poniedziałek, 31 marca 2025

Święty Leonard z pól", aut. Marek Stokowski, 2025, podcast wywiadu z dnia 2025.03.22 dla Radio Dla Ciebie


"Święty Leonard z pól", aut. Marek Stokowski, 2025, podcast wywiadu z dnia 2025.03.22 dla Radio Dla Ciebie 



Książka Marka Stokowskiego cieszy się dużym zainteresowaniem, czego dowodem są kolejne zaproszenia i wywiady udzielane stacjom radiowym.
>>>>>>>
https://www.rdc.pl/podcast/wieczor-rdc_JxlcDgzlPhOJm8Wba5fk

piątek, 21 marca 2025

"Święty Leonard z pól", aut. Marek Stokowski, 2015, podcast wywiadu dla Radia Wnet

 "Święty Leonard z pól", aut. Marek Stokowski, 2025, podcast wywiadu dla Radia Wnet z dnia 2025.03.20

Wywiad poprowadził Krzysztof Masłoń znany i ceniony krytyk literacki publikujący m.in. w tygodniku "Do Rzeczy". Admirator prozy Marka Stokowskiego.










https://wnet.fm/broadcast/marek-stokowski-w-nieregularniku-literackim-20-03-2025-r/

środa, 19 marca 2025

"Święty Leonard z pól", aut. Marek Stokowski, 2015, po lekturze, książka

 "Święty Leonard z pól", aut. Marek Stokowski, 2015, po lekturze, książka

Anonsowałem pojawienie się tej książki. (TU) Pisałem o spotkaniu z autorem w PIW-ie. Cytowałem nieprawdopodobnie pochlebną recenzję znanego i cenionego krytyka literatury Krzysztofa Masłonia, który na łamach "Do Rzeczy" spuentował całostronicowy tekst swojej recenzji w taki sposób: ..."Nie mam jednak wątpliwości, że ta historia o współczesnym Don Kichocie, objeżdżającym pola nad dolną Wisłą, łowiącym ryby w Liwie albo zgłębiającym dzieje krzyżackiego zamku Gniew, jest jedną z najlepszych polskich książek, jakie udało mi się przeczytać w ostatnich latach. W ciągu których wielokrotnie zdarzyło mi się już zwątpić w wartość literatury i jej sens" ("Do Rzeczy" nr. 8/617 17-23 lutego 2025) . W swoim czasie, także na łamach "Do Rzeczy" (nr 26/584; 24-30 czerwca 2024) Krzysztof Masłoń zarekomendował lekturę wydanej wówczas innej książki Marka Stokowskiego - "Lotnicho", wystawiając jej najwyższą ocenę, podkreślając m.in. radość płynąca z lektury tej książki. Najwyraźniej Krzysztof Masłoń jest admiratorem pisarstwa Marka Stokowskiego. Zupełnie jak ja :) Tylko co ja mogę dorzucić od siebie, jeśli zawodowy krytyk powodowany jakością prozy Marka Stokowskiego napisał o "Świętym Leonardzie z pól", powtórzę: ..."jest jedną z najlepszych polskich książek, jakie udało mi się przeczytać w ostatnich latach"... Mam wyczulone oko i ucho na opinie dotyczące kultury. Nie spotkałem się, a przynajmniej nie pamiętam, żebym kiedykolwiek przeczytał tak jednoznaczną, przyjazną, brawurowo-życzliwą recenzję...

Przeczytałem "Świętego Leonarda z pól" parę dni temu. Praktycznie od jednego "dosiadu" z przerwą na sen. Historia, którą opowiada Marek Stokowski literalnie zabiera czytelnika, pochłania każąc mu czytać bez wytchnienia. Żądza dowiedzenia się "co dalej" jest na tyle zniewalająca, że zapewniam/ostrzegam, trudno się jest od książki oderwać. No dobrze. Ale o czym jest ta książka? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest prosta. Sądzę, że nawet Iga Wilczek, bohaterka "Świętego Leonarda z pól" miałaby kłopot z udzieleniem krótkiej, zwartej odpowiedzi. A przecież zna większość tej historii przestrzegając czytelników na 4-tej okładce: ..."nie czytaj tej książki przy ludziach, bo kiedy roześmiejesz się nagle albo rozpłaczesz, to pomyślą, że jesteś stuknięty"...  No właśnie. Kłopot ze zwięzłym zdefiniowaniem "o czym jest ta książka" jest także moim udziałem...

"Święty Leonard z pól" nie jest z pewnością książką kucharską, ale czytelnik znajdzie tam m.in. przepis na fantastyczną jajecznicę. Na pewno nie jest to bajka, ale marzenia i sens podążania za nimi to mocne przesłanie płynące z jej lektury. "Święty Leonard z pól" nie jest także instrukcją survivalową dla tych "co nie dają rady i jadą w Bieszczady", tudzież poradnikiem savoir vivre, pomimo, że zawiera ścisłe wytyczne radzenia sobie w sytuacji spotkań z "ujędrnioną i uwydatnioną, [poruszającą się na rowerze*] niebywale atrakcyjną panią w średnim wieku".

Odbieram "Świętego Leonarda z pól" jako opowieść głęboko humanistyczną. Opowiadana przez nią historia przywraca właściwą hierarchię w kodeksie ludzkich myśli i zachowań. Porządkuje to, co jest demolowane przez wszechobecną, nachalną propagandę i towarzyszącą jej indoktrynację. Tytułowy bohater - Leo, ma ogromne szczęście. Dzięki poprawnym kontaktom z "Górą" jej wysłannik wskazuje Leonardowi właściwy sposób na pozbycie się koszmarów przeszłości, nadania swojemu życiu sensu i wartości. "Święty Leonard z pól" jest szalenie barwną, obfitującą w nagłe zwroty, uśmiechniętą, czasami bolesną, pobudzającą wyobraźnię, głęboko ludzką opowieścią o człowieku, który dokonując właściwych korekt w otaczającej go rzeczywistości, usiłuje uczynić lepszym miejsce w którym żyje. To pełna emocji opowieść o zmaganiach dobra i zła, sił trwających w dozgonnym splocie na złe i dobre, uścisku na życie i śmierć.

Książka budzi emocje, ale przecież niekoniecznie wszystkie i wszystkich. Tym, którzy trzymają emocje na wodzy będzie się podobał unikalny, autorski styl pisarstwa Marka Stokowskiego. Autor znakomicie operuje językiem polskim, dzięki czemu z gracją potrafi nazywać nienazywalne okraszając trudne, wręcz bolesne (jak sądzę) dla Leo sytuacje humorem, z dozą przyjaznej autoironii. Właściwy rytm i tempo są tymi elementami opowieści, które powodują, że książkę znakomicie, łatwo się czyta. Akcja książki dotyczy i jest osadzona w bieżącej rzeczywistości, acz w towarzystwie odlotów i szczypty mistyki, co także jest znakiem firmowym prozy Marka Stokowskiego.

I już na koniec. Leo otrzymał i co ważne, właściwie odczytał przesłanie-drogowskaz dostarczone przez posłańca. Rzecz w tym, że "Góra", zwłaszcza teraz jest mocno zarobiona i nie jest w stanie wysyłać umyślnych do nas wszystkich. Może "Góra" korzystając ze swych szczególnych prerogatyw dając za przykład bohatera "Świętego Leonard z pól", zwraca naszą uwagę na potrzebę wspierania i czynienia Dobra... Zacząć jak zwykle należy od siebie. Leo rozpoczynał dzień prozaicznie, od nakarmienia kociej bandy dowodzonej przez Łatkę. Ale potem... Oj! Działo się! Czytajcie! Nie będziecie się nudzić :)

*[..] mój wtręt

Świder i Wisła, niedziela 2025.03.16, rowerowe

 Świder i Wisła, niedziela 2025.03.16, rowerowe 

Z lewej Świder, w głębi, spoza odsłoniętych przez niską wodę łach piachu wyziera Wisła. Jest około
10:00, temp. +5 st. Cisza, przestrzeń, kolory, powietrze. W kadrze niemal w centralnym punkcie
przelatujący ptaszor. Lubimy to miejsce :)

piątek, 14 marca 2025

¡hola! Malaga!, luty 2025, rowerowe

¡hola! Malaga!, luty 2025, rowerowe

Kolarstwo krajobrazowe zakłada spokojną kontemplację
uroków i widoków. Południowcy dbają o to i wiedzą, w którym
miejscu postawić ławeczkę. 
Zeszłoroczny, wielce udany wyjazd do Malagi (TU), był na tyle fajny, że wymagał powtórzenia! Górek i tras jest tam dostatek! Pogoda, temperatury zasadniczo inne niż w Polsce. Decyzja mogła być tylko jedna. Wyjazd w zeszłym roku był rodzajem rekonesansu. Teraz mając większą wiedzę o sieci dróg zarówno tych w Parku Krajobrazowym jak i licznych, lokalnych, asfaltowych mogłem bardziej precyzyjnie planować codzienne wypady.

Podobnie jak w roku zeszłym jeździłem na rowerze górskim, lekkim fullu, klasy XC. To uniwersalne rozwiązanie, które pozwalało na jazdę w każdym terenie, także po szutrach/ścieżkach w Parku Krajobrazowym, czy korytami wyschniętych rzek i potoków. Górskie przełożenia przydawały się także w czasie
Oznakowanie tras w Parku
Krajobrazowym jest dość
skąpe, a są miejsca w których
nie ma zasięgu i elektronika
odmawia podpowiedzi.
podjazdów na asfaltach :) Niektóre były wymagające i nie jestem przekonany, czy szosówką ze standardowymi przełożeniami dałbym radę wszystkim podjazdom. Oczywiście kasetę można wymienić na "górską", ale góral jak pisałem to także jazda po wszystkich nawierzchniach.
Spotkaliśmy szczęśliwych Holendrów. Kupili
tę restauracyjkę 4 lata temu. Mówią, że żyje się
łatwiej i przyjemniej. Do tego 300 dni słońca/rok.
 Oczywiście można pożyczyć dowolny rower na miejscu w Maladze, ewentualnie zabrać rower z Polski. Nie musiałem sobie tym obciążać głowy. Jeździłem na rowerze syna, który w Maladze przygotowywał się do sezonu i miał ze sobą kilka swoich rowerów. Full EARTH firmy Kross wyposażony w zawodniczy osprzęt spisywał się znakomicie. Rama rozmiaru "M" była dla mnie trochę za krótka, w porównaniu z moim własnym rowerem. Trochę inna pozycja to m.in. inne kąty ułożenia dłoni na chwytach kierownicy oraz mniej miejsca na nogi/kolana w kokpicie. Dość szybko przyzwyczaiłem się do zmienionej pozycji, a jazda na Krossie była prawdziwą przyjemnością.

Obok knajpki Holendrów
taki drogowskaz. Może 
Rutą Buena Vista pojedziemy 
w przyszłym roku?
 Hiszpania, Malaga poza innymi krajobrazami, klimatem, zapachami to także inna kultura, inni ludzie. Jazda na rowerze w mieście poza drogami dla rowerów jest oczywiście uciążliwa, wymaga koncentracji. Ruch jest gęsty. Obce miasto. Potrzeba ciągłego zaglądania do nawigacji i jednoczesnego kontrolowania sytuacji na drodze. Miałem to szczęście, że mieszkałem na przedmieściach Malagi i tylko raz w trakcie całego pobytu musiałem przejechać rowerem przez miasto. Z miejsca zamieszkania do lokalnej drogi prowadzącej w góry było dosłownie kilkaset metrów. Tam, na lokalnym asfalcie niemal zerowy ruch samochodów, a w samochodach przyjaźnie usposobieni kierowcy. Zero agresji. Zero torreadorów. Uśmiech, cierpliwość, wyrozumiałość. Niesłychane! Jedziesz po dość wąskiej, krętej drodze i żaden prowadzący samochód nie chce cię zepchnąć do rowu, lub zabić.
Grill w kształcie łódki i specjalność nadmorskich
knajpek - ryby z rusztu. 

Nadmorska promenada w
niedzielnym słońcu. 
W knajpkach tłok. 

O tej porze roku (luty) na plażę i kąpiele w morzu jest jeszcze zbyt chłodno. W ciągu dnia, gdy temperatura w słońcu oscylowała wokół 25 st. można było rzucić się na leżak. Ale pływanie w morzu raczej nie, a jeśli już, to w piance. W nocy temperatura spadał do około +10 st. 

Synowa kolarzowa i synek kolarzynek. Oni głównie kolarzują.
Kontemplują pomiędzy.
Dla mnie Malaga to rower, kolarstwo krajobrazowe :) Żadne ostre trenowanie, powtórzenia, regeneracje, siła, szybkość itp. Spokojna jazda po około 60 km dziennie, w tym 1-1,5 km w pionie. Kilka godzin dziennie w ruchu, w otoczeniu innej przyrody, w słońcu i ciepełku. Do tego także inne zapachy. Ożywają po nocnym/porannym deszczu, gdy porośnięte inną niż w Polsce roślinnością stoki wzgórz zostaną podgrzane słońcem. W Parku Krajobrazowym dominuje zapach mięty zmieszany z zapachem iglastych drzew i krzewów o grubych, mięsistych liściach. Poza tym Malaga oferuje sporo atrakcji typowo turystycznych. Oczywiście Muzeum Picassa, knajpa należąca do niejakiego Antonio Banderasa i pewnie inne, łącznie z pobliskim Gibraltarem i Marbellą. Tam, czyli w Marbelli można podobno spotkać czołowych europejskich szpionów, gangsterów, biznesmanów, koronowane głowy i gentlemanów. Tylko jak ich rozróżnić... Wolałem rowerować :)  







środa, 12 marca 2025

Canon i inne. Serwis autoryzowany i nie-autoryzowany. Czyli o naprawie aparatów fotograficznych, luty 2015

Canon i inne. Serwis autoryzowany i nie-autoryzowany. Czyli o naprawie aparatów fotograficznych, luty 2015



Sprawa była poważna. W trakcie łażenia po okolicznych, na poły podeschniętych bagienkach, jakiś utoplaszczyk szarpnął mnie za nogę na tyle skutecznie, że potknąłem się i niemal wywróciłem. Przed pełną wywrotką uchroniła mnie wyciągnięta ręka, w niej, z zamkniętym na szczęście obiektywem aparat fotograficzny.

Aparat mocno się zapiaszczył. Próba otwarcia obiektywu nie skutkowała. Mechanizm działał, ale aparat nie dawał się uruchomić. Po powrocie do domu, przy użyciu pędzelka wyczyściłem korpus aparatu, elementy zasłaniające obiektyw. Próba uruchomienia spełzła na niczym. Nie podejmowałem żadnych radykalnych działań. Zamiast tego odszukałem nr. telefonu do AUTORYZOWANEGO  Serwisu Canon. Zadzwoniłem zwięźle opisując swoją przygodę i jej konsekwencje. Zostałem zaproszony do przyjazdu wraz z informacją, że samo otworzenie aparatu wraz z oceną możliwości/wyceną naprawy to koszt 50 zł. 
Dla mnie utoplaszczyk
dla innych utoplaszek.
W każdym razie uważać
trzeba.
Ruszyłem do miasta. Popołudnie, piątek. Ponad 1h jazdy. Cała wyprawa. Zabrałem więc ze sobą jeszcze jeden aparat - Benq AE 100, który zaniemógł kilka lat temu. Cierpiał na brak ostrości obrazu. To także cyfrak. Pomyślałem, że może, przy okazji AUTORYZOWANEMU serwisowi uda się go uzdrowić. Jedna jazda, dwa sukcesy! Taki był plan...
Benq AE100 - staruszek, ale
mały, lekki, tani, teraz raczej 
niedostępny. 
Na miejscu Pan bardzo sprawnie wyjął z Canona baterię, kartę pamięci, usunął sznureczek/pętelkę - zabezpieczenie na nadgarstek i udał się na zaplecze do Pana Technika. Wrócił po około 3 minutach oznajmiając, że się nic się nie da zrobić. Moja nieśmiała sugestia/propozycja, że może otworzyć, dmuchnąć sprężonym powietrzem z puszki tu i tam, zassać ssawą to i owo, to może jednak ruszy, bo to przecież sprawa czysto mechaniczna, została jak przystało na poważny AUTORYZOWANY Serwis odrzucona. Pan AUTORYZOWANY Serwis oświadczył, że jedyna droga do ew. sukcesu biegnie poprzez serwis centralny (Niemcy), spec. formularz, wysłanie, czekanie, płacenie itp. Aparatu Benq AE 100 nie zaszczycił nawet AUTORYZOWANYM spojrzeniem. Lekki grymas ust był mimowolnym jak sądzę sygnałem, że takim skromnym Benkiem nie będą sobie zawracać głowy...
PowerShot SX620 HS - wolę robić zdjęcia aparatem foto niż
smartfonem. Ten model, chociaż nie jest nowością ma mnóstwo
funkcji, trybów, możliwości, które nadal, często przypadkiem
odkrywam :)
Pakując aparaty do plecaka pomyślałem sobie szereg, przyznam, brzydkich rzeczy o AUTORYZOWANYM Serwisie.  Podjechałem do C.H. Klif, gdzie po zamówieniu cappuccino (16 zł; rozbój w szary wieczór [było tuż przed 16:00]; w Hiszpanii kawa w każdym wydaniu jest o około 2x tańsza i 3x lepsza) wygrzebałem w telefonie nr. tel. do innego, ale
nie-AUTORYZOWANEGO Serwisu. Pan powiedział, że właśnie zamyka (16:00). Wysłuchał opowieści o piachu w Canonie i zaprosił na poniedziałek. Przyjął do naprawy zarówno Canona jak i Benka. Ustalił cenę usługi płaconą za sukces, czyli skuteczną naprawę. Po odbiór miałem się zgłosić za 1 tydz. powiadomiony smsem. Wychodząc powiedziałem, że za 3 dni wyjeżdżam, więc może, gdyby, w jakiś sposób udało się reanimować jeden z aparatów, to byłoby fantastycznie. Oczywiście bez ciśnienia. Ostatecznie wszyscy mamy smartfony i jakieś foto zawsze da się zrobić... Po dwóch dniach dostałem smsa o naprawionych i gotowych do odbioru aparatach. Działał zarówno Canon jak i Benek. Cena? Nie podam. To sprawa delikatna, indywidualna między mną a nie-AUTORYZOWANYM Serwisem. Jeśli zaakceptowałem propozycję ceny to znaczy, że była moim zdaniem wyważona i DLA MNIE akceptowalna. Paragon? Tak, dostałem :) 
Dlaczego o tym piszę i do tego tak obszernie?
No przecież właśnie po to, żebyście pominęli AUTORYZOWANY Serwis, wizytę w C.H. Klif , przepłacanie za kawę i zamiast tracić czas udali się bezpośrednio do nie-AUTORYZOWANEGO Serwisu, gdzie leczą nie tylko Canony, ale także Benki i być może inne niedomagające aparaty fotograficzne (TU)

Naprawa Sprzętu Fotograficznego
Jerozolimskie 113/115
02-017 Warszawa
Serwis czynny
Pon - Czw
9 - 17
Piątek 8 - 16
Napisz do nas

Namiarów do AUTORYZOWANEGO Serwisu nie podam. 
Z litości.

piątek, 7 marca 2025

"Lotnicho", aut. Marek Stokowski, 2024, uroczystość wręczenia nagród Magazynu Literackiego, 2025.03.05 Biblioteka Narodowa

 "Lotnicho", aut. Marek Stokowski,  2024, uroczystość wręczenia nagród Magazynu Literackiego, 2025.03.05 Biblioteka Narodowa 

Dzieje się! Książka Marka Stokowskiego "Lotnicho" została świetnie przyjęta przez rynek. "Magazyn Literacki" uhonorował książkę o której wielokrotnie pisałem, zachęcałem do jej kupna/lektury tytułem "Książki Września 2024". To jeszcze nie jest literacki Nobel, ale pierwszy krok został zrobiony :) Spośród "książek miesiąca" wybierana będzie (nie mam pojęcia kiedy) Książka Roku 2024.
Marek Stokowski, autor "Lotnicha" przy mikrofonie. Cieszy go
otrzymanie nagrody, a jego radość jest także udzialem
widocznego w pierwszym planie szefa wydawnictwa
Lira.

Gala "Magzynu Literackiego" jest imprezą branżową. Byłem na niej po raz pierwszy. To rodzaj uroczystości w której udział biorą sami zainteresowani: wydawcy, autorzy, tudzież prasa pisząca o literaturze. Typowy środowiskowy meeting, którego znaczenie dla świata 

Przedstawiciele wydawnictwa
Lira mają powody do radości.
Na Gali wręczono nagrody dwóm
wydanym przez Lirę tytułom
.
zewnętrznego jest na pozór nikłe, wręcz żadne, ale... To miejsce spotkań branży, gdzie w jednym miejscu i czasie spotykają się i rozmawiają ludzie decydujący o tym, co pojawia się na półkach w księgarniach i bibliotekach. Wielu nagrodzonych autorów nie pojawiło się na imprezie. Dyplomy i inne trofea odbierali w ich imieniu przedstawiciele wydawcy. Nieobecni to zwykle te bardziej znane nazwiska, twórcy mający ugruntowaną pozycję w branży. W mojej ocenie fizyczna obecność Marka Stokowskiego miała głęboki sens.

Lotnicho - książka, którą
trzeba przeczytać, warto 
rekomendować.
 Autor "Lotnicha" mieszka i tworzy w znacznym oddaleniu od Warszawy. Jego kontakt z tzw. "środowiskiem" w sposób oczywisty jest ograniczony. Sprowadza  się do wymiany maili, rozmów telefonicznych. Fizyczna obecność na Gali to poza uściskami dłoni, odbieraniem gratulacji była także okazją do kilku nieoczywistych rozmów na temat wznowień wydanych wcześniej książek Marka, a także projektów dotyczących rzeczy nowych, planowanych już w najbliższej przyszłości.

"Lotnicho" zaczęło zbierać pierwsze laury! Marek napisał dobrą, być może bardzo dobrą powieść. Dobre górą

Na FB Liry dostępna jest rolka "Lotnicha" >>>> TU

Nadchodzi czas wiosennych odlotów ✈️✈️✈️ Wskakujcie na pokład i dajcie się porwać lekturze powieści Marka Stokowskiego „Lotnicho”! Stroiciel lasu i... | By Wydawnictwo LIRA | Facebook