sobota, 30 marca 2024

"Izzy and the Black Trees", Klub Hydrozagadka, sobota 2024.03.23, koncert

 "Izzy and the Black Trees", Klub Hydrozagadka, sobota 2024.03.23, koncert

Chwila przed.
Nigdy nie widziałem tej kapeli i nigdy nie byłem w tym klubie. Dwa dobre  powody dla których wysupłałem 55.00 zł i udałem się w sobotni wieczór na godz. 19:00 na praska ulicę 11 Listopada 22, gdzie w podwórku, w otoczeniu starych, przedwojennych kamienic mieści się Hydrozagadka. Fajne miejsce, gdzie poza klubem znajdują sie jeszcze knajpeczki: Saturator, Skład Butelek, Zwiąż Mnie i hostel Loft 22 (więcej TU). 

Jakiś czas temu usłyszałem "Izzy" w Radiu 357. Mocne, rockowe granie. Skąpy sklad: 2x gitara, perkusja i wokalistka. To co poleciało z radia zrobiło na mnie na tyle pozytywne wrażenie, że jakiś czas potem odszukałem "Izzy" na YT, a pierwszym odsłuchanym clipem był kawałek "Liberate" (TU). Odsłuchałem/obejrzałem także inne i gdy doleciała do mnie via Spotify informacja o warszawskim koncercie, niezwłocznie kupiłem bilety. 

Niewielka estrada, sporo świateł, dobre
nagłośnienie, bezpośredni kontakt z publicznością
Koncert zaczął się petardą w postaci także polskiej kapeli "Steve Martins". Panowie zgodnie z założeniem podgrzali publiczność grając żywiołowego rocka. Po około 1h na estradę weszli "Izzy" i poleciało... To był świetny koncert! Postpunkowy klimat, przesterowane gitary, dobry dźwięk, głośno, ale bez przesady. Solidny kawałek rocka znakomicie brzmiącego we wnętrzu Hydrozagadki. "Izzy" wraz z bisem grali blisko 1,5h. Potem nieodwołalny koniec i żal, że to już, że zamiast przyjechać swoim samochodem trzeba było taksówką, bo przecież warto byłoby jeszcze chwilę posiedzieć, wychylić coś mocniejszego chłonąc atmosferę Hydrozagadki. Żaden stadionowy koncert nie może się równać z koncertami w miejscach takich jak Hydrozagadka. I chociaż adres 11 Listopada 22 to głęboka, daleka Praga to gorąco polecam to miejsce. Warto jest sprawdzić kapele, których koncerty są tam planowane i wybrać coś dla siebie. W tym miejscu trzeba być!

piątek, 15 marca 2024

"Diuna", reż. Denis Villeneuve, D1 2021, USA, Kanada, GB, Węgry; D2 2024, USA, Kanada, w kinach

 "Diuna", reż. Denis Villeneuve, D1 2021,  USA, Kanada, GB, Węgry; D2 2024, USA, Kanada, w kinach

Diuna 1
O "Diunie" napisano już chyba wszystko i wszędzie. Poza "prosto z jeziora" :) W każdym razie przyszła i na mnie pora i to właśnie teraz po obejrzeniu "Diuny 2" blisko 2 tyg. temu na kolosalnie dużym ekranie kina Imax. Dzień wcześniej odświeżyłem sobie "Diune 1". W tym przypadku było to HBO i trochę mniejszy niż imaxowy ekran mojego odbiornika TV :) Kolejną istotną różnicą mogącą mieć wpływ na moje doznania był towarzyszący "Diunie 1" polski lektor, a w przypadku "Diuny 2" wersja z polskim dubbingiem (seanse w Imax ver. ang. z pl-napisami były wyprzedane na kilka dni do przodu i dostępne były jedynie skrajne fotele, a te z oczywistych względów mnie nie interesowały; wybrałem więc seans [pon. 4.03, 14:10] z dubbingiem z odpowiednią lokalizacją fotela). "Diunę 1" widziałem 2x, "Diunę 2" tylko jeden raz. Moim zdaniem "Diuna 1" jest lepsza od "Diuny 2"  i pierwsza część zasługuje na 8/10 w skali filmweb, czyli bardzo dobry, podczas kiedy "Diuna 2" to moim zdaniem 7/10, czyli dobry. Każdej z ocen dodałbym jeszcze plus, ale tych w skali filmweb nie ma.

Diuna 2
Przyczyną dla której niżej cenię "Diunę 2" jest zbyt mocny przechył drugiej części w kierunku fantasy, odejście od formuły sci-fi, która przecież w "Diunie 1" i tak nie jest reprezentowana w czystej formie. W każdym razie ten koktajl: sci-fi i fantasy daje w efekcie hybrydę sci-fantasy, a mnie fantasy jako gatunek literacki/filmowy nie interesuje. Mam tak, że kiedy akcja wchodzi na nieakceptowalny dla mnie poziom mistycyzmów, wyroczni, rytuałów wtajemniczenia/przejścia itp. tracę zainteresowanie. Z tych powodów nie udało mi się przeczytać więcej niż 1/4 "Władcy pierścieni", książki którą w okolicach połowy lat 80-tych fascynowało się wielu moich znajomych (nie widziałem także żadnego z filmów). Podobnie miała się rzecz z książka "Diuna". Pierwsze polskie wydanie "Diuny" (1985) było dwutomowe i jakiś czas potem (1992-1993) wydano kolejne części sagi na którą składa się obecnie z osiem części. Pierwszy tom "Diuny" przeczytałem bez problemów, ale bez większych zachwytów. W drugim tomie ugrzązłem i nigdy nie przeczytałem go do końca. O ile pamiętam (czytałem "Diunę" w II poł. lat 80-tych) przyczyny zniechęcenia były takie same jak w odniesieniu do filmu - nadmiar mistyki. Gdzieś, kiedyś zatrzymałem oko na fragmentach ekranizacji "Diuny" z roku 1984, tej w reż. Davida Lyncha z udziałem Stinga - bez zachwytu i potrzeby obejrzenia filmu w całości.
Dwa tomy pierwszego polskiego wydania 

"Diuna 1" wbija w fotel. Estetyka tego filmu w każdym z wymiarów działających na emocję, a zwłaszcza obraz i muzyka jest porażająca. Na temat użytych w filmie kolorów napisano już tomy. Jakość większości kadrów, ze wskazaniem na te "pustynne" formalnie zwala z nóg, a widz żałuje, że nie może cieszyć oczu ich wysmakowanym pięknem dłużej. Ostatecznie to film, nie wystawa fotosów:) Całość, łącznie z muzyką Hansa Zimmera paraliżuje zmysły, a zmagania zamieszkujących bezwzględnie eksploatowaną planetę Arrakis - Fremenów z Harkonenami ogląda się z zapartym tchem. Poza mistrzowskim użyciem kolorów (świat złych Harkonenów jest praktycznie czarno-biały) twórcy uderzają w emocje widza bezpośrednimi skojarzeniami, gdzie zhierarchizowana organizacja Harkonenów przywodzi na myśl hitlerowskie Niemcy, a niektóre kadry są niczym wyjęte żywcem obrazy z oryginalnych kronik hitlerowskich parteitagów. Nie bez znaczenia jest fantastyczna scenografia, która w przypadku wnętrz, w moim oglądzie jest wypadkową słynnego skalnego miasta Petra i monumentalnej egipskiej architektury Karnaku i świątyni Hatszepsut. Oglądając "Diunę 1 i 2" zastanawiałem się, czy D.Villeneuve i jego ekipa odpowiedzialna za kostiumy, scenografię, zdjęcia widziała "Faraona"  J. Kawalerowicza (1966; był nominowany do Oscara 1967) i malarstwo Beksińskiego. W moim odczuciu w wizualnej warstwie "Diun" wyczuwalny jest tamten klimat, tamta estetyka, która w połączeniu z "plemiennym" charakterem wolnych Fremenów wymodelowanych na wzór słynnych saharyjskich Tauregów dostarcza oczom widza prawdziwą, niebywałą ucztę, która nikogo nie pozostawia obojętnym. To istny majstersztyk. Wizualna orgia.

Diuna 1984

"Diuna 2" nie zaskakuje wykreowanymi światami. Już je znamy z "Diuny 1". Jest tu kilka nowych pomysłów (bliżej poznajemy czerwie - pustynne potwory) i jesteśmy świadkami wykorzystania tych paskud w iście rekreacyjnych celach. Ale jest także więcej koloru i niestety więcej dialogu/opowieści tłumaczących funkcjonowanie mrocznych sił, które zarządzają tamtym światem. Ów nadmiar tekstu i koloru zaczyna się o okolicach 1/2 "Diuny 2" i od tego momentu moje zainteresowanie dalszą akcją, oczekiwanie na nowe fascynujące zdjęcia i zabiegi scenograficzne zaczęło spadać...  Na domiar złego, na szczęście już pod koniec filmu ujawnia się Christopher Walken w roli Imperatora, a tego aktora nie darzę specjalną sympatią. I już na koniec dubbing... Nie jest tak beznadziejnie słaby jak w przypadku "Awatara 2", ale nadal pozostawia wiele do życzenia, gdyż jest moim zdaniem ledwo poprawny. Czyli mamy wyraźne pękniecie, słyszalny dysonans pomiędzy znakomitym obrazem, potężną muzyką, świetną grą aktorów i bladziutką, polską warstwą tekstową... Moim zdaniem dobry polski lektor byłby o niebo lepszy niż trzeciorzędny garnitur polskojęzycznych aktorów. To oczywista skucha.

Film(y) trzeba zobaczyć. To fantastyczne kino dosłownie i w przenośni. Wielkie. Inne niż "Awatar", który jako widowisko jest także znakomity.  Kino tak samo jak "Awatar" porywające, ale poprzez historyczno-kulturowe odniesienia działające (na mnie?) zdecydowanie głębiej aniżeli dokonanie Jamesa Camerona. 

PS // Czytam, że będą kolejne "Diuny". No, nie wiem... 

poniedziałek, 11 marca 2024

Wisła/Świder, sobota 2024.03.09, rowerowe

 Wisła/Świder, sobota 2024.03.09, rowerowe

Ujście Świdra do Wisły, 9:40, temp. około +3 st. Miejsce, które chętnie odwiedzamy, które często
fotografuję. Przyczyną jest uroda tego zakątka: rozległy, przestrzenny widok,
 nietknięty cywilizacją. Do wrażenia wyjątkowości dokłada
 się płaskie, bardzo jaskrawe oświetlenie i towarzyszące mu smoliste, głębokie cienie. Słońce już
 wyczuwalnie grzeje, a brak wiatru i cisza potęgują poczucie harmonii.


sobota, 2 marca 2024

"Kos", reż. Paweł Maślona, PL, 2023, film

 "Kos", reż. Paweł Maślona, PL, 2023, film

Film zdobył kilka ważnych (w Polsce) nagród, w tym Złote Lwy 2023, czyli nagrodę główną na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Może to oznaczać, że albo rzeczywiście jest tak dobry, albo, że konkurencja była słaba... Obejrzałem film wczoraj. Dając filmowi 6/10, czyli "niezły" w skali filmweb, skłaniam się ku przekonaniu o wątlej konkurencji. 

Tak jak napisano i powiedziano praktycznie we wszystkich mediach "Kos" nie jest filmem o Tadeuszu Kościuszce. Trzeba go oglądać i oceniać w kategoriach dokonania artystycznego, czyli w kategoriach sztuki filmowej. Prawdą jest, że siadając w kinowym fotelu spodziewałem się po zdobywcy Złotych Lwów więcej i jak widać z mojej oceny siła filmu nie wgniotła mnie w fotel, ba, wyszedłem z kina ciut rozczarowany. To niezły film, ale do kategorii "dobry", czyli siódemki w skali filmweb sporo mu brakuje. Pomimo tego, że film dzieje się w kilku przeplatających się planach, "Kos" trwający blisko 2h cierpi na nierówne tempo. Suspens też nie jest jego mocną stroną, co w konsekwencji powoduje znaczący spadek, no... dobrze, falowanie zainteresowania akcją filmu. Pomimo wyraźnej dbałości o szczegóły (dobre kostiumy, charakteryzacja) efekty specjalne, sceny grupowe, budzą uśmiech bliski uśmiechu politowania. Podobały mi się natomiast aktorskie dokonania Roberta Więckiewicza (gra rosyjskiego oficera Dunina) oraz Łukasza Simlata (świetna w moim przekonaniu rola szlachcica Wąsowskiego). Te dwie postaci, ze wskazaniem na R. Więckiewicza "robią" ponad 50% filmu. Dla nich i dla przyczyn o których niżej, warto jest zobaczyć "Kosa".

Oczywiście nie mogę się nie  odnieść do wielu głosów krytycznych mówiących o kpinie z polskiej historii, o poprawności filmu zrobionego według progresywnych, lewackich standardów. Otóż można, jeśli ktoś ma taką wolę kpić i krytykować udział czarnoskórego aktora (przyjaciel/adiutant T. Kościuszki przywieziony z ledwo co ukonstytuowanych Stanów Zjednoczonych), zarzucać autorom "Kosa" fałszowanie(?) historii i obalanie pomników. Można jednak obejrzeć film bez tych emocji i próbować ocenić go w kategoriach czysto filmowych. Jest rzeczą oczywistą, że film w pewnym stopniu wpisuje się w popularny ostatnio trend czegoś co można nazwać "chłopomanią". Wystarczy chociażby przywołać dość głośne tytuły książek: "Chamstwo" (2022) i "Chłopki. Opowieść o naszych babkach" (2023, 300 tys. sprzedanych egz.!), gdzie gdzieś, w oddali pobrzmiewa przybyła zza oceanu kultura woke, czyli refleksja o tragicznym losie nizin społecznych, którymi u nas byli chłopi pańszczyźniani, a za wielka wodą czarni niewolnicy. Jakiś czas temu przeczytałem "Chamstwo". Lektura godzi w mit miodem i mlekiem płynącej Polski szlacheckiej, który każdy z nas (mam taką wiarę:)) zna z sienkiewiczowskiej "Trylogii". Jaka jest prawda o polskim stanie szlacheckim, jego stosunku do pańszczyźnianych chłopów, woli do bicia się za Rzeczpospolitą? Przypominam, że "Trylogia" to cykl napisany z tezą, którą H. Sienkiewicz jasno określił na ostatniej stronie "Pana Wołodyjowskiego": "Na tym kończy się ten szereg książek pisanych w ciągu kilku lat i w niemałym trudzie - dla pokrzepienia serc". "Kos" podśmiewa się ze szlachty stawiającej się na wezwanie T. Kościuszki z bronią pamiętającą potop szwedzki i z wiarą, że: "Święta Panienka poprowadzi i osłoni", wszak "szlachta na koń siędzie i jakoś to będzie" . W "Kosie" szlachta traktuje chłopów jak swoja własność, a razy zadane kijem karbowego zostawiają takie same blizny na chłopskich plecach jak te zadane biczem nadzorcy plantacji bawełny na plecach czarnego adiutanta T. Kościuszki. Nie widzę tutaj żadnych nadużyć ze strony twórców filmu. Troszkę drażniły mnie buńczuczne tyrady rotmistrza Dunina (R. Więckiewicz) pouczającego Polaków, kąpiącego, że u nas "Bóg, honor, ojczyzna", gdzie honor jest przed ojczyzną wobec czego sami sobie robimy w kraju bajzel (dosłowny cytat), a potem prosimy matuszkę Rosiję o pomoc (Konfederacja targowicka 1792), bo sami sobie nie radzimy... Pomyślałem jednak, że można to odczytać także jak odniesienie do sytuacji bieżącej, bałaganu, który mamy teraz, szukania pomocy w Unii... Urszula Katarzyną II? :)

Oj! Chyba mnie wyniosło na ostatniej bandzie :) Wracam do filmu. Myślę sobie, że brakuje nam umiejętności krytycznego spojrzenia na nas samych, w tym na naszą historię, kulturę, rzeczywistość. "Kos" zawiera także elementy humoru zawartego w ścieżce dialogowej oraz prowokowanego sytuacją. Ale... Czy już umiemy się śmiać sami z siebie, z naszych narodowych przywar? Czy możliwe jest powstanie w Polsce odpowiednika "Latającego cyrku Monty Pythona" i nakręcenie filmu "Jabberwocky" - kwintesencji angielskiego humoru kpiącego do bólu zębów z Brytyjczyków i Brytyjskości, którego autorami są stuprocentowi Angole?

"Kos" nie jest i nie był pomyślany jako komedia. Stawia pytania, wyraża wątpliwości, daje do myślenia. Pomimo, że w mojej ocenie jest tylko "niezły" to zachęcam do jego obejrzenia. Warto jest mieć, jak zawsze, własne zdanie :) 










czwartek, 29 lutego 2024

"Na barkach gigantów. Wielcy badacze i ich odkrycia od Archimedesa do DNA" (On Giants' Shoulders), aut. Bragg Melvyn, 2004, książka

 "Na barkach gigantów. Wielcy badacze i ich odkrycia od Archimedesa do DNA" (On Giants' Shoulders), aut. Bragg Melvyn,  2004, książka

To nieduża książeczka z serii "Na ścieżkach nauki" wydawnictwa Prószyński i S-ka. Liczy 236 str. w mniejszym od A4 formacie. Pomimo, że jak na książkę traktującą o nauce jest dość stara (2004) to moim zdaniem warto jest poświęcić czas na jej lekturę. Autor zajmując się postaciami, które jego (i nie tylko) zdaniem były/są gigantami nauki, nie skupia się na ich biografii, ale stara się wykazać znaczenie odkryć, które służyły i często służą nadal postępowi nauki. Począwszy od  Archimedesa,  poprzez m.in. Galileusza, Karola Darwina,  Marię Curie-Skłodowską, aż do współczesnych Jamesa Watsona i Francisa Cricka (ci panowie dostali Nobal w 1962 za odkrycie DNA) autor podpierając się opiniami współczesnych autorytetów naukowych dowodzi wielkiego wpływu wizjonerów-gigantów na rozwój nauki, ich wpływie na postęp cywilizacyjny. Książka składa się ze zwięzłych, treściwych opisów najważniejszych dokonań postaci takich jak Izaak Newton, Zygmunt Freud, czy Albert Einstein, a komentarz znaczenia ich odkryć, wynalazków należy do wybitnych fachowców w danych dziedzinach (tutaj, w roli fachowca często występuje R. Dawkins o którego książkach sporo na blogu [TU]). Książkę czyta się łatwo. Nie zawiera fachowej terminologii, nie jest "gęsta" od nadmiaru dat, nazwisk. Podobało mi się bardzo przesłanie, które dotyczyło praktycznie wszystkich odkryć/wynalazków, które wyznaczało ścieżkę rozwoju każdego z gigantów. Jego autorem jest James Watson (ten od helisy DNA): "Trudno jest osiągnąć sukces naukowy, jeśli nie dyskutuje się z oponentami. Należy poznawać argumenty przeciwników, nawet gdy wydają się trudne do przyjęcia". 

niedziela, 25 lutego 2024

¡hola! Malaga!, luty 2024, rowerowe

 ¡hola! Malaga!, luty 2024, rowerowe

Widok w kierunku Malagi.

Widowiskowy zachód
słońca - zwiastun
zmiany pogody.
Zaczęło wiać, temp.
spadła do 15 st.
Rower górski, który ujeżdżam chociaż
nie tak szybki jak szosówka pozwalał
za to na jazdę po każdej nawierzchni.
Kiedy w Polsce zimno, mokro i ponuro pomysł, aby wyjechać na  rowerek tam, gdzie słonecznie, ciepło i zdecydowanie sucho jest dość oczywisty. Jednak do tej pory realizacja tej oczywistości nie była mi dana. W tym roku splot okoliczności spowodował, że przyjemność jaką jest obcowanie z śródziemnomorską przyrodą, kulturą, krajobrazami, kolorami stała się moim udziałem. Kierunek Hiszpania, Andaluzja, Costa del Sol, czyli okolice Malagi okazał się być znakomitym wyborem. Słońce, temperatury około 10 st. noc, do około 20 st w ciągu dnia, mnóstwo dobrej jakości asfaltowych dróg pod rower szosowy, a bike park oraz lokalny park krajobrazowy ze swoimi ścieżkami i szutrami pozwalały wyprowadzić z garażu rower górski. Nie sposób nie wspomnieć o okolicznych wzgórzach. Łatwo i szybko dostępne, piętrzące się na wysokość około 1 tys. metrów n.p.m. to marzenie każdego bikera, który poważnie myśli o progresie formy. Kilkunastokilometrowe podjazdy, niewielki ruch samochodów i przyjaźnie nastawieni kierowcy to creme de la creme tego co oferują okolice Malagi przede wszystkim szosowcom. Płaskie odcinki dróg biegnących wzdłuż wybrzeża także są dostępne, ale z racji większego ruchu samochodów nie stanowią takiej atrakcji jak drogi biegnące wśród wzgórz, w głąb lądu. 

The long nad winding road :) 
Obok w pierwszym planie amfiteatr rzymski
i mauretańska twierdza Alcazaba - turystyczne
atrakcje w centrum Malagi,

W Maladze urodził się Picasso i tu także jest
jego muzeum. Patrząc na prace jak ta obok (rysunek) nie
mam wątpliwości że Pablo był obdarzony niezłym
poczuciem humoru. 





Malaga to jednak dla większości turystów plaża i morze. W lutym nie ma nadmiaru turystów, 
a widoczne z lewej strony niewielkie domki czekają na spragnionych słońca i kąpieli. Po prawej stronie
uliczki, za linią drzew i niskim murkiem zaczyna się plaża. W sezonie jest tu baaardzo tłoczno,
 hałaśliwie i dla większości ludzi z północy Europy nieznośnie gorąco. Teraz, w lutym, w dzień
 powszedni spokój i przyjemne 20 st ciepła.


czwartek, 15 lutego 2024

"Helisa. Oni nas zastąpią" (Helix. Sie werden uns), aut. Marc Elsberg, 2017, książka

 "Helisa. Oni nas zastąpią" (Helix. Sie werden uns), aut. Marc Elsberg, 2017, książka

Po lekturze "Żydów", "Żydów2" i "Niemców" Piotra Zychowicza postanowiłem zrobić sobie przerwę od bestialstwa, zbrodni (czekają "Sowieci" tego samego autora oraz zarekomendowany przez koleżankę "Atlas zbuntowany") i przeczytać coś lżejszego. Przeszukałem zasoby lokalnej biblioteki wpisując do wyszukiwarki "DNA" i "Helisa". Jedną z dwóch wyselekcjonowanych książek była "Helisa" M. Elsberga. Znam wcześniejsze książki tego autora: "Blackout" (TU) i "Zero" (TU). "Blackout" doczekał się statusu bestsellera. I słusznie. "Zero" jest moim niezłe, chociaż nie tak dobre jak "Blackout". Natomiast "Helisa" pomimo tego, że traktuje o szalenie ciekawym zagadnieniu jakim jest stosunkowo nowa metoda modyfikacji DNA zawarta w akronimie CRISPR/Cas9, jest moim zdaniem z tych trzech tytułów najsłabsza. W mojej ocenie bardzo mizerna jest warstwa fabularna/sensacyjna opowiadanej przez książkę historii, która nie dość, że jest mocno naiwna, to bardzo szybko staje się przewidywalna gubiąc aspekt sensacji, nieoczekiwanego suspensu. Jednak zasadniczym zarzutem jest zbyt powierzchowne potraktowanie zagrożeń jakie niesie łatwość modyfikacji DNA dzięki narzędziom CRISPR/Cas9. Ta  metoda, to niedawne odkrycie (2012) uhonorowane Nagrodą Nobla w 2020 jest porównywane do ujarzmienia energii  atomowej ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. 

Marc Elsberg pisząc "Blackout" udowodnił, że potrafi bardzo sugestywnie budować wizję świata pozbawionego dostępu do energii elektrycznej. Jest przede wszystkim bardzo szczegółowy, dokładny i fachowy opisując rosnącą dramaturgię zagrożeń. Stopniowa eskalacja zła jest bardzo plastyczna. Czytelnik z łatwością daje się przekonać, że ta "blackoutowa" wizja jest możliwa, a jej konsekwencje mogą być tragiczne. W przypadku "Helisy" jest moim zdaniem inaczej. Odniosłem wrażenie, że temat zagrożeń został potraktowany przez autora pobieżnie, a całość książki nie została przemyślana, zaopatrzona w detale, które utwierdziłby czytelnika o skali ryzyka jakie niesie ze sobą frywolne grzebanie w genach...  Nie oznacza to jednak, że książka, której głównym tematem  jest "produkcja" super ludzi nie jest warta przeczytania. Myślę, że dla tych, którzy spotykają się pierwszy raz z CRISPR/Cas9 ta ubrana w sensacyjny wątek historia może być wstępem do bliższego zainteresowania się tym tematem. Jest on fascynujący, intrygujący, wręcz ekscytujący. Uwagę zwraca zwłaszcza fakt, że obecnie media milczą na temat postępów, rozwoju tej metody. Po roku 2012, kiedy panie: Jennifer Douda i Emmanuelle Charpentier opublikowały  metodologię programowania przy pomocy RNA helisy DNA nastąpił wręcz wysyp różnych publikacji na ten temat. Wystarczy wejść na Netflix, wpisać do wyszukiwarki DNA lub CRISPR/Cas9 żeby otrzymać listę kliku filmów dokumentalnych poświęconych temu tematowi. Intrygujące jest to, że wiedza na której się opierają sięga mniej więcej roku 2018/19. Potem... cisza.... Zainteresowanych zachęcam do obejrzenia tych filmów (TU i TU), gdzie opisuje się zmagania z komarami przenoszącymi wirusa Zika (wirus powodujący małogłowie) przed olimpiadą w Brazylii (2016) i ogromne nadzieje związane z leczeniem chorób jednogenowych. Jeden z filmów kończy się informacją o spodziewanym bodaj w roku 2019 przyjściu na świat chińskich bliźniąt, które w wyniku modyfikacji genetycznej będą (są) odporne na HIV... Ta informacja podana jest w formie sensacji. Zachodnie normy etyczne zakazują eksperymentów na ludzkich zarodkach. A chińskie... azjatyckie... Nie ma najmniejszych wątpliwości, że od kiedy metoda CRISPR/Cas9 trafiła pod strzechy (dosłownie; jest ponoć bardzo prosta; o tym także w filmach na Netflix) mnóstwo laboratoriów rzuciło się w wir eksperymentów. Mają zapewnione nieograniczone finansowanie. Niewyobrażalnie majętni ludzie chcą być równi bogom i zyskać nieśmiertelność, rządy wielu państw pragną stworzyć żołnierzy przyszłości, a Big Pharma szuka możliwości multiplikacji zysków. 

"Helisa" która w swoim pomyśle, konstrukcji w dużej mierze bazuje na "Nowym, wspaniałym świecie" A. Huxleya (TU) nie ma tej siły co pierwowzór napisany w 1932 roku. Jest warta uwagi, gdyż w niewielkim, ale jednak, stopniu uzmysławia skalę zagrożeń mimowolnie niesionych przez naukę.