czwartek, 19 czerwca 2014
"Będzie głośno" (It Might Get Loud), reż. Davis Guggenheim, USA, 2008, film, był w TVP2
Jest tak mało filmow muzycznych, o muzyce, ze każdy wydaje się być dobry. Jednak ten, gdzie 3 facetow opowiada o swojej fascynacji gitara jest szczególny. Warto poswiecic 1,5h na jego obejrzenie, chociaż dobor muzykow: J. Page, J. White, The Edge, jest w moim przekonaniu nierafiony w odniesieniu do gitarzysty U2.
Polski tytul obiecuje: "Będzie Głośno", angielski jest bardziej wstrzemięźliwy, wyraza nadzieje, ze może być glosno. I angielski jest bliższy prawdy.
Glosno, rozumianego jako wspólny jam nie chce być. Niestety.
Film był grany w kinach studyjnych. Zanim się zebrałem w sobie żeby się na niego udac - zniknal z ekranow. Przypadek sprawil, ze calkiem niedawno zauwazylem go w programie TVP2. Oczywiście o jakiejś paskudnej, poznej godzinie. Nagralem, obejrzałem, mam nadal na dysku, ogladam powtornie pisząc tego posta.
Film otwiera slynna już scena, w trakcie której Jack White buduje "gitare" z kawalka deski, drutu, butelki po coli. Lubie i cenie tego muzyka, zwłaszcza jako gitarzystę. Czerpie garściami z bluesa, rocka. Wysoko cenia go rockowe dinozaury. Stonsi zaprosili go do wspolnego grania przed kamerami Scorsese w słynnym filmie "Rolling Stones w blasku swietel". Drazni mnie jego piskliwy wokal, ale punkowa energia z jaka wymiata na gitarze zwłaszcza w czasie koncertow, swiadome sieganie do bluesowych korzeni, oraz odwaga z jaka wlacza do repertuaru utwory gwiazd country(!) (Dolly Parton - "Jolene") powodują, ze jakos radze sobie z jego piskami.
Na filmie puszcza bluesowy kawalek Sony Housa "Grinnin' in your face", który uslyszal majac 18 lat. Był zafascynowany faktem, ze klaszcząc i spiewajac (zero instrumentow) można przkazac tak wiele. Od tego momentu wiedział, ze liczy się charakter utworu. Reszta jest tylko dopełnieniem.
Lubie tego gościa także za to, ze chętnie przyznaje się do polskiego pochodzenia, jest czestym gościem na Openerze, a na jego plytach widać rozne polskie wtręty.
Jimmy Page... Ten facet ma co opowiadac i chętnie opowiada o czasach Led Zeppelin. Ale jeszcze ciekawsze jest to co dzialo się przed, a dzialo się wiele, poczawszy od tego, ze wcale nie chciał być muzykiem...
Jeśli ktoś sadzi, ze zmiany rytmu, szybkości, gwałtowne zwroty w ramach jednego utworu to patent Metalliki - powinien posluchac Cepow. Jimmy ma najwięcej do opowiedzenia i jego kwestie, odwołania do jego, Led Zeppelin dokonan, sa moim zdaniem najciekawsze.
Najslabszy jest The Edge. Nie mam pojęcia skad znalazł się w doborowym towarzystwie 2 facetow, którzy sa rasowymi blues,-rockmanami. Nigdy nie postrzegałem Edga jako wybitnego gitarzysty. Na spotkanie zaaranzowane przez tworcow filmu przyjezdza z ogromnym, zdjętym przez wozek widłowy elektronicznym piecem odpowiedzialnym za brzmienie jego gitar. Do przelaczania przyciskow ma inżynia-dzwiekowca. Koncnetruje się na poszukiwaniu dzwiekow, uwodzi go technika, możliwości elektroniki, a do powiedzenia, pomimo, ze U2 to tez dino, ma niewiele (moim zdaniem).
Nie zmienia to faktu, ze jednym z lepszych, wręcz swietnym filmem muzycznym jest "Rattle and Hum" (1988), zapis z koncertow U2 promujących plyte pod tym samym tytulem. Jeśli ktoś z Was nie widzial - k o n i e c z n i e !
Oczekiwalem po tym filmie więcej. Pomysl: zaprosić 3 gitarzystów dac im się wygadać, wygrac, wlaczyc do filmu materialy dokumentalne, mogl zaowocować czyms dużym, nawet wielkim.
Troszke nie wyszlo. Może ich obcowanie trwalo zbyt krotko? Odnioslem wrazenie, ze nie chwycili wspólnej chemii, która bylaby inspiracja do głębszych wynurzeń, wspólnego grania.
Nie znaczy to, ze można zlekcwazyc ten film.
"Będzie głośno" to obowiazkowa pozycja praktycznie dla wszystkich, zwłaszcza tych, którzy podobnie jak ja uwazaja, ze "Since I've been lovin' you" jest najlepszym kawałkiem Led Zeppelin (tak sobie wymyslilem).
Blues rzadzi!
czwartek, 8 grudnia 2016
"Gimme Danger", reż. Jim Jarmusch, USA, 2016, film, właśnie na ekranach
Oceniam film jako poprawny, czyli gdzies w okolicach "5" w dziesięciopunktowej skali filmweb.
Jego glowna zaleta jest to, ze jest, bo jednak po osobie reżysera i scenarzysty w jednej osobie oczekiwałem więcej. Teza, proba jej udowodnienia, ze The Stoogies byli jedna z ważniejszych kapel w historii muzyki wydaje mi się być co najmniej naciagana.
Jednak warto zobaczyć ten film. Jest tak mało filmow muzycznych, ze pojawienie się kolejnego na naszych ekranach jest dla mnie swietem, dobrym podwodem, żeby siadając w kinie podążać za opowiadana, w tym przypadku przez Iggy Popa, historia.
Ubiegly tydzień był bogaty w doznania muzyczne. Poniedziałek - Mariza - fado, czwartek - Taco Hemingway - rap, sobota - The Stoogies/Iggy Pop - punk rock. Niezla rozpietosc.
Ogladajac film Jima Jarmuscha trzeba pamietac, ze on i Iggy to dobrzy kumple, a "Gimmie Danger" to moim zdaniem rodzaj laurki, do tego trochę lukrowanej dla Iggiego i The Stoogies. Czy warto poswieciec film kapeli, której zasieg ograniczal się do kliku hrabstw, która wydala 3 plyty, których nikt nie chciał kupować/sluchac i obsceniczny wokalista sciagajacy na swoje koncerty skromna grupke fanow. W filmie przypisuje się The Stoogies zapoczątkowanie punk rocka, wskazuje na nich jako zrodlo inspiracji dla wielu innych grup, zwłaszcza Sex Pistols.
Jak zwykle sukces ma wielu rodzicow (jeśli uznac punk za sukces).
Film odbieram jako zapis destrukcji. Czytalem biografie Iggy Popa (TU moja opinia) i mogę powiedziec, ze film wraz z komentarzem Iggy Popa to prawda lukrowana. Ci faceci byli faktycznie ćpunami, tylko w niewielkim stopniu muzykami. O ile Iggy się obronil, okrzpel jako artysta i co istotne przezyl (w dużej mierze dzięki Dawidowi Bowie), o tyle cala reszta kapeli przeniosła się do Krainy Wielkich Łowów już jakiś czas temu.
Wiec kto stworzyl punk-rocka? The Stoogies, czy Sex Pistols? Mysle, ze żadna z tych kapel. Sądzę, ze powrot do prostej, bezpretensjonalnej, dzikiej muzyki, to znak czasu, efekt zmeczenia progresywnym rockiem, kapelami, których koncerty wymagaly ogromnego wysiłku organizacyjnego, taboru tirów ze sprzętem, masy kasy. Grazowe granie było zawsze. Ktos nazwal je punkiem, potem grungem, gdzies wyszedł z podziemia rap i hip-hop. Pojawanie się nowych gatunkow, powrot do prostoty odbieram jako naturalne falowanie rynku, potrzeb, nastrojow. Rodzaj ewolucyjnej samoregulacji. Jak cos urośnie zbyt duże, trudne do wyżywienia, to po jakims czasie ginie, zpada się, w miejscu implozji powstaje cos nowego, bywa, ze to nowa, bardziej atrakcyjna jakość. W jakims stopniu dowodem tego falowania jest Jack White. Ten facet potrafi zaskakiwać prostota której kwintesnecja jest jego sklonnosc do grania na tanim sprzęcie, gra na skonstruowanej ad hoc "gitarze" w "Będzie Głośno" (TU moja opinia).
Ktos kiedyś powiedział, ze wszystko już było. Ze wszystko, lacznie z muzyka, jest wtorne.
Ogladam jednym okiem wygrany przez Legie mecz (ze Sportingiem), pisze tego posta i mysle sobie, ze może odpowiedz na pytanie kto był pierwszy nie jest takie ważne, jak ważne jest to, ze rozne, bardzo rozne gatunki muzyczne koegzystują ze soba, znajduja swoich odbiorcow, fanow.
Fado, rap, punk.
Co przyniesie kolejny tydzień?
Widze, ze w kinach Stonsi z Hawany...
czwartek, 29 września 2022
"Cheap Tabacco", Trójka, studio im. A. Osieckiej, niedziela 2022.09.25, koncert
"Cheap Tabacco", Trójka, studio im. A. Osieckiej, niedziela 2022.09.25, koncert
| Cheap Tabacco. Od lewej: Bartosz Kołodziejski - perkusja, Robert Kapkowski - gitary, Natalia Kwiatkowska - wokal/gitara, Michał Bigulak gitara basowa. |
| Natalia zagrała na gitarze w bodaj dwóch kawałkach, ale jej domeną jest zdecydowanie wokal. |
W porównaniu z poprzednimi koncertami, a koncertem z roku 2015 zwłaszcza, Cheap Tabacco zrobiło moim zdaniem znaczące postępy. W wyraźny sposób ograli się, okrzepli, a Natalia Kwiatkowska jako wokal i front z dobrej jest znakomita. Nie jest tak ekspresyjna jak Natalia Sikora, ale i tak ma więcej życia, werwy niż większość polskich wokalistek. Mocny głos, przyjemna aparycja, ruch i wyraźna radość ze śpiewania, bycia na estradzie. Nie bez znaczenia było dobre nagłośnienie studia realizowane, jak powiedziała Natalia przez wynajętego na ten jeden raz technika-akustyka. Było głośno, ale bez przesady. Dobrze ustawiony poziom wokalu pozwalał na wysłyszenie tekstu, a towarzyszące Natalii instrumenty w postaci dwóch gitar i perkusji było słychać wyraźnie, ze wszystkimi niuansami. Zacząłem pisać tego posta wczoraj i na jego użytek wykonywałem obowiązki domowe (sprzątanie łazienek i toalet) z ostatnią płytą Cheap Tabacco na uszach. Podobało mi się tak samo jak na koncercie, chociaż jak wielokrotnie pisałem wykonania live mają większą siłę rażenia. Jednak upojne szorowanie kabiny prysznicowej w towarzystwie wokalu Natalii Kwiatkowskiej miało na celu głębsze wejście w teksty, których Natalia jest autorką. Moja koleżanka, której gust i opinie cenię i szanuję stwierdziła krótko - kicz. Ja nie jestem tak bezwzględny w ocenie jakości tekstów. Ostatecznie to tylko rock, ale... też wolałbym, żeby teksty dla Cheap Tabacco pisał np. Bogdan Loeb - główny dostawca tekstów m.in. dla Breakoutów. Być może nie wszystkie jego poetyckie dokonania poruszały oryginalnością, ale jako 100% męskie były i są znakomita syntezą egzystencjalnych katuszy jakie znosi każdy facet popychający tę kulkę gnoju zwaną życiem, tego bagażu odpowiedzialności jaki dźwiga na swoich barkach będąc poniewieranym przez los i kobiety :) Ale przecież Natalia będąc 100% kobietą nie może pisać tekstów męskich. Pisze swoje, i dobrze, a one są, tak, babskie :) Być może wpływ na moją przychylną ocenę na atrakcyjna powierzchowność Natalii, która w połączeniu z bardzo dobrym wokalem, czyni ją (moim zdaniem) obok Natalii Sikory i Ani Rusowicz jedną z najlepszych rock-wokalistek w naszym kraju. Natalia, podobnie jak wymienione Panie znakomicie odnajduję się na estradzie co każdy może sprawdzić oglądając/słuchając (TU) rejestrację niedzielnego koncertu.
Z przykrością przyznaję, że w przypadku tego koncertu Cheap Tabacco odstąpiłem od tradycji i NIE kupiłem ostatniego cd "Zobaczmy siebie" rezygnując tym samym z chwili rozmowy z Natalią oraz jej autografu/dedykacji. Chciałem obejrzeć mecz Polska-Walia, który na szczęście skończył się wynikiem 1:0 dla naszej reprezentacji. Ów brak konsekwencji w kupowaniu płyt artystów koncertujących w Trójce postaram się nadrobić przy najbliższej okazji. Póki co ściągnąłem cały album z platformy streamingowej, zakładam słuchawki i udaję się do kontynuowania domowych porządków z Cheap Tabacco na/w uszach...
wtorek, 14 czerwca 2022
Red Box, koncert, Studio A. Osieckiej, Trójka, niedziela 2022.06.12
Red Box, koncert, Studio A. Osieckiej, Trójka, niedziela 2022.06.12
| Red Box |
Nie jest to pierwszy trójkowy postpandemiczny koncert na którym byłem w tym roku. Poprzednie na których byłem, wylistowane w tekście wraz z foto, były grane w warunkach, kiedy pandemia nie została oficjalnie odwołana. Publiczność w maseczkach, część potencjalnych widzów być może zrezygnowała w uczestnictwa w koncercie w obawie o swoje zdrowie. Dlatego powstrzymywałem się od komentarzy o słabej frekwencji, porównań, które narzucały mi się po kolejnych wizytach w Studio A. Osieckiej na Myśliwieckiej 3/5/7, kiedyś przecież "najlepszym radiowym adresem na świecie...". Od dawna jednak korciło mnie, żeby napisać więcej o fenomenie net-anten, Radia 357 w szczególności. To, że zdecydowałem się podjąć temat porównania Trójki z Radiem 357 właśnie teraz, został w pewnym stopniu sprowokowany przez lidera Red Box - Simona Toulsona Clarka, który poprosił o przekazanie pozdrowień Piotrowi Kaczkowskiemu. Wróciłem do domu, włączyłem Radio 357. Tam, nie kto inny tylko Piotr Kaczkowski* o 21:00 rozpoczął prowadzenie swojego niedzielnego bloku "MAX 357"...
Nie potrafię precyzyjnie podać jaka część zespołu Trójki zasiliła szeregi Radia 357, ile osób znalazło pracę w Radiu Nowy Świat (inicjatywa Wojciecha Manna i Magdy Jethon), a ile zostało na Myśliwieckiej. Od ponad roku słucham głównie Radia 357. Czasami włączam Trójkę. Kiedyś, na próbę usiłowałem także słuchać Radia Nowy Świat. I... Nawet jeśli jakaś część redakcji "starej" Trójki w Trójce została, to moim zdaniem trójkowy "duch" w całości przetransferował się do Radia 357.
| DiANTI - 2021.09.19 |
| Volentiles - 2021.10.24 |
| Ankh - 2021.12.12 |
| Hedone - 2022.01.02 |
| Closterkeller - 2022.01.16 |
| Natalia Sikora - 2022.01.23 |
| Ania Dąbrowska - 2022.02.13 |
Radio 357 zatrudnia sporo ludzi, a programy są prowadzone przez licznych redaktorów. Nie wszystkich lubię. Nie wszystko w tym radiu mi się podoba. Jednak moim zdaniem trójkowy duch rozumiany jako szczególne, rozpoznawalne poczucie humoru, duch słyszalny w kulturze prowadzących wyrażanej także kulturą języka, duch odczuwalny jako wrażliwość na nieciekawą zwłaszcza ostatnio rzeczywistość, został przeniesiony do Radia 357. Ten duch to także szczególna mieszanka różnych audycji od tych muzycznych, przez znakomite reportaże, wywiady, sprawozdania, których spectrum tematyczne jest w stanie nie tylko zainteresować praktycznie każdego, ale także zainspirować, zachęcić do działania.
A koncert Red Box?
| Red Box |
Przeczytałem to co napisałem. Myślę sobie, że być może ten tekst nie ma sensu. Wszak taka jest kolej rzeczy: zmiany, zmiany, zmiany... Panta rhei... Ale takiemu Bułatowi Okudżawie gdy było żal ..."że po Moskwie nie suną już sanie"... to nawet popełnił o tym balladę. Mnie także żal. Tak beznadziejnie i zwyczajnie. Że to se ne vrati... Zupełnie jak Bułatowi :)
* Uznałem, że jednak nie każdy czytelnik bloga musi wiedzieć kim jest Piotr Kaczkowski. a zatem jak symptomatyczne jest to, że Piotr Kaczkowski pracuje dla Radia 357. Piotr Kaczkowski miał status ikony, filaru Trójki. Rocznik 1946, rozpoczął pracę w Trójce w 1963, gdzie prowadził szereg autorskich programów muzycznych, w tym niebywale popularny "Minimax - minimum słów, maximum muzyki". (TU) Więcej o Piotrze Kaczkowskim.
wtorek, 20 listopada 2018
"Nightwish", Decades World Tour, koncert, Tauron Arena Kraków, sobota 2018.11.17
![]() |
| Floor Jansen na froncie. (foto net) |
Wydaje mi się, ze nigdy nie slyszalem Nightwish na trójkowej antenie. Mam wrazenie, ze inne, dedykowane muzyce rockowej stacje radiowe, także rzadko, lub wcale nie graja ich muzyki. Pomimo tego kapela ma rzesze wiernych fanow, którzy w sile około 20 tys. karnie, w strojach organizacyjnych stawili w hali Tauron Areny, aby wziąć udział w metalowej uczcie.
Nie znacie Nightwish? Odpalcie YT. Mnie spodobaly się ich clipy ilustrujące epicki, baśniowy charakter ich muzyki. Rok temu nie miałem pojęcia o ich istnieniu/muzyce. Ale od kiedy od znajomego dostałem cd z ich graniem, chętnie, zwłaszcza w samochodzie słucham przede wszystkim wczesnych kawalkow z udzialem ich pierwszej wokalistki Tarji Turunen.
Koncert Nightwish poprzedzil wystep supportu w postaci także metalowej fińskiej grupy Beast in Black. Bardzo udany wystep jak na kapele, która ma w dorobku jeden album, a ze sceny odgrazala się, ze kolejny wlasnie w drodze, zapowiadając przy okazji swoja trase koncertowa.
Było glosno, mocno i bardzo, bardzo dobrze. Glownym elementem scenografii był ogromny, stanowiący tlo ekran o jakości HD. Na nim wyświetlano ilustrujące muzyke filmy które przedstawialy stworzone komputerowo obrazy wyimaginowanych krajobrazow, postaci, maszyn. Boczne, mniejsze ekrany sluzyly do bieżącego portretowania zblizen muzykow.
Był kołys, wspólne spiewanie, zabawa. Znakomity koncert.
Chociaz kapela grala live, orkiestracje grano z palybacku. To trochę draznilo. Ostatecznie był to koncert. Wydaje się, ze Nightwish mogl zagrac bez tego wspomagania. Byloby inaczej niż na plytach, ale za to 100% live, 100% koncertowo.
Nie zmienia to faktu, ze w moim odbiorze koncert był znakomity, a kapela muzycznie prezentowala bardzo wysoka forme.
Nightwish to przede wszystkim mocne gitarowe granie zestawione z żeńskim wokalem i baśniową oprawą. Widownia wypelniona do ostatniego miejsca to przekrój wiekowy od około 25 lat wzywż.
Na froncie woklistka, która skutecznie radzila sobie z niełatwym zadaniem zastąpienia Tarij Turunen.
Duuuże holenderskie dziewczę wyrosniete na zdrowym holenderskim nabiale. Ubrana w stosowne skorzane wdzianko i buty na niewysokich obcasach była znacząco wyzsza i dominująco wieksza od jednego z gitarzystów. Kiedy zaczela pląsać w rytm celtycko brzmiących dźwieków jedengo z kawalkow miałem obawy o wytrzymalosc estrady. Nic zlego się jednak nie stało. Dechy wytrzymały. Inna sprawa, ze moglaby wpaść do Irlandii na kilka lekcji stepu irlandzkiego, wówczas jej popis nabralby może stosownej lekkości. Troche się czepiam, ale jak się robi front to warto zadbac o szczegoly. Panowie z kapeli, zwłaszcza gitarzysta bedacy drugim glosem wyglądali stosownie do wykonywanego zawodu ciesząc oko długimi piórami tudzież fantazyjnie zpleciona broda i wasami.
Było klimatycznie, głośno i bardzo dobrze.
Ilosc młodych ludzi w żółtych uniformach kierujących fanów do odpowiednich sektorow wystarczajaca. Mnostwo bramek ze sprawna obsluga zapewnialo plynne, niezklocone wejście na teren Areny.
Dzieki nowootwartej obwodnicy Radomia przejazd szybszy, latwiejszy, bardziej bezpieczny.
Jednak na koncert sir Paula, który już wkrótce, bo 4.12 raczej pojade pociągiem.
poniedziałek, 13 grudnia 2021
„Nenufary” Moneta – cuda z wody i światła" (Le ninfee di Monet - Un incantesimo di acqua e luce), reż. Giovanni Troilo. Włochy, 2018, film dokumentalny, kino Muranów
„Nenufary” Moneta – cuda z wody i światła" (Le ninfee di Monet - Un incantesimo di acqua e luce), reż. Giovanni Troilo. Włochy, 2018, film dokumentalny, kino Muranów
Kolejny, czwarty film o sztuce sygnowany przez Włochów. Wcześniej były: dobry "Klimt i Schiele. Eros i Psyche" (TU), Modigliani (TU), który oceniłem jako słaby, Van Gogh (TU), który moim zdaniem był niezły. Natomiast ten, o Monecie jest moim zdaniem zupełną, no prawie, pomyłką.Claude Moneta uważa się powszechnie za "ojca założyciela" impresjonizmu. To właśnie od jego obrazu: "Impresja, wschód słońca" wziął nazwę nowy kierunek malarstwa - impresjonizm. Można dyskutować czy prekursorem nurtu jest rzeczywiście Monet, który z powodu wojny francusko-pruskiej wyjechał na krótko do Anglii, gdzie miał możliwość podziwiania m.in. obrazów Williama Turnera. Te zaś, tworzone około 50 lat wcześniej, z pewnością stanowiły inspirację dla Moneta, dla jego sposobu widzenia i malowania "światła". Malarstwo Turnera, jego pozycja wśród współczesnych mu malarzy były przedmiotem wielu poważnych dysertacji. Dość powiedzieć, że kiedy "własnoocznie" prześledziłem jego drogę twórczą od obrazów w poprawnym angielskim, klasycznym stylu (blisko tego co malował John Constable) aż do rozświetlonych, marynistycznych pejzaży, gdzie dominującą rolę zwykle odgrywa przezierające przez mgłę, chmury, morską pianę - światło, doznałem olśnienia! To Wiliam Turner był pierwszym impresjonistą! Dość szybko okazało się, że "moje" odkrycie było "moim" do momentu zagłębienia się w literaturę dot. malarstwa z tego okresu (netu i wiki w 1981r jeszcze nie było :)). "Odkrywców" takich jak ja było wielu! :) Jednak jeśli zdarzy się Wam być Londynie warto jest odwiedzić galerie: Tate, National, gdzie wiszą niepoliczalne ilości obrazów W. Turnera (Anglicy mają to szczęście, że wszystko co powstało na Wyspach, plus to co ukradli innym w czasach kolonialnych nadal tam jest - brak wojny/okupacji na ich terenie) i prześledzić niebywałą ewolucję jego talentu.
Ale nawet jeśli Monet tylko twórczo rozwinął wizję/pomysł W. Turnera to i tak, zasługuje na lepszy film niż "Nenufary...". Lepszy także niż widziany jakiś czas temu: "Portrety współczesnych ogrodów Od Moneta do Matissa. Wystawa z The Royal Academy London" (TU). A to z tego powodu, że chociaż Monet zwłaszcza w schyłkowym okresie twórczości rzeczywiście obsesyjnie malował wodną florę, a zwłaszcza nenufary (nenufary w Nocach i Dniach, to dopiero były nenufary!:)) to jednak popełnił wiele innych, znakomitych obrazów. Oczywiście tytuł filmu z góry definiuje co będzie jego głównym tematem. Nie można mieć pretensji, że jest o wodzie i nenufarach. Moim zasadniczym zarzutem i powodem dla którego mi się nie podobał, jest chybiony moim zdaniem sposób prezentacji zarówno osoby jak i malarstwa C. Moneta. Otóż podobnie jak w poprzednich filmach widza prowadzi narrator, w tym przypadku narratorka, kolejna francusko-włoska gwiazdka Elisa Lasowski, o której nigdy wcześniej nie słyszałem. Narratorka, nawet nieznana nie była przyczyną mojej niskiej oceny filmu. Zdecydował o tym koturnowy, afektowany sposób prowadzenia narracji oraz pseudopoetycki tekst nieznanego autora. Do tego irytujący jest sposób konstrukcji filmu. Zamiast ogniskować atencję widza na osobie Moneta, jego obrazach i niełatwym życiu na ekranie w proporcji około 50/50 mamy snującą się z napuszoną miną panią Elise/Moneta z jego nenufarami. Ten pseudointelektualny, a w zamyśle twórców jak sądzę kreatywny, innowacyjny sposób prezentacji malarstwa i osoby Moneta uważam za mocno chybiony. Nachalna obecność Elisy Lasowski spowodowała, że grupa wychodzących z kina osób głośno zastanawiała się "kim była ta kobieta", bo można było mieć wrażenie, że to ona jest centralną postacią filmu...
Ale nie się nie zrażam. Wczoraj widziałem "Gauguin na Tahiti. Raj utracony". Było lepiej :)
niedziela, 8 października 2023
"Zielona granica", reż. Agnieszka Holland, PL, 2023, film
"Zielona granica", reż. Agnieszka Holland, PL, 2023, film
Widziałem ten film w ostatnią sobotę. Lubię mieć własne zdanie, wynikające z własnego kontaktu z filmem/spektaklem/koncertem. Nie zawsze jest to możliwe, ale w tym przypadku każdy może pójść do kina i zobaczyć film, o którym głośno w mediach. Skorzystałem z tej okazji. Postaram się zwięźle wyrazić swoją opinię. Polityki wszyscy mają po kokardę. Ja też. Dlatego "prosto z jeziora" omija tematy polityczne czyniąc dla filmu "Zielona granica" wyjątek.Agnieszka Holland miała szansę zrobić film uniwersalny traktujący o kondycji współczesnej cywilizacji. Moim zdaniem zaprzepaściła tę możliwość stając po jednej stronie sporu polaryzującego nasze społeczeństwo. Nakręciła dobry w kategoriach sztuki filmowej film, ale politycznie zaangażowany, który nie dość, że pogłębia istniejące podziały, to poprzez lokalne, polskie odniesienia staje w pełni zrozumiały tylko dla nas Polaków.
Agnieszka Holland kręciła film w czasie kiedy media przedyskutowały w każdą możliwą stronę różnicę pomiędzy uchodźcami a emigrantami. Ta różnica jest skrzętnie w filmie omijana i pomijana. Na końcu filmu jest wzmianka o przyjęciu przez Polskę/Polaków około 2 mln uchodźców wojennych z Ukrainy, ale informacja ta nie służy wytłumaczeniu różnic w jakże odmiennym podejściu/reakcji polskiego rządu i społeczeństwa do uchodźców i emigrantów.
Agnieszka Holland nawet nie usiłuje zarysować przyczyn dla których niespodziewanie na granicy polsko-białoruskiej znalazły się tysiące głównie młodych mężczyzn atakujących z furią granice naszego państwa. A przecież robiąc "Zieloną granicę" doskonale wiedziała, że ów atak wywołany i finansowany przez Rosję i Białoruś miał służyć destabilizacji sytuacji w Polsce, a w konsekwencji zniechęcić Polaków do niesienia pomocy uchodźcom ukraińskim, czyli kobietom i dzieciom uciekającym przed wojną. (więcej TU)
Agnieszka Holland wkłada w usta Macieja Stuhra (ten zaś się nie broni; on, jego ojciec są stroną bieżącego sporu politycznego) skandaliczną wypowiedź holenderskiego europosła-polakożercy - Guya Vershofstada, który nazwał polski Marsz Niepodległości, marszem faszystów. Ta straszna i kuriozalna wypowiedź wykrzyczana jest w filmie przez polskiego aktora, a połowa tekstu to inwektywy(!), w którym krytykowany jest także brak umiejętności polityków PiS w posługiwaniu się poprawną(!) polszczyzną. Przy okazji muszę przypomnieć, że zadymy, które towarzyszyły Marszowi Niepodległości w okresie rządów PO ustały w magiczny sposób, gdy władzę przejął PiS. Skończyły się prowokacje "nieznanych sprawców" wobec uczestników Marszu i o dziwo, przestała pojawiać się na Marszu NIEMIECKA antifa otwarcie atakująca polskich patriotów biorących udział w Marszu.
Agnieszka Holland w czołówce/końcu filmu NIE umieszcza informacji o nakręceniu filmu "na podstawie faktów", ale film udaje paradokument. To sprytny zabieg ukrywający przed przeciętnym widzem fakt, że praktycznie wszystko co w filmie pokazano jest fantazją twórców scenariusza i reżyserki. Brak wzmianki: "film oparty na faktach" powoduje, że robienie zarzutu twórcom o nierzetelność, mijanie się z prawdą nie ma sensu, wszak to tylko "artystyczna wizja", "projekcja wyobraźni", czyli równie dobrze czysta konfabulacja.
Agnieszka Holland umieszcza na końcu filmu informację mówiącą, że w czasie prób forsowania granic, w tym granicy polsko-białoruskiej zginęło około 30 tys. emigrantów. Jestem przekonany, że za rok może pięć film "Zielona Granica" zostanie wykorzystany jako dowód na mordercze skłonności polskiej Straży Granicznej, a jakiś, być może polski europarlamentarzysta będzie się domagał od Parlamentu UE wszczęcia poszukiwań 30 tys. ciał emigrantów w bagnach Bugu, a do czasu ich znalezienia dalszego wstrzymania wypłat z KPO. (Tak było z filmem "Pokłosie" (2012) wykorzystanym przez niemieckie media i siły stojące za słynną ustawą "447". Reżyser W. Pasikowski deklarował, że zrobił "Pokłosie" wstrząśnięty wydarzeniami w Jedwabnem. Tam Prezydent RP A. Kwaśniewski wraz z kościelnymi hierarchami przeprosił za mord, który jak się później okazało prawdopodobnie nie miał miejsca. "Pokłosie" trafiło (2013) przy dyplomatycznym wsparciu ambasady RP w Berlinie, na cykl pokazów w kilku miastach w Niemczech. "Pokłosie" stało się paliwem dla niemieckiego relatywizmu historycznego, który wskazywał na znaczące współuczestnictwo Polaków w eksterminacji Żydów. Bo przecież jak wiadomo oni - Niemcy, naród, który wydał H. Heinego, W. Goethego traktowali Żydów humanitarnie. Najpierw Cyklon B, a potem cud niemieckiej techniki firmy Topf&Sohne - wysokowydajne krematoria, w odróżnieniu od polskich barbarzyńców z "Pokłosia", którzy palili Żydów nie dość, że w stodole, to jeszcze żywcem). [Więcej o Jedwabnem+ TU, TU i TU]
I już na koniec. Agnieszka Holland znając doskonale problemy zwłaszcza Niemiec, które wbrew wszelkim unijnym regulacjom otworzyły granice Schengen dla kilkuset tysięcy emigrantów i wygenerowały potężny problem nie tylko dla swoich obywateli, nie chce pamiętać, że podstawową funkcją Państwa jest zapewnienie swoim obywatelom BEZPIECZEŃSTWA. Zatrzymanie uderzenia sterowanych przez Kreml i Mińsk emigrantów było i jest obowiązkiem naszego Państwa także wobec UE.
Uważałem jednak i nadal uważam, że w zamkniętych strefach przygranicznych powinny powstać punkty medyczne obsługiwane przez niezależne organizacje takie jak Caritas, czy PAH (Polska Akcja Humanitarna), a Służba Graniczna powinna odstawiać do tych punktów rannych, wycieńczonych emigrantów, zwłaszcza kobiety i dzieci (o ile tam rzeczywiście były). Punkty powinny funkcjonować nie po to by być listkiem figowym zamykającym usta totalnej opozycji (ta i tak krytykowałaby w myśl swojej "totalności" każdy ruch rządu), lecz dlatego, że taki wymóg nakłada na nas humanitaryzm. Myślę wręcz, że niebywała otwartość z jaką przyjęliśmy ukraińskich uchodźców była w jakimś stopniu powodowana rodzajem wyrzutów sumienia, być może wstydu, że taka humanitarna pomoc nie została wówczas zapewniona.
"Zielona granica" w moim przekonaniu nie zasługuje na więcej niż 1 w skali filmweb, czyli "nieporozumienie", a 1 tylko dlatego, że ocena zerowa nie jest przewidziana. Jednak nie chcę nikogo zniechęcać do obejrzenia filmu. Zawsze warto jest mieć WŁASNĄ, niezależną opinię, chociaż nie zawsze warto jest doświadczać wszystkiego samemu
2023.11.25 "Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że wytwarzamy fałszywą wiedzę— to kluczowe zdanie artykułu zatytułowanego „Rodziny z dziećmi, wykształcona Afganka, ciężarna kobieta - osoby takie, jak w filmie Holland, są na granicy wyjątkami”. Więcej o artykule Małgorzaty Tomczak z "Gazety Wyborczej" TU lub/i TU i TU
2023.12.09 "Forum Dobroczynności Caritas" - czy Caritas był obecny na granicy (TU)

