Zima. Była, poszła i wróciła; niedziela 2026.01.11, narciarskie
prosto z jeziora
niedziela, 11 stycznia 2026
środa, 31 grudnia 2025
Zima była, poszla i wróciła, środa 2025.12.31
Zima była, poszła i wróciła, środa 2025.12.31
Marek Stokowski - przegląd dokonań - link do shorta
Marek Stokowski - przegląd dokonań - link do shorta
| Marek Stokowski (z lewej) wraz z sekretarzem Kapituły Nagrody Stanisławem Michalkiewiczem |
W celu ułatwienia tej żmudnej roboty Marek umieścił w necie stosowny filmik na który mówią "short", aby w zwięzłej formie zilustrować swój twórczy, literacki byt, który jak wiecie doprowadził go jednej z ważniejszych nagród literackich w Polsce (są tacy, którzy upierają się, że najważniejszej) - nagrody literackiej im. J. Mackiewicza za rok 2025 za książkę "Lotnicho".
https://photos.app.goo.gl/5B4mQwy17awGQKf3A
Ja zrobiłem podsumowanie i wyszło mi, że znam wszystkie tytuły wymienione w shorcie, ale nie czytałem: "Błazna" i "Lasu pełnego przygód". "Las...." jest książką dla dzieci. Natomiast "Błazna" wpisuję na listę poszukiwań. Nakład jest wyczerpany i o ile mi wiadomo nie było wznowień.
Przy okazji muszę zaznaczyć, że książki ujęte w shorcie nie są jedynymi książkami napisanymi przez Marka Stokowskiego. Marek, jako wieloletni pracownik Zamku Malborskiego napisał samodzielnie, lub jako współautor kilka książek traktujących o Malborku, Krzyżakach i Średniowieczu. To pozycje stricte edukacyjne, ale zapewniam, że te, pisane dla młodego obiorcy (np. "Krzyżacy, ich państwo i zamki") są dobrą lekturą uzupełniającą na poziomie końcowych klas szkoły podstawowej (czytali moi synowie, brylowali jako spece od Krzyżaków w swoich szkołach). Pełną listę znajdziedzie w Wiki >>>> Marek Stokowski – Wikipedia, wolna encyklopedia
niedziela, 28 grudnia 2025
Pasym/jezioro Kalwa, lato 2025; sierpień 2025.
Pasym/jezioro Kalwa, lato 2025; sierpień 2025.
| Nie! W pierwszym planie kamper znajomych. Tak! Mój skromny bałaganik w głębi z lewej :) |
| Sklepienie kryształowe. Pod takim sklepieniem mieszkał M. Kopernik. To jeden z niewielu przykładów oryginalnego, świetnie zachowanego zabytku tego typu w Polsce. |
Tym razem jednak poza jazdą na rowerze, pływaniem na desce itp. postanowiłem zrealizować plan z którym od dawna się nosiłem - odwiedzić/zwiedzić Zamek w Olsztynie. Z Pasymia do Olsztyna jest około 40 km. Od dawna dręczyło mnie to, że będąc wielokrotnie w Pasymiu nie znalazłem czasu na zwiedzenie tego obiektu. O Zamku wiedziałem niewiele. Szybko, już w trakcie dzwonienia do Zamku w celu zamówienia przewodnika okazało się, że moja wiedza jest praktycznie zerowa... Uprzejma pani, z którą ustalałem czas i datę zwiedzania zwróciła mi uwagę, że "zamek NIE JEST krzyżacki", a szczegóły dot. jego właścicieli, dodała, poznam w czasie zwiedzania... TO spadło na mnie jak grom z nieba: nie wszystko co gotyckie, ceglane, czerwone, położone na Warmii/Mazurach było/należało do Krzyżaków... Oczywiście, rzeczywiście szczegóły poznałem parę dni później, gdy z grupą łaknących wiedzy znajomych pojechaliśmy na zwiedzanie. Krzyżacy nie mieli nic wspólnego z Zamkiem, poza tym, że w czasie wojen polsko-krzyżackich w XV w. był przez nich oblegany. Zdarzało się także, że na polecenie Watykanu Krzyżacy byli administratorami Zamku, bo zamek był siedzibą Kapituły Warmińskiej, jego właścicielem był Kościół, który wyznaczał zarządców Zamku. Przyznam, że byłem porażony moją ignorancją. Na szczęście dobrze pamiętałem, że to właśnie na tym Zamku niejaki Mikołaj Kopernik "wstrzymał słońce, ruszył ziemię", chociaż dalsza część rymowanki: "polskie wydało go plemię" nie jest już taka oczywista... Jedna wycieczka, jedno zwiedzanie - dwa potężne ciosy!
| Edward Dwurnik. Fantazja. Niebywale płodny, kontrowersyjny. |
| E. Dwurnik |
| Witkacy. Byłem zaskoczony tą wystawą. Znakomity, luzacki styl. |
Poza stałą wystawą dotyczącą głównie Mikołaja Kopernika, pomieszczenia zamkowe, goszczą także wystawy okresowe. Mieliśmy przyjemność podziwiać desusy i inne takie na wystawie "W damskiej gotowalni. Akcesoria toaletowe z XIX i XX w.", patrzeć w oczy niezłomnemu Hansowi Klossowi uwiecznionemu na fotosach wystawy "Olsztyn filmowy", podziwiać obrazy na wystawach "Bijatyki, wojny, spory. Edward Dwurnik. Malarstwo" i "Polskie malarstwo portretowe" ze znaczącą reprezentacją dzieł Witkacego" zagłębić się w tajniki lokalnego zielarstwa "Z ludowego zielnika. Rośliny w kuchni, medycynie i wierzeniach Warmii i Mazur" i zwiedzić "Wnętrza stylowe - od baroku do secesji". Zamawiając przewodnika, ustalając termin wycieczki nie miałem pojęcia, że tych wystaw jest tak wiele, że są tak zaskakująco różne. Jednak tym, co wzbudziło mój największy zachwyt była trzeszcząca podłoga krużganku, który był pierwszym przystankiem trasy "śladami M. Kopernika". Zapewniam Was! Nic tak nie trzeszczy jak TA podłoga. Pewną namiastką, przygotowaniem na ten oszałamiający spektakl trzasków są prowadzące na krużganek schody. Już one radośnie i głośno potrzaskiwały. A potem... istna orgia. Usiłowaliśmy wysłyszeć opowieść przewodnika o sposobie w jaki M. Kopernik śledził wysokość słońca w różnych porach roku/godzinach, ale było to praktycznie niemożliwe. Każdy przechodzący-zwiedzający wydobywał z podłogi niebywale głośną kaskadę trzasków, skrzypów, tąpnięć, jęków, westchnień. Oczywiście zadałem pytanie, czy TA podłoga jest oryginalna, a jej trzeszczenie jest dziedzictwem kulturowym wpisanym na listę UNESCO, co powoduje, że nie jest wymieniana. Przewodnik nie znał odpowiedzi... Potem już nie trzeszczało, a zwiedzenie całości zajęło nam około 3-4 godz.
Olsztyńska starówka, to w sezonie letnim, miejsce spacerów wielu turystów. Jest kolorowo, tłumnie. Jednak wakacyjna atmosfera, zadbane otocznie, skłania do odwiedzenia jednej z wielu knajpek. Wybraliśmy losowo ogródek pizzerii "San Giovanni" (H. Kołłątaja 19) głównie dlatego, że spodobał mi się refleks chłopaka-kelnera, który na moją zaczepkę, sugerującą, że "o tej porze [było około 16:00-17:00] to pewnie pizzeria oferuje wszystko z 50-cio procentowym rabatem" odparł, że oczywiście, pod warunkiem spędzenia przez zamawiającego 2 godz. na zmywaku. Wszystko oczywiście z przyjaznym uśmiechem w oczach i na twarzy :) Było miło i smacznie.
W życiorysie Mikołaja Kopernika będę musiał jeszcze pogrzebać. Być może w przyszłym roku odwiedzę filię Muzeum Warmii i Mazur w Szczytnie, gdzie będę miał okazję spytać, co w Szczytnie sądzą na temat polskości naszego(?) astronoma. Ciekawe, czy tam też trzeszczy :)
PS 2025.12.29
Bliżej niż do Szczytna jest do ChatGPT, który na pytanie "Jakiej narodowości był Mikołaj Kopernik" odpowiada: [skrót] "Mikołaj Kopernik był poddanym Królestwa Polskiego i uważał się za część wspólnoty państwowej Polski, natomiast w sensie językowo-kulturowym wyrastał ze środowiska niemieckojęzycznych mieszczan Prus Królewskich. Pisał głównie po łacinie, znał niemiecki, nie ma dowodów, by posługiwał się polszczyzną w piśmie. Sam określał Warmię i Prusy Królewskie jako część Corona Regni Poloniae (Korony Królestwa Polskiego".
sobota, 20 grudnia 2025
"Zgiń kochanie" (Die My Love), reż. Lynne Ramsay, GB i USA, 2025, w kinach
"Zgiń kochanie" (Die My Love), reż. Lynne Ramsay, GB i USA, 2025, w kinach
Chociaż nie uważam, że opowiedziana przez film historia jest wydumana i podobała mi się szalenie sugestywna, grająca główna rolę kreacja Jennifer Lawarnece, to film oceniam na 5/10 w skali filmweb - średni. Przyczyną tej dość niskiej oceny jest zbędny w moim odczuciu chaos w prowadzeniu prostej przecież opowieści o psychicznych problemach bohaterki filmu. Widz ma do czynienia z chaosem na dwóch poziomach: w filmowej narracji i w życiu/psyche Grace granej przez J. Lawarnece. Chaos narracyjny wynika z próby prowadzenia opowieści w różnych planach czasowych. Gwałtowne skoki: teraźniejszość - przeszłość, w połączeniu z tym co dzieje się w głowie bohaterki powodował u mnie efekt chwilowego pogubienia się w akcji filmu. Przez moment miałem wrażenie, że bohaterka będąc już matką jednego dziecka jest w ciąży z drugim... Sądzę jednak, że ów chaotyczny chaos to efekt zamierzony. Rodzaj próby "wszczepienia" widzowi chorej wyobraźni bohaterki, tak, aby widz mógł spojrzeć jej oczami na otaczającą ją rzeczywistość. W wyniku tych zabiegów widz przestaje być biernym obserwatorem. Staje się mimowolnym uczestnikiem zdarzeń opisywanych przez film, gdyż stan zagrożenia, lęku, podenerwowania, niepewności udziela się także widowni. Przez chwilę było to męczące, ale po zaakceptowaniu i oswojeniu się z tak prowadzonym opowiadaniem dało się film oglądać z rosnącym zainteresowaniem.
To nie jest łatwa i przyjemna opowieść. Do tego w znacznym stopniu nieprawdziwa. Nie wiem wprawdzie jak wyglądają regulacje prawne w USA dotyczące umieszczenia bliskiej osoby w szpitalu psychiatrycznym, ale sądzę, że nie odbiegają w znaczący sposób od europejskich. W każdym razie ulokowanie kogokolwiek w psychuszce obwarowane jest wieloma regulacjami mającymi chronić chorą osobę. W praktyce, mąż widzący, że jego żona osuwa się w jakiś rodzaj choroby psychicznej nie jest w stanie ulokować jej w szpitalu wbrew jej woli. Nie dość, że jest pierwszym podejrzanym jako pierwotny, prawdopodobny sprawca zaburzeń psychicznych, to osoba chora jeśli nawet zostanie przyjęta do szpitala, może opuścić szpital w każdej chwili na własne życzenie.
Choroba bliskiej osoby, żony, matki wspólnego dziecka, zwłaszcza choroba psychiczna to niewyobrażalnie ciężkie doświadczenie. Mąż Grace przy pomocy swojej matki walczy do końca. A kiedy po odbytej terapii odbiera kochana kobietę z "naprawy" z nadzieją na lepsze, normalne jutro, wszystko ponownie się wali, zastosowanie ma przewrotny tytuł filmu...
Na koniec przekornie, bo na zachętę odnotowuję udział w filmie Sissy Spacek. To (dla mnie) szczególna aktorka. Udział w wielu dobrych i bardzo dobrych filmach, w nich mnóstwo świetnych ról, począwszy od roli w filmie "Trzy Kobiety" (1977) w reż. Roberta Altmana.
piątek, 12 grudnia 2025
"Norymberga" (Nurenberg), reż. James Vanderbilt, USA, 2025, w kinach
"Norymberga" (Nurenberg), reż. James Vanderbilt, USA, 2025, w kinach
Jeśli będziecie w Centrum Handlowym, w którym jest kino, i będą się Wam rzucać w oczy ludzie robiący z ust "dziubka" (górna warga na dolną, przy jednoczesnym złożeniu ust "w ciup") to jest to niemylny znak, że mijacie się z tymi, którzy wyszli z seansu filmu "Norymberga". Taką mimiką posługuje się kreujący jedną z głównych ról Rami Malek. Jest go w filmie dużo, a mimika tak sugestywna, że niektórym widzom ten grymas może zostać na zawsze... Chociaż dziubek sam w sobie, niczego sobie. Spróbujcie poćwiczyć :)"Norymberga" zwłaszcza w pierwszym "oglądzie" to całkiem dobry film. Po dłuższej chwili zastanowienia nie mogę mu jednak przyznać więcej niż 5/10 (średni) w skali filmweb...
Film, w odróżnieniu od np. łyżwiarstwa figurowego otrzymuje (na filmweb) tylko jedną notę. Nie ma oddzielnych ocen za styl, wykonanie itp. Nagradzanie poszczególnych wybranych elementów to domena nagród takich jak np. Oscar. Tutaj jest ich bez liku, ale i tak najważniejsze są dwie może trzy: najlepszy film, reżyseria, scenariusz. Jaki sposób oceny jest lepszy? Nie wiem. Na szczęście wiem co mnie uwiera w przypadku "Norymbergii".
Przyjezdna koleżnaka, mieszkająca na stale w USA Polka, po seansie jednoznacznie skomentowała film z przekąsem mówiąc: "Hollywood do bólu". I dalej, że ma po kokardę takich gładkich, zamaszystych, łatwowchodzących, szybko wypadających z głowy produkcji z taśmy fabryki snów. Że woli oglądać kino europejskie, bo wiadomo, tego made in USA ma wystarczająco dużo mieszkjąc tamże. Koleżanka miała racje. Film ma wszystko, co dobry film mieć powinien: świetną obsadę, bezbłędną reżyserię, znakomite zdjęcia (aut. zdjęć Dariusz Wolski), perfekcyjną postprodukcję, dobrą muzykę, a i sam temat także interesujący, intrygujący.
Oglądało się go całkiem dobrze do momentu, gdy z filmowej narracji zaczęło się przebijać, że praktycznie jedynym poszkodowanym w II Wojnie Światowej narodem jest naród żydowski... Jako Polaka "mającego polskie obowiązki" zabolało mnie, że w czasie trwającego 2,5h filmu w niemieckich obozach koncentracyjnych zdaniem twórców "Norymbergii" ginęli praktycznie tylko Żydzi. O polskich i rosyjskich ofiarach niemieckiego bestialstwa wspomina się w filmie bodaj 1x. Rzeczownik "Żyd" odmieniany przez wszystkie przypadki jest najczęściej używanym słowem w filmie. Wielokrotnie mówi się o 6-ciu milionach żydowskich ofiar systemowej, niemieckiej eksterminacji zapominając, że około 50% z nich było Polakami... Co gorsza zapomina się także, że obok 3 milionów polskich Żydów Niemcy wymordowali kolejne 3 miliony etnicznych Polaków, a liczbę ofiar po stronie ZSRR szacuje się na około 27 milionów, w tym około 9 milionów ludności cywilnej...
Oglądało mi się gładko i przyjemnie, gdy dopadła mnie myśl, że ten film, w tej konwencji, w tym ujęciu niemieckich zbrodni to kolejne rozwadnianie niemieckiej odpowiedzialności, innymi słowy bezczelne wręcz fałszowanie historii. Ujęci przez aliantów niemieccy zbrodniarze to w większości fajni, sympatyczni faceci. H. Goring znakomicie grany przez Russella Crowe to kochający ojciec, zręczny negocjator, władający dobrym angielskim lekko przymulony nadmiarem używek tłuścioszek. Atrakcyjna, czuła żona, kochająca córka, listy pełne serdeczności i zero jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Prawdą jest, że dziesięciu(tylko!) zbrodniarzy powieszono (Goring uniknął stryczka), ale cała reszta, rzesze, tysiące SS-manów, dziesiątki, setki tysięcy niemieckich zbrodniarzy uszło z życiem, gdyż okazało się, że mogą być przydatni w obliczu wieszczonej, nieuchronnej konfrontacji Wschód-Zachód. Do relatywizowania niemieckiego bestialstwa przyczynił także "program" Paperclip w ramach którego do USA sprowadzono około 2 tys. niemieckich i austriackich naukowców, którzy oczywiście nie czerpali korzyści z istnienia/działania obozów koncentracyjnych i niewolniczej pracy więźniów. Nawet o nich nie wiedzieli (SIC!) (np. Wernhern von Braun)
"Norymberga" kończy się ostrzeżeniem-konkluzją, że ten poziom zezwierzęcenia (w filmie jest kilka przebitek dokumentalnych pokazujących straszną prawdę o obozach koncentracyjnych) nie jest przypisany narodowi niemieckiemu, że taka lub podobna historia może zdarzyć się wszędzie, jeśli dopuści się do upodlenia, dehumanizacji zwykle słabszej, mniej licznej grupy społecznej, którą wskaże się jako winną wszelkiego zła.
Film, jak wynika z końcowych napisów, które dopowiadają do końca losy m.in. psychologa Douglasa Kelleya (Rami Malek) bazując na faktach nie jest filmem dokumentalnym. Brakuje w nim jednak rzetelnych, twardych danych o ofiarach zbrodni niemieckich innych niż ofiary żydowskie. Brakuje w nim istniejących w archiwach dokumentalnych zdjęć z wyzwalanych przez aliantów obozów koncentracyjnych, gdzie alianccy żołnierze-oswobodziciele na widok bezmiaru bestialstwa stawiali niemiecką obsługę pod ścianą i kosili ją seriami z broni maszynowej. Brakuje informacji, że dawano więźniom "wolną rękę" w wymierzeniu sprawiedliwości wobec tych zbrodniarzy, którzy zakładając obozowe łachy usiłowali udawać więźniów...
Ten film to czysty hollywood.
Niby jest strasznie, ale tylko troszkę, bez przesady.
Najgorsze jednak jest to, że z tego filmu, nie z autentycznych filmów dokumentalnych będą czerpać "wiedzę" miliony widzów na całym świecie.
Bo dzięki udziałowi Russella Crowe, Johna Slattery (Mad Men), Rami Raleka (Bohemian Rapsody), Michaela Shannona (451 Fahrenheit) będą go ogładać miliony.
Bo "Norymberga" zwłaszcza w pierwszym "oglądzie" to całkiem dobry film...
PS 2025.12.19
Kolega, Malina podrzucił mi link do opinii historyka-fachowca, prof. Grzegorza Kucharczyka, na temat filmu "Norymberga". To zwięzła, 16-sto minutowa wypowiedź profesjonalisty. Warto posłuchać, wiedza nie boli :)
https://youtu.be/G0L8a3X-0pI?si=PYk_ZUZdIuC1N9CG
niedziela, 30 listopada 2025
Zima? Była. Pierwszy śnieg, niedziela 2025.11.23, rowerowe
Zima? Była. Pierwszy śnieg. niedziela 2025.11.23, rowerowe
Napadało, po tygodniu stopniało. I źle, i dobrze. Gdyby śniegu było 10 cm więcej byłoby
wystarczająco na narty, ale dopadać nie chciało, więc nadal było rowerowo......czyli pomimo niekorzystnych, bo jednak zimowych warunków, 40 km mtb dokręcone :)