak go wciagnelo, ze stalismy pod domem, a on nie chcial wysiasc, czekajac do wybrzmnienia ostatniego utworu... Beth wystapila ze swoja kapela w klasycznym, ascetycznym skladzie: perkusja, gitara basowa, gitara prowadzaca i ona sama w niektorych kawalkach na pianinie elektrycznym. Towarzyszacy jej faceci potrafia robic halas. Gitarzysta grajacy na roznych gitarach nie usilowal (na szczescie) nasladowac Joe Bonamassy. Gral swoje, a dzwiek jego gitary byl bardziej brudny, niechlujny, nie tak lkajacy jak solowe partie na plycie w wykonaniu Joe B. Muzycy wspierali Beth, ale na scenie rzadzila ONA. Co stanowilo o wyjatkowsci jej wokalu, decydowalo o sile tego wlasnie koncertu? Koncert byl szalenie intensywy. Beth dawala z siebie maksa nawet w wolnych, spokojnych utworach. Jest niebywale ekspresyjna, tak bardzo, ze porwnanie z Janis Joplin nasuwa sie samo. Takze dlatego, ze lekko zachrypniety zwlaszcza w gornych rejestrach glos takze przypomina Janis. Jednak w/g mojej opinii Beth jest obdarzona zdecydowanie lepszym glosem, ktorego uzywa z ogromna swoboda. Do tego swietnie sie rusza i jest fajna, zgrabna dojrzala (ur. 1972) kobieta. Kontakt z publicznoscia zlapala od samego wejscia, a ta widzac poziom jej zaangazowania, w podziwie dla jej kunsztu nie szczedzila jej owacji po praktycznie kazdym utworze. To byla super jazda! Zadnego falszu, zadnego udawania, mizdrzenia sie, chowania za kapela. Beth wie o czym spiewa nie ma co do tego watpliwosci. Poczytajcie jej rock&rollowy zyciorys. Jest niezwyklym zwierzeciem estradowym, stworzonym do wykonywania bluesowo-rockowego repertuaru. Na plytach brzmi swietnie. W odbiorze live literalnie POWALA! W swoim dotyczasowym zyciu spotkalem tylko jedna wokalistke (w kat. bules/rock), ktorej sluchalem z takim zacieciem. Nazywa sie Pat Benatar, a plyta (jasne, ze czarna), ktora mnie zmiotla - "Precious Time" zawierala takie hiciory jak "Promises in the Dark" i "Fire and Ice". To byl rock and roll wykonywany z ogromna pasja, niespotykana wowczas ekspresja, ktore uczynily z niej na przelomie lat 80-tych pierwsza dame rocka, daly kilka nagrod Grammy. Ale to byl rock and roll , ktory dzisiaj, zwlaszcza kapela brzmi ciut archaicznie. Muzyka ktora gra Beth to blues-rock, Beth ma zdecydowanie lepsze warunki glosowe no i mamy rok 2012. Gra sie i brzmi troche inczej. Jednak nadal chetnie slucham Pat Benatar, z rozrzewnieniem wspominam koncert w londynskim Odeonie, kawalki takie jak "Hell is for children" (z "Crimes of Passion") ciagle brzmia dobrze, a tekst jest niestety nadal aktualny.
Jedynym problemem w czasie koncertu Beth Hart bylo zbyt mocne moim zdaniem naglosnienie. Dla mnie wrecz na granicy bolu zwlaszcza w mocniejszych kawalkach. Troche mi to na poczatku przeszkadzalo. Nawet wiecej niz troche. Cala reszta byla W S P A N I A L A! Bylo warto pokonac ponad 600 km (w towarzystwie kumpla - Maliny, bylo latwiej zwlaszcza, ze to on prowadzil i to kurcze jak szybko, o 1:00 z postojem na kawe bylismy w W-wie; a w Trojce, w Bielszym Odcieniu Bluesa, Joe Bonamassa jako dopelnienie wieczoru), zeby uczestniczyc w tym wyjatkowym wydarzeniu.
To byla EKSPLOZJA!
Ciekawe czy bylo slychac w Warszawie? W Chorzowie bylo!
Pare minut po 20:00 rozpoczal sie koncert amerykanskiej bluesowo-rockowej wokalistki Beth Hart znanej w Polsce glownie dzieki nagranej i wydanej w 2011 roku wspolnie z Joe Bonamassa plycie "Don't explain".
To byla EKSPLOZJA! (wiecej o moich wrazeniach z koncertu napisze wieczorem; kto nie byl niech zaluje, ale to se ne vrati, wiec moze miast zalowac lepej skoczyc do sklepu po "Don't explain", warto).
Piatkowy wieczor. W odtwarzaczu mam kupiona na koncercie CD/DVD "37 days" i kontynuuje o wrazeniach. Ma dosc niski glos o lekko przyciemnionej barwie. Potezny! Porusza sie bluesowo-rockowych klimatach z ogromna swoboda. Nie tylko spiewa, lecz takze komponuje i gra. Koncert zaczela bardzo mocno. Byla to jedna z jej wlasnych kompozycji z plyty "37 days". Nie musiala sie rozgrzewac. To publicznosc, ktora chociaz nie byla przypadkowa wymagala rozgrzewki, wejscia w odpowiedni kolys. Beth podzielila swoj koncert na 2 czesci. W pierwszej spiewala swoje rzeczy, w drugiej zdecydowanie lepiej znane covery z plyty nagranej z Joe Bonamassa "Don't explain". To wlasnie ta plyta zagrana przez Piotra Barona, a konkretnie kawalek "I'll take care of you" byla powodem dla ktorego natychmiast po uslyszeniu go w Trojce pognalem do sklepu zeby stac sie wlascicielm krazka. Cala plyta jest fantastyczna, rowna, a gitarowy kunszt Joe zestawiony z glosem Beth wspolbrzmia bardzo, bardzo dobrze. Mam ja w samochodzie od ponad pol roku i nadal z przyjemnoscia slucham jej w calosci katujac wszystkich znajomych. Jednak sie nie skarza! Jakis czas temu korzystalem z serwisu Night Drivers, a kierowca prowadzacy moje auto udzielil mi specjalnego rabatu za mozliwosc odsluchania "Don't explain". Tak go wciagnelo, ze stalismy pod domem, a on nie chcial wysiasc, czekajac do wybrzmnienia ostatniego utworu... Beth wystapila ze swoja kapela w klasycznym, ascetycznym skladzie: perkusja, gitara basowa, gitara prowadzaca i ona sama w niektorych kawalkach na pianinie elektrycznym. Towarzyszacy jej faceci potrafia robic halas. Gitarzysta grajacy na roznych gitarach nie usilowal (na szczescie) nasladowac Joe Bonamassy. Gral swoje, a dzwiek jego gitary byl bardziej brudny, niechlujny, nie tak lkajacy jak solowe partie na plycie w wykonaniu Joe B. Muzycy wspierali Beth, ale na scenie rzadzila ONA. Co stanowilo o wyjatkowsci jej wokalu, decydowalo o sile tego wlasnie koncertu? Koncert byl szalenie intensywy. Beth dawala z siebie maksa nawet w wolnych, spokojnych utworach. Jest niebywale ekspresyjna, tak bardzo, ze porwnanie z Janis Joplin nasuwa sie samo. Takze dlatego, ze lekko zachrypniety zwlaszcza w gornych rejestrach glos takze przypomina Janis. Jednak w/g mojej opinii Beth jest obdarzona zdecydowanie lepszym glosem, ktorego uzywa z ogromna swoboda. Do tego swietnie sie rusza i jest fajna, zgrabna dojrzala (ur. 1972) kobieta. Kontakt z publicznoscia zlapala od samego wejscia, a ta widzac poziom jej zaangazowania, w podziwie dla jej kunsztu nie szczedzila jej owacji po praktycznie kazdym utworze. To byla super jazda! Zadnego falszu, zadnego udawania, mizdrzenia sie, chowania za kapela. Beth wie o czym spiewa nie ma co do tego watpliwosci. Poczytajcie jej rock&rollowy zyciorys. Jest niezwyklym zwierzeciem estradowym, stworzonym do wykonywania bluesowo-rockowego repertuaru. Na plytach brzmi swietnie. W odbiorze live literalnie POWALA! W swoim dotyczasowym zyciu spotkalem tylko jedna wokalistke (w kat. bules/rock), ktorej sluchalem z takim zacieciem. Nazywa sie Pat Benatar, a plyta (jasne, ze czarna), ktora mnie zmiotla - "Precious Time" zawierala takie hiciory jak "Promises in the Dark" i "Fire and Ice". To byl rock and roll wykonywany z ogromna pasja, niespotykana wowczas ekspresja, ktore uczynily z niej na przelomie lat 80-tych pierwsza dame rocka, daly kilka nagrod Grammy. Ale to byl rock and roll , ktory dzisiaj, zwlaszcza kapela brzmi ciut archaicznie. Muzyka ktora gra Beth to blues-rock, Beth ma zdecydowanie lepsze warunki glosowe no i mamy rok 2012. Gra sie i brzmi troche inczej. Jednak nadal chetnie slucham Pat Benatar, z rozrzewnieniem wspominam koncert w londynskim Odeonie, kawalki takie jak "Hell is for children" (z "Crimes of Passion") ciagle brzmia dobrze, a tekst jest niestety nadal aktualny.
Jedynym problemem w czasie koncertu Beth Hart bylo zbyt mocne moim zdaniem naglosnienie. Dla mnie wrecz na granicy bolu zwlaszcza w mocniejszych kawalkach. Troche mi to na poczatku przeszkadzalo. Nawet wiecej niz troche. Cala reszta byla W S P A N I A L A! Bylo warto pokonac ponad 600 km (w towarzystwie kumpla - Maliny, bylo latwiej zwlaszcza, ze to on prowadzil i to kurcze jak szybko, o 1:00 z postojem na kawe bylismy w W-wie; a w Trojce, w Bielszym Odcieniu Bluesa, Joe Bonamassa jako dopelnienie wieczoru), zeby uczestniczyc w tym wyjatkowym wydarzeniu.
To byla EKSPLOZJA!
czwartek, 7 czerwca 2012
Sarenka. (rowerowe)
Mama Sarna zostawila na chwile swoje dziecko. Pewnie poszla szukac ojca, zeby go pociagnac za alimenty. Znalzca sarenki - Jacek, zaniepokojony bliskoscia osiedla i licznie biegajacych psow, wezwal na pomoc Straz Miejska, ktora sprawnie przybyla na miejsce i wezwala mame sarne do natychmiastowego przybycia celem nalezytego wykonania obowiazkow rodzicielskich. A ojciec? Bierze i bimba!piątek, 25 maja 2012
Martyna Jakubowicz, Trójka, Studio A. Osieckiej, live, 2012.05.20
Martyna Jakubowicz, Trojka, Studio A. Osieckiej, live, 2012.05.20
Tak! Zaspiewala "W domach z betonu"! Nie zaspiewala "Zagli tuz nad ziemia" i paru innych, znanych mi piosenek. Nic dziwnego. Byl to koncert promujacy jej ostatnia, wydana ponad rok temu plyte i z niej wlasnie pochodzilo wiekszac kawalkow. Byly takze takie, ktore nie mialy nigdy swoich koncertowych wykonan. W sumie przekroj tworczosci i mozliwosci artystki, ktora ulokowana gdzies pomiedzy rockim, bluesem i ballada, wypracowala swoj styl, stworzyla i skutecznie zabudowala wlasna muzyczna nisze. Byla zawsze poza glownym nurtem muzycznym, ale towarzyszyli jej bardzo czesto swietni muzycy, w tym czolowka polskich gitarzystow. I to chyba w duzej mierze stanowi(lo) o atrakcyjnosci jej piosenek-ballad, a zwlaszcza o sile i znaczeniu koncertow. Wokal Martyny nie jest ekspresyjny. Teksty, w ktore warto sie wsluchac podaje w sposob chlodny, monotonny. Taki ma styl, przechyl, znak rozpoznawczy, maniere (niepotrzebne skreslic). Sposob w jaki spiewa (mnie) nie porywa. Zaryzykowalbym nawet, ze w nadmiarze jest nuzaca. Do tego artystka jest statyczna. Caly koncert siedziala. Jednak jest w jej muzyce i tekstach cos takiego, co kaze nadstawic ucha kiedy leca (niezbyt czesto) w radiu. W chwilach uspienia, lekkiej monotonii znaczenia nabiera kapela, ktora skladajac sie zwykle z doboroywch muzykow dawala ognia, robila front. W trojkowym studio Martyna nie miala ze soba nikogo kto bylby dla mnie rozpoznawalny. Jednak czterech muzykow jako kapela "Zona Lota" radzilo sobie wcale sprawnie z instrumentami, a zwlaszcza Paweł Mikosz grajacy na basie. To on wlasnie gdzies w polowie koncertu podgrzal atmosfere dajac baaaaardzo smakowity popis swoich umiejetnosci.
No to wlasciwie po kiego tam poszedlem, jesli nuzaca, monotonna i statyczna, ktos moglby, i slusznie, spytac. Ano dlatego, ze lubie te artystke. Nie za holubce, latanie po scenie w halce, czy innych majtkach (nie mam nic przeciwko) tylko wlasnie za wyciszenie, niezle teksty i przywiazanie do wykonywanej muzyki. Chyba, moze zwlaszcza dlatego, ze Martyna Jakubowicz jest z mojego rocznika (1955) i w naturalny sposob to o czym spiewa trafia do mnie, jest zgodne z moimi doswiadczeniami. Nie porywa, ale nie pozwala byc obojetnym na jej sztuke.
Nigdy do tej pory nie slyszalem jej w tak obszernej dawce. Wy takze, jesli nie slyszeliscie mozecie, bo koncert byl rejestrowany, zostal zarchiwizowany i jest do odpalenia>>>
http://www.polskieradio.pl/9/200/Artykul/603207,Martyna-Jakubowicz-w-Trojce
Tak! Zaspiewala "W domach z betonu"! Nie zaspiewala "Zagli tuz nad ziemia" i paru innych, znanych mi piosenek. Nic dziwnego. Byl to koncert promujacy jej ostatnia, wydana ponad rok temu plyte i z niej wlasnie pochodzilo wiekszac kawalkow. Byly takze takie, ktore nie mialy nigdy swoich koncertowych wykonan. W sumie przekroj tworczosci i mozliwosci artystki, ktora ulokowana gdzies pomiedzy rockim, bluesem i ballada, wypracowala swoj styl, stworzyla i skutecznie zabudowala wlasna muzyczna nisze. Byla zawsze poza glownym nurtem muzycznym, ale towarzyszyli jej bardzo czesto swietni muzycy, w tym czolowka polskich gitarzystow. I to chyba w duzej mierze stanowi(lo) o atrakcyjnosci jej piosenek-ballad, a zwlaszcza o sile i znaczeniu koncertow. Wokal Martyny nie jest ekspresyjny. Teksty, w ktore warto sie wsluchac podaje w sposob chlodny, monotonny. Taki ma styl, przechyl, znak rozpoznawczy, maniere (niepotrzebne skreslic). Sposob w jaki spiewa (mnie) nie porywa. Zaryzykowalbym nawet, ze w nadmiarze jest nuzaca. Do tego artystka jest statyczna. Caly koncert siedziala. Jednak jest w jej muzyce i tekstach cos takiego, co kaze nadstawic ucha kiedy leca (niezbyt czesto) w radiu. W chwilach uspienia, lekkiej monotonii znaczenia nabiera kapela, ktora skladajac sie zwykle z doboroywch muzykow dawala ognia, robila front. W trojkowym studio Martyna nie miala ze soba nikogo kto bylby dla mnie rozpoznawalny. Jednak czterech muzykow jako kapela "Zona Lota" radzilo sobie wcale sprawnie z instrumentami, a zwlaszcza Paweł Mikosz grajacy na basie. To on wlasnie gdzies w polowie koncertu podgrzal atmosfere dajac baaaaardzo smakowity popis swoich umiejetnosci.
No to wlasciwie po kiego tam poszedlem, jesli nuzaca, monotonna i statyczna, ktos moglby, i slusznie, spytac. Ano dlatego, ze lubie te artystke. Nie za holubce, latanie po scenie w halce, czy innych majtkach (nie mam nic przeciwko) tylko wlasnie za wyciszenie, niezle teksty i przywiazanie do wykonywanej muzyki. Chyba, moze zwlaszcza dlatego, ze Martyna Jakubowicz jest z mojego rocznika (1955) i w naturalny sposob to o czym spiewa trafia do mnie, jest zgodne z moimi doswiadczeniami. Nie porywa, ale nie pozwala byc obojetnym na jej sztuke.
Nigdy do tej pory nie slyszalem jej w tak obszernej dawce. Wy takze, jesli nie slyszeliscie mozecie, bo koncert byl rejestrowany, zostal zarchiwizowany i jest do odpalenia>>>
http://www.polskieradio.pl/9/200/Artykul/603207,Martyna-Jakubowicz-w-Trojce
środa, 23 maja 2012
Deep Forest, Łazienki, Warszawa, 2012.05.19, live koncert
Deep Forest, Łazienki, Warszawa, 2012.05.19, live koncert
To byly przyjemne okolicznosci przyrody: mazurska pusta droga, gdzies pomiedzy Piszem, a Gizyckiem, poczatek moze koniec lata, ladna, sloneczna pogoda, czochrane wiatrem przydrozne brzozy, kiedy na droge, niespodziewanie, praktycznie pod kola samochodu wyskoczyl autostopowicz... nieeeee to "Noz w wodzie"....
...gdy nagle Mali - kolega powozacy dobrze wyciszona, benzynowa Honde Accord, wrazil do szpary odtwarzacza krazek pt. World Mix kapeli Deep Forest, a z dobrej klasy zestawu stereo poplynela "Sweet Lullaby">>>http://www.youtube.com/watch?v=ATmBOnMJJkE&feature=related (uwaga! rzecz czepliwa, mze uzalezniac). Byl rok 1995 (chyba). Kolysanka mnie nie uspila. Przeciwnie, zapadla w pamiec. Po powrocie do domu kupilem plyte (net wowczas prawie nie istnial, mp3 i Napster mialy jeszcze kilka lat do nardzin), wrzucilem do zmieniarki w swoim samchodzie. Towarzyszyla mi do momentu, kiedy tak bardzo spodobala sie zlodziejom, ze ukradli plyte i samochod... Nie wrocila do mnie. Samochod tez nie. (Najwieksza strata byla chyba jednak skradziona wraz z innymi plytami cudowna "Prowizorka 2", wydana w mocno limitowanym nakladzie. Rzecz zawierajaca jazzowe covery znanych rockowych i popowych kwalkow, a wsrod nich znakomite wprost wykonanie Sunny Afternoon The Kinks >> http://www.youtube.com/watch?v=1h1oRP7FfBw)
Potem, w 1996 r. Deep Forest zostali zaproszeni jako gwiazda(!) festwialu w Sopocie. Calkiem niedawno umiescilem w swoim komputerze zawartosc ich kolejnych plyt. Wkrotce okazalo sie, ze beda w Warszawie dajac publiczny koncert w Lazienkach pod pomnikiem F. Chopina.
Poszedlem.
Deep Forest gra cos co okreslane jest mianem world music, czyli muzyke etniczna. Duzo elektroniki plus kilku egzotycznych muzykow na basie, zestawach perkusyjnych oraz robiaca front duza, dynamiczna i demoniczna czarna wokalistka ubrana w bajecznie kolorowe cos, ze stosownym zawojem na glowie, wyspiewujaca wokale w dziwnych, nieznanych jezykach. Jest w tej muzyce cos niepokojacego, pierwotnego. Jest w niej rodzaj tesknego zaspiewu do ktorego rozumienia zbedna jest znajomosc suahili. Lider i tworca zespolu klawiszowiec Eric Mouquet niezle porusza sie w afrykanskich klimatach przetwarzajac je przy pomocy kubanskich i somalijskich muzykow na nuty mile dla europejskiego ucha. Nie wszystkie transkrypcje sa udane. Czasami drazni nadmiar elektroniki. Deep Forest niebezpiecznie balansuje na granicy "turbo folku" (serbska odmiana disco-polo, gwiazda - Ceca) i chyba czasami ja narusza.
Ale koncert w Lazienkach byl moim zdaniem fajny pomimo, ze sporo wokali odtworzonych bylo z komputera, a 3xd front-wokalistka tylko dospiewywala niektore partie.
Eric Mouguet swiadom miejsca w ktorym gral koncert pokusil sie nawet o solowe, live wykononie preludimu 4 opus 28 F. Chopina, czyli tego rewelacyjnego kawalka, ktorego najbardziej chyba znany cover popelnila Jane Birkin z Sergem Gainsbourgiem.>>>http://www.youtube.com/watch?v=bbUUwJxpW88 (Tak, tak to ta sama para, ktora zrobila slynne, kiedys zakazane w wielu stacjach "Je T'aime Moi Non Plus">>http://www.youtube.com/watch?v=k3Fa4lOQfbA). Warto wpasc na YT odsluchac te kwalki, bo sa to jedne z lepszych milosnych songow ever made. Wszak francuski to jezyk milosci, a Jane Birkin jakkolwiek rodowita angielka, radzi sobie z nim wcale niezle i przekonywujaco, chociaz meczy sie przy tym biedaczka, bo dycha i wzdycha przez znaczna czesc piosenki). W kazdym razie, kiedy zabrzmialy pierwsze takty chopinowskiego preludimum pewna (niewielka) czesc publicznosci zajarzyla co jest grane nagradzajac Erica oklaskami.
Koncert trwal okolo 1,5h. Mnie sie podobal pomimo licznych niedogodnosci, ktorych przyczyna byli przypadkowi sluchcze, lazacy, gadadajcy, zaslaniajacy, uciaszajcy swoje dziatki. Jednak idac na publiczny, darmowy koncert trzeba sie liczyc z takimi problemami. Dobrze jest zabrac sporo dobrego humoru, uzbroic w tolerancje, wlasne: stolek, wode, cieple ubranie. Nie bez znaczenia jest odpowiednio wczesny wyjazd z domu co znakomicie ulatwia parkowanie i zajecie strategiczego miejsca na widowni, a to z kolei przeklada sie na pozytywny odbior calosci.
Warto bylo uslyszec "Seeet Lullaby" live, nawet jesli nie bylo to 100% live.
Do tego to szczegolne miesce - Lazienki i F. Chopin, ktory takze czerpal z
z muzyki ludowej... Gdyby tak jeszcze na koniec wystapila Jarzebina z "Koko, koko euro spoko"...http://www.youtube.com/watch?v=YtDhMzDkois tez folkiem inspirowana... to mielisbysmy miedzypokoleniowa jazde spieta zgrabna klamra "muzyki etnicznej". Swoja droga ciekawe, jak znioslby to Fryderyk.
...a zagle w 1995 roku nie mialy tak dramatycznego przebiegu jak zeglarska wyprawa z "Noza w wodzie". Noz, owszem byl, przepadl w chwastach, ale zostal odnaleziony...
To byly przyjemne okolicznosci przyrody: mazurska pusta droga, gdzies pomiedzy Piszem, a Gizyckiem, poczatek moze koniec lata, ladna, sloneczna pogoda, czochrane wiatrem przydrozne brzozy, kiedy na droge, niespodziewanie, praktycznie pod kola samochodu wyskoczyl autostopowicz... nieeeee to "Noz w wodzie"....
...gdy nagle Mali - kolega powozacy dobrze wyciszona, benzynowa Honde Accord, wrazil do szpary odtwarzacza krazek pt. World Mix kapeli Deep Forest, a z dobrej klasy zestawu stereo poplynela "Sweet Lullaby">>>http://www.youtube.com/watch?v=ATmBOnMJJkE&feature=related (uwaga! rzecz czepliwa, mze uzalezniac). Byl rok 1995 (chyba). Kolysanka mnie nie uspila. Przeciwnie, zapadla w pamiec. Po powrocie do domu kupilem plyte (net wowczas prawie nie istnial, mp3 i Napster mialy jeszcze kilka lat do nardzin), wrzucilem do zmieniarki w swoim samchodzie. Towarzyszyla mi do momentu, kiedy tak bardzo spodobala sie zlodziejom, ze ukradli plyte i samochod... Nie wrocila do mnie. Samochod tez nie. (Najwieksza strata byla chyba jednak skradziona wraz z innymi plytami cudowna "Prowizorka 2", wydana w mocno limitowanym nakladzie. Rzecz zawierajaca jazzowe covery znanych rockowych i popowych kwalkow, a wsrod nich znakomite wprost wykonanie Sunny Afternoon The Kinks >> http://www.youtube.com/watch?v=1h1oRP7FfBw)
Potem, w 1996 r. Deep Forest zostali zaproszeni jako gwiazda(!) festwialu w Sopocie. Calkiem niedawno umiescilem w swoim komputerze zawartosc ich kolejnych plyt. Wkrotce okazalo sie, ze beda w Warszawie dajac publiczny koncert w Lazienkach pod pomnikiem F. Chopina.
Poszedlem.
Deep Forest gra cos co okreslane jest mianem world music, czyli muzyke etniczna. Duzo elektroniki plus kilku egzotycznych muzykow na basie, zestawach perkusyjnych oraz robiaca front duza, dynamiczna i demoniczna czarna wokalistka ubrana w bajecznie kolorowe cos, ze stosownym zawojem na glowie, wyspiewujaca wokale w dziwnych, nieznanych jezykach. Jest w tej muzyce cos niepokojacego, pierwotnego. Jest w niej rodzaj tesknego zaspiewu do ktorego rozumienia zbedna jest znajomosc suahili. Lider i tworca zespolu klawiszowiec Eric Mouquet niezle porusza sie w afrykanskich klimatach przetwarzajac je przy pomocy kubanskich i somalijskich muzykow na nuty mile dla europejskiego ucha. Nie wszystkie transkrypcje sa udane. Czasami drazni nadmiar elektroniki. Deep Forest niebezpiecznie balansuje na granicy "turbo folku" (serbska odmiana disco-polo, gwiazda - Ceca) i chyba czasami ja narusza.
Ale koncert w Lazienkach byl moim zdaniem fajny pomimo, ze sporo wokali odtworzonych bylo z komputera, a 3xd front-wokalistka tylko dospiewywala niektore partie.
Eric Mouguet swiadom miejsca w ktorym gral koncert pokusil sie nawet o solowe, live wykononie preludimu 4 opus 28 F. Chopina, czyli tego rewelacyjnego kawalka, ktorego najbardziej chyba znany cover popelnila Jane Birkin z Sergem Gainsbourgiem.>>>http://www.youtube.com/watch?v=bbUUwJxpW88 (Tak, tak to ta sama para, ktora zrobila slynne, kiedys zakazane w wielu stacjach "Je T'aime Moi Non Plus">>http://www.youtube.com/watch?v=k3Fa4lOQfbA). Warto wpasc na YT odsluchac te kwalki, bo sa to jedne z lepszych milosnych songow ever made. Wszak francuski to jezyk milosci, a Jane Birkin jakkolwiek rodowita angielka, radzi sobie z nim wcale niezle i przekonywujaco, chociaz meczy sie przy tym biedaczka, bo dycha i wzdycha przez znaczna czesc piosenki). W kazdym razie, kiedy zabrzmialy pierwsze takty chopinowskiego preludimum pewna (niewielka) czesc publicznosci zajarzyla co jest grane nagradzajac Erica oklaskami.
Koncert trwal okolo 1,5h. Mnie sie podobal pomimo licznych niedogodnosci, ktorych przyczyna byli przypadkowi sluchcze, lazacy, gadadajcy, zaslaniajacy, uciaszajcy swoje dziatki. Jednak idac na publiczny, darmowy koncert trzeba sie liczyc z takimi problemami. Dobrze jest zabrac sporo dobrego humoru, uzbroic w tolerancje, wlasne: stolek, wode, cieple ubranie. Nie bez znaczenia jest odpowiednio wczesny wyjazd z domu co znakomicie ulatwia parkowanie i zajecie strategiczego miejsca na widowni, a to z kolei przeklada sie na pozytywny odbior calosci.
Warto bylo uslyszec "Seeet Lullaby" live, nawet jesli nie bylo to 100% live.
Do tego to szczegolne miesce - Lazienki i F. Chopin, ktory takze czerpal z
z muzyki ludowej... Gdyby tak jeszcze na koniec wystapila Jarzebina z "Koko, koko euro spoko"...http://www.youtube.com/watch?v=YtDhMzDkois tez folkiem inspirowana... to mielisbysmy miedzypokoleniowa jazde spieta zgrabna klamra "muzyki etnicznej". Swoja droga ciekawe, jak znioslby to Fryderyk.
...a zagle w 1995 roku nie mialy tak dramatycznego przebiegu jak zeglarska wyprawa z "Noza w wodzie". Noz, owszem byl, przepadl w chwastach, ale zostal odnaleziony...
sobota, 19 maja 2012
"Witamy w piekle. Wyprawy do miejsc odradzanych przez biura podróży". aut. Dom Joly, 2012, książka
"Witamy w piekle. Wyprawy do miejsc odradzanych przez biura podróży". aut. Dom Joly, 2012
No, raczej, ze dales sie zrobic, powiedzialby moj mlodszy syn... Dalem sie i do tego z cala swiadomoscia.
Zwykle chwyty marketingowe: dobry tytul, fajna okladka (palestynski dzieciak z kałachem), haczyk w tekscie przynety na czwartej okladce: .."docierajac doslownie do jadra ciemnosci"... i juz bylem przy kasie z ksiazka w reku. Na domiar zlego ksiazka zostala wydana przez Carta Blanca w reportazowej serii Bieguny, tej samej co znakomite "Lalki w ogniu". Mialem nadzieje na dobry reportaz. Dostalem lekko polsmieszna, opowiesc angielskiego komika, ktory znudzony swoim dotychczasowym zajeciem ruszyl w podroz po miejscach naznaczonych smiercia. Pomysl fajny, wykonanie mierne. Obserwacje spisane przez autora nie wykraczaja poza spostrzezenia przecietnego turysty ogladajacego swiat z okien autobusu.
Zadnych "jader ciemnosci", zadnych "mrocznych przygod". Wszytko przecietne, lacznie z relacjami z autentycznie szokujacych miejsc: Korei Polnocnej, Kambodzy. Reportaz jest naznaczony komicznym pietnem profesji autora. I to nadaje ksiazce szczegolny, lekki charakter. Jednak sa to nieliczne rodzynki, w tym zakalcowatym, nieudanym moim zdaniem wypieku. O Korei Polnocnej dowiemy sie wiecej ze znakomitej "Defilady", krotkiego fimu dokumentalnego Fidyka. Tragedia Kambodzy, niemierzlane okrucienstwo Czerwonych Khmerow sa przedmiotem znakomitych "Pol smierci", Czarnobyl z atmosfera tamtych lat znamy praktycznie z autopsji, Dallas, smierc JFK, Memphis z zamordowanym Lutherem Kingiem byly tematem tylu dokumentow, ze wiemy o nich wszystko. Pewnym smaczkiem jest wyjazd na narty do Iranu i sentymentalna podroz do Libanu/Bejrutu, ale to zdecydowanie za malo, zeby wydac 30 zl i poswiecic kilka godzin cennego czasu.
A mialo byc mrocznie i strasznie...
No, raczej, ze dales sie zrobic, powiedzialby moj mlodszy syn... Dalem sie i do tego z cala swiadomoscia.
Zwykle chwyty marketingowe: dobry tytul, fajna okladka (palestynski dzieciak z kałachem), haczyk w tekscie przynety na czwartej okladce: .."docierajac doslownie do jadra ciemnosci"... i juz bylem przy kasie z ksiazka w reku. Na domiar zlego ksiazka zostala wydana przez Carta Blanca w reportazowej serii Bieguny, tej samej co znakomite "Lalki w ogniu". Mialem nadzieje na dobry reportaz. Dostalem lekko polsmieszna, opowiesc angielskiego komika, ktory znudzony swoim dotychczasowym zajeciem ruszyl w podroz po miejscach naznaczonych smiercia. Pomysl fajny, wykonanie mierne. Obserwacje spisane przez autora nie wykraczaja poza spostrzezenia przecietnego turysty ogladajacego swiat z okien autobusu.
Zadnych "jader ciemnosci", zadnych "mrocznych przygod". Wszytko przecietne, lacznie z relacjami z autentycznie szokujacych miejsc: Korei Polnocnej, Kambodzy. Reportaz jest naznaczony komicznym pietnem profesji autora. I to nadaje ksiazce szczegolny, lekki charakter. Jednak sa to nieliczne rodzynki, w tym zakalcowatym, nieudanym moim zdaniem wypieku. O Korei Polnocnej dowiemy sie wiecej ze znakomitej "Defilady", krotkiego fimu dokumentalnego Fidyka. Tragedia Kambodzy, niemierzlane okrucienstwo Czerwonych Khmerow sa przedmiotem znakomitych "Pol smierci", Czarnobyl z atmosfera tamtych lat znamy praktycznie z autopsji, Dallas, smierc JFK, Memphis z zamordowanym Lutherem Kingiem byly tematem tylu dokumentow, ze wiemy o nich wszystko. Pewnym smaczkiem jest wyjazd na narty do Iranu i sentymentalna podroz do Libanu/Bejrutu, ale to zdecydowanie za malo, zeby wydac 30 zl i poswiecic kilka godzin cennego czasu.
A mialo byc mrocznie i strasznie...
niedziela, 13 maja 2012
"Przed wschodem słońca" (Before Sunrise), reż. Richard Linklater, Austria +, 1995, TV
"Przed wschodem słońca" (Before Sunrise), rez. Richard Linklater, Austria +, 1995, TV
Tytul zarekomendowany na forum FilmWeb, ktorego sila razenia miala byc podobna do powalajcych (mnie) "Zapiskow z Toskanii". Zapytalem o ten film w swojej lokalnej wypozyczalni. Nie mieli. Jednak wkrotce ku mojemu zadwowoleniu okazalo sie, ze Zone Europe bedzie emitowac "Przed wschodem slonca" oraz kolejna jego czesc "Przed zachodem slonca". Zrobilem miejsce na dysku, nagaralem, objerzalem.
Jest w tym filmie kawalek prawdy o naszych zachowanich. Ta prawda pozwala na sledzenie przez cale 100 minut pary mlodych ludzi, ktorzy poznawszy sie przypadkowo w pociagu, wysiadaja w Wiedniu i spedzaja 3/4 doby chodzac, gadajac, gadajac, gadajac...
Wierze w taki rodzaj fascynacji druga osoba. Moze dlatego nie tylko obejrzalem ten film z zainteresowaniem, ale jestem gotow polecac go innym. Jednak z pewnoscia nie jest to historia, ktora jest w stanie zainteresowac wszystkich. Bo oni przeciez na tym filmie tylko chodza i gdaja, gadaja,
gadaja...
Wzajemna fascynacja podsycona erotyzmem, sila przypadku, ulotnosc chwili, moc porozumienienia, ogrom pozytywnych wibracji, podobny pozimom intelektu pozwalaja parze bohaterow w sposob wiarygodny dla widza chodzic i gadac, gadac, gadac...
Ta opowiesc, to spotkanie, to rodzaj wakacyjnego zauroczenia, ktore gwaltownie eksploduje i zwykle podobie gwaltownie konczy. Kazdy kto tego doswiadczyl obejrzy "Przed wschodem slonca" z przyjemnoscia, bez irytytacji. Kogo zas ominely wakacje z blondynka/blondynem moze miec trudnosci z uwiarygodnieniem tej historii. Ale przeciez wlasnie wakacje/lato przed nami. Jesli nie trafilo Was do tej pory to moze teraz? W kazdym razie warto zobaczyc film, zeby byc swiadomym zagrozen jakie niesie podroz pociagiem...
Jest jednak pewnien problem. Film jest z 1995r. Wtedy w pociagu co najwyzej sie czytalo. Teraz podrozujac kazdy siedzi z sluchawkami w uszach, grzebie w necie, smyra smartfon, slepi w komputer i szanse na fajna konwersacje, moze przygode zycia spadaja...a w dobie tanich linii lotnicznych funkcjonujach nawet w polaczeniach krajowych to juz w ogole kicha...
Tytul zarekomendowany na forum FilmWeb, ktorego sila razenia miala byc podobna do powalajcych (mnie) "Zapiskow z Toskanii". Zapytalem o ten film w swojej lokalnej wypozyczalni. Nie mieli. Jednak wkrotce ku mojemu zadwowoleniu okazalo sie, ze Zone Europe bedzie emitowac "Przed wschodem slonca" oraz kolejna jego czesc "Przed zachodem slonca". Zrobilem miejsce na dysku, nagaralem, objerzalem.
Jest w tym filmie kawalek prawdy o naszych zachowanich. Ta prawda pozwala na sledzenie przez cale 100 minut pary mlodych ludzi, ktorzy poznawszy sie przypadkowo w pociagu, wysiadaja w Wiedniu i spedzaja 3/4 doby chodzac, gadajac, gadajac, gadajac...
Wierze w taki rodzaj fascynacji druga osoba. Moze dlatego nie tylko obejrzalem ten film z zainteresowaniem, ale jestem gotow polecac go innym. Jednak z pewnoscia nie jest to historia, ktora jest w stanie zainteresowac wszystkich. Bo oni przeciez na tym filmie tylko chodza i gdaja, gadaja,
gadaja...
Wzajemna fascynacja podsycona erotyzmem, sila przypadku, ulotnosc chwili, moc porozumienienia, ogrom pozytywnych wibracji, podobny pozimom intelektu pozwalaja parze bohaterow w sposob wiarygodny dla widza chodzic i gadac, gadac, gadac...
Ta opowiesc, to spotkanie, to rodzaj wakacyjnego zauroczenia, ktore gwaltownie eksploduje i zwykle podobie gwaltownie konczy. Kazdy kto tego doswiadczyl obejrzy "Przed wschodem slonca" z przyjemnoscia, bez irytytacji. Kogo zas ominely wakacje z blondynka/blondynem moze miec trudnosci z uwiarygodnieniem tej historii. Ale przeciez wlasnie wakacje/lato przed nami. Jesli nie trafilo Was do tej pory to moze teraz? W kazdym razie warto zobaczyc film, zeby byc swiadomym zagrozen jakie niesie podroz pociagiem...
Jest jednak pewnien problem. Film jest z 1995r. Wtedy w pociagu co najwyzej sie czytalo. Teraz podrozujac kazdy siedzi z sluchawkami w uszach, grzebie w necie, smyra smartfon, slepi w komputer i szanse na fajna konwersacje, moze przygode zycia spadaja...a w dobie tanich linii lotnicznych funkcjonujach nawet w polaczeniach krajowych to juz w ogole kicha...
Subskrybuj:
Posty (Atom)