poniedziałek, 13 lipca 2026

Chorwacja, kwiecień/maj 2026, żeglarskie

Chorwacja, kwiecień/maj 2026, żeglarskie

Morski, wieczorny klimat [foto Mali]
Byłem w Chorwacji jakiś czas temu (TU). Nie żałowałem wówczas decyzji o wyjeździe, wzięciu udziału w typowo szkoleniowym rejsie, który z racji swojej specyfiki nie był żeglarsko ekscytujący. Decydując się na wyjazd w tym roku popełniłem błąd. Znaczący. Otóż kiedy skontaktował się ze mną uczestnik poprzedniego wyjazdu z propozycją wzięcia udziału w tygodniowym. żeglarskim wypadzie, na żaglowym (a jakże!) jachcie (TU), nie przyszło mi do głowy dopytać o sposób poruszania się wzdłuż wybrzeża Chorwacji: na żaglach, czy na silniku... Wydawało mi się oczywiste, że czarterując jacht żaglowy będziemy ŻEGLOWAĆ, a silnik będzie służył głównie do manewrowania. Ten błąd był praprzyczyną szeregu niesnasek, większych i mniejszych zgrzytów pomiędzy załogą, która w większości preferowała przemieszczanie się "na silniku". To co na jachcie pozostaje na jachcie. Nie będę zatem kontynuował tego tematu. Zwracam jednak, ku przestrodze, uwagę na popełniony przeze mnie błąd, którego konsekwencje ważyły na całym rejsie... Może dzięki temu ktoś z czytających tego posta ominie tę rafę :)

Jazda pod żaglami to prawdziwy fun.
Oczywistym było, że propozycja wzięcia udziału w rejsie nie była wynikiem sentymentów. Organizator szukał wśród znajomych chętnych do wyjazdu, aby podzielić koszty eskapady. Spytałem, czy mogę zaproponować udział mojemu kumplowi      
- Malinie. I w ten sposób wmanewrowałem Malinę w nieomal motorowodniacki, w miejsce żeglarskiego, wyjazd :(

Tym razem wyjazd miał być typowo turystyczny. Poza morskim żeglowaniem chciałem doświadczyć fenomenu Chorwacji - kraju, w którym branża turystyczna generuje około 20-25% PKB (w zależności od metodologii) co jest jednym z najwyższych europejskich wskaźników. Kraju, który od około 20 lat stał się jednym z najważniejszych dla Polaków miejsc spędzania wakacji. Dość szybko okazało się, że opowieści o "uroczych, kameralnych zatoczkach" są prawdą, ale... Gdy poznało się jedną z nich to praktycznie każda kolejna jest prawie identyczna z tą pierwszą :) Kameralność jest wielce problematyczna, gdyż tam gdzie ładnie, spokojnie i głębokość pozwala na rzucenie kotwicy stoi zwykle kilka jachtów... Temperatura wody na przełomie kwietnia/maja nie zachęcała do zbyt długiego, intensywnego pławienia się bez pianki... Tym co przyciągało moją uwagę, wzbudzało zachwyt była nieprawdopodobna malowniczość licznych miasteczek położonych na zarówno na stałym lądzie, jak i na niepoliczalnych wyspach i wysepkach z których słynie wybrzeże dalmatyńskie, które obecnie praktycznie w całości należą do Chorwacji. 

Wnętrze kościoła św. Donata
Kościół św. Donata IXw.
Pobieżna, bardziej świadomość niż wiedza o pogmatwanej historii całego basenu Morza Śródziemnego, gdzie w przypadku Dalmacji rządzili Grecy, Rzymianie, potem Bizancjum zastąpione rządami Wenecjan, których wkrótce wyparły Austro-Węgry, nie była w stanie uchronić mnie przed zaskoczeniami takimi jak architektura kościoła św. Donata w Zadarze, zjawiskowe Stare Miasto w Trogirze, czy liczne kościoły z monumentalną kamienną katedrą w Sibeniku na czele. Każdy spacer niezależnie od pory dnia dostarczał nowych wrażeń. A przecież nie byliśmy w Dubrowniku i Splicie, miastach-portach uznawanych za wizytówki Dalmacji...



Faceci w "uniformach"
mają branie:) Mali odrzuca
awanse będącej na panieńskiej
eskapadzie Polki prezentując
przesłanie: "I don't need therapy,
I just need my boat".




A wszystko to w wakacyjnej, wyluzowanej atmosferze południa Europy, w miejscach, gdzie szmaragd morza podkreślony bielą skał wybrzeża miękko przechodzi w błękit nieba, którego horyzont znaczą białe plamki niezliczonych wysp. Mieliśmy to szczęście, że przełom kwietnia/maja nie jest turystycznym szczytem. Starówki miast i miasteczek które odwiedziliśmy nie były jeszcze zatłoczone. Ludzi, zwłaszcza w weekend było jednak sporo. Najlepszą porą na spacery po wąskich uliczkach starówek były godziny przedpołudniowe. 
Tydzień, (w sumie 2, licząc z poprzednim wyjazdem) w Chorwacji to zdecydowanie za mało, żeby zrozumieć turystyczny fenomen tego kraju, ale wystarczająco długo, żeby chcieć tu wracać. Myślę jednak, że ewentualny kolejny wyjazd nie powinien być w 100% dedykowany pobytowi na jachcie. Być może ciekawą odmiana byłby wyjazd wczesną jesienią, po zakończeniu sezonu turystycznego? Wyobrażam sobie, że wówczas temperatura wody bardziej zachęca do uprawiania wszelkich sportów wodnych, zwłaszcza windsurfingu, lub/i żeglowania w sportowym stylu na lekkich jedno-dwuosobowych żaglówkach. Taki wyjazd powinien być jak sądzę dłuższy niż typowy tygodniowy wypad w (prawie) wysokim sezonie. Wiele lat temu miałem okazję być na Rodos w miejscu, które nazywa się Prasonisi (TU) Wówczas było to nieomal dzikie miejsce dedykowane windsurferom. 2-3 niewielkie hoteliki, sklep, 2 wypożyczalnie sprzętu, w tym jedna polska, oraz słynna wówczas, tuż przy plaży restauracja "U Louisa", w której stołowała się większość Polaków. Zero turystów. Sami windsurferzy i pojedyńczy wówczas kitesurferzy. Zero leżaków na plaży, parasoli. Wiatr, plaża, słońce i woda. Czy są jeszcze takie miejsca? W Chorwacji?

wtorek, 23 czerwca 2026

"Ostatnia walka" (Mister Brown), aut. Jan Zumbach, PL 2016, książka

"Ostatnia walka" (Mister Brown), aut. Jan Zumbach,  PL 2016, książka

Książka jest znakomita! Rekomenduję ją jako świetną lekturę wszystkim, którzy lubią sensacyjne, barwne, pełne zwrotów opowieści z dużymi pieniędzmi/sukcesami i nie mniej spektakularnymi porażkami w tle. "Ostatnia walka" ma wiele zalet. Najważniejsze to moim zdaniem: prawda - książka jest autobiografią polskiego asa lotnictwa, język - bez zadęć, zbędnej ornamentyki, podkreślający autentyzm przekazu, tempo - tutaj nie ma czasu na nudę, dzieje się wiele, akcja goni akcję.

Nie mam pojęcia, czy ktoś już kupił prawo do ekranizacji "Ostatniej walki". Moim zdaniem ta książka jest praktycznie gotowym materiałem na kinowy hit w stylu "Barry Seal: król przemytu" (American Made), gdzie Tom Cruise gra pilota pracującego dla kolumbijskiej mafii, a może nawet jest w niej potencjał kalibru "Wilka z Wall Street" ze zjawiskowym Leonardo DiCaprio. Tak, warunkiem na sukces filmu jest zatrudnienie do roli tytułowej aktora takiego jak DiCaprio/Cruise formatu i oczywiście stosowny budżet. Sukces murowany!

Muszę także pogratulować Janowi Zumbachowi jeszcze jednej, bardzo istotnej dla spójności akcji umiejętności: praktycznie zero kombatanckiego ronienia łez, wspomnień, rozszarpywania ran, załamywania rąk nad niegodziwością Anglików. Ci, wiadomo, natychmiast po zakończeniu wojny nie tylko nie zaprosili Polaków do zwycięskiej parady, ale niezwłocznie starali się tych, których za obronę angielskiego nieba byli gotowi nosić na rękach, pozbyć/usunąć z Wielkiej Brytanii. Jan Zumbach, podpułkownik RAF-u, poświęca niegodziwości Angoli może 3 kartki skupiając się na toku negocjacji warunków odejścia z RAF-u, w wyniku których uzyskał specjalne, niematerialne przywileje, które okazały się mieć w przyszłości znaczącą wartość.

Jan Zumabch (TU) miał na szczęście podwójne obywatelstwo. Będąc synem szwajcarskiego emigranta posługiwał się szwajcarskim paszportem, dzięki czemu nie musiał wracać do ówczesnej Polski. Chciał być szwoleżerem, został pilotem. Mógł pędzić spokojne, dostatnie życie, ale ułańska fantazja nie pozwalała mu na zwolnienie tempa, migrację zza sterów samolotu na salony nowobogackich.  

Zapewniam! To świetna, pełna zwrotów akcji lektura. A jeśli wyda się Wam, że autor troszkę koloryzuje... Ułanom, malowanym dzieciom się to wybacza :)

piątek, 12 czerwca 2026

Jura Krakowsko-Częstochowska, Podlesice, 05-07.06.2026, rowerowe

Jura Krakowsko-Częstochowska, Podlesice 05-07.06.2026, rowerowe

Okiennik - jeden z najbardziej znanaych ostańców.
Byłem w tym rejonie Polski bardzo dawno temu. Tak dawno, że praktycznie nic z tej wycieczki nie pamiętam poza jedną nazwą - Ojców. Pofałdowany, wyżynny teren od dawna uśmiechał się do mnie zachęcając do wypadu na rower. Aż wreszcie stało się! Malina zorganizował wyjazd "w skałki" (Jura jest najbardziej atrakcyjnym w Polsce miejscem uprawiania wspinaczki skałkowej) dla swojego syna Antka jego kolegi Tadka (obaj po 12 lat) wraz z towarzysząca mu Mamą. Nie wahałem się długo, gdy padła propozycja dołączenia do wyjazdu. Ja oczywiście na rower, ale gdzieś kołatała mi się po głowie chęć spróbowania wspinaczki...

Życie zweryfikowało moje zamiary. Twardy upadek w czasie rutynowej, wieczornej jazdy na rowerze po "moim" lesie kilka dni wcześniej skutkował boleśnie obitymi żebrami i znaczących
rozmiarów dokuczliwym krwiakiem na biodrze/pośladku. Na rowerze od biedy mogłem jeździć. Próbę wspinania byłem zmuszony odłożyć na później. Jednak kiedy chłopcy wraz z rodzicami i instruktorką ruszyli zdobywać okoliczną skałkę pojechałem z nimi, żeby zobaczyć stawianie pierwszych kroków na ostańcu w rejonie góry Zborów. Antek, który regularnie chodzi na ściankowe treningi i zalicza wszystkie możliwe parki linowe "wszedł" w ściankę nieomal z biegu. Tadek musiał się zaadoptować do nowych dla niego wyzwań, ale widać było, że obaj chłopcy dobrze się bawią. 

Potem ruszyłem w objazd terenu z zamiarem dotarcia do Zamku Bąkowiec leżącego na szlaku Orlich Gniazd. Pomimo, że to jeszcze nie pełnia sezonu praktycznie wszystkie liczne ostańce w rezerwacie Góra Zborów były tłumnie oblegane przez skałkowców oraz turystów pieszych. W wielu miejscach obowiązuje zakaz jazdy rowerem. Dotarcie do konkretnych miejscówek było możliwe prowadząc rower. Eksploracja dziewiczych dla mnie terenów wokół miejsca w którym była nasza baza noclegowa - Podlesice, uzmysłowiła mi ogromną popularność jaką cieszy się ten rodzaj wspinania. Byłem świadomy rosnącej od kliku, kilkunastu lat dostępności amatorskich i profesjonalnych ścianek wspinaczkowych, ale nie miałem pojęcia o skali popularności tego sportu w naszym kraju. Podlesice są praktycznie centralnym punktem wypadowym dla fanów wspinaczki z racji bliskości licznych ostańców oraz znaczącej bazy hotelowej. Myślę, że w jakimś stopniu wpływ na popularność skałołażenia mogły mieć liczne na kanałach dokumentalnych filmy o wspinaczce skałkowej: Free Solo (2018), The Dawn Wall (2017), Powstanie w dolinie (2014). Znakomicie sfotografowana przyroda, monumentalne ściany w parku Yosemite, na poły "hippisowska" społeczność wspinaczy, pokonywanie kolejnych wyzwań, łamanie wykraczających poza zdrowy rozsądek kolejnych "niemożliwych" barier. Mnie się podobały :)

 Malina zarezerwował nocleg w świetnym, być może najlepszym miejscu w okolicy, w Trafo Base Camp (TU) Mogę tę miejscówkę polecić wszystkim, którzy lubią schroniskowy klimat, luz, niewyszukane jedzenie (jadłem tam śniadania i zupy), ceniąc przy okazji możliwość spędzenia czasu przy ognisku w sporym ogródku na tyłach budynku. Tu także znajduje się sklep ze wszystkimi niezbędnymi do skało-wspinaczki szpejami. Załoga Trafo uśmiechnięta i zawsze na "tak". To miejsce w którym po prostu fajnie jest przebywać. W tym miejscu także gromadzą się miejscowe skałkowe instruktorki i instruktorzy. Magda, instruktorka Antka i Tadka pochodzi w W-wy, ale przeniosła się do Jury, by realizować swoją pasję. (TU)

W Rezerwacie Góry Zborów jest także kolejna, turystyczna atrakcja - Jaskinia Głęboka. Wejście tylko z przewodnikiem, warto odpowiednio wcześniej zrobić rezerwację/kupić bilety via net, o co zadbał Malina. Niepodziewanie dla mnie samego jaskinia zrobiła na mnie spore, pozytywne wrażenie. Znaczący wpływ na taki odbiór tego miejsca miała osoba przewodnika, który rzeczowo, interesująco opowiadał o procesie tworzenia jaskini, zjawiskach krasowych, stalaktytach, stalagmitach oraz przemysłowym wykorzystaniu kalcytu. Ten ostatni, przemysłowy aspekt wykorzystania jaskini był dla mnie sporym zaskoczeniem.

Oczywistą wartością turystyczną Jury jest szlak Orlich Gniazd. W Trafo kupiłem "Rowerowy Szlak Orlich Gniazd" i pojechałem odwiedzić największy na Szlaku zamek, a właściwie jego ruiny - Ogrodzieniec. Wokół zamku mnóstwo straganów z pamiątkami, lody, gofry itp. Niedziela, dużo turystów pomimo, że to jeszcze nie pełnia sezonu. Wielkość zamku robi wrażenie. Masywna, jasna bryła budowli prezentuje się znakomicie na tle nieba. Nic dziwnego, że nakręcono tu sceny do kilku filmów: Janosika, Zemsty i Wiedźmina. Wejście na teren ruin zamku jest płatne. Spacer po murach z rowerem to spore wyzwanie, więc poprzestałem na zjedzeniu lodów i wypiciu kawy w jednym ze straganów pod murami zamku.
Myślę, że wrócę do Jury z moją bike-ekipą. To świetne miejsce na kolarstwo krajobrazowe, a przejechanie całego Szlaku Orlich Gniazd (190 km) stanowi rodzaj fajnego wyzwania. Można się zagiąć, zrobić to od jednego dosiadu. Można także podzielić na kilka etapów rezerwując więcej czasu na podziwianie przyrody, zwiedzanie zamków, lody, miejscowe wypieki, próbę wejścia na jakiś niezbyt duży, na początek, kamień. El Capitan czeka :)  

środa, 10 czerwca 2026

"POLIdRUKI. Potrawa z książek i ludzi", aut. Jan Majchrowski, PL 2024, książka

"POLIdRUKI. Potrawa z książek i ludzi", aut. Jan Majchrowski, PL 2024, książka

Pewnie nigdy nie sięgnąłbym po tę książkę, gdyby nie fakt, że uzyskała wyróżnienie w konkursie literackim im. Józefa Mackiewicza edycja 2025, czyli wówczas kiedy "Lotnicho" Marka Stokowskiego zostało uhonorowane nagrodą główną (TU) Tuż po ogłoszeniu wyników kupiłem "Polidruki" i jakiś czas temu przeczytałem, podczas kiedy inny wyróżniony tytuł: "Akcent typowo polski. Szkice o kulturze Polaków" nadal czeka na swój moment na kupce "do przeczytania".

Jan Majchrowski jest osobą publiczną (TU) Wokół jego osoby zrobiło się dość głośno, gdy w roku 2021 zrzekł się urzędu sędziego Sądu Najwyższego. Widziałem/słyszałem kilka jego wypowiedzi emitowanych w TV Republika komentujących obecny stan wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Podobało mi się to co i w jaki sposób mówił. Podoba mi się także jego niezależna, bazująca na gruncie obowiązujących przepisów postawa-opozycja wobec demolki prawa w wykonaniu obecnie rządzących.

Natomiast książka, pomimo całej sympatii dla autora, w pierwszym podejściu nie pochłonęła mnie, ba, po pierwszym rozdziale byłem gotów ją odstawić "na potem". "Towarzysze", bo taki ma tytuł pierwszy rozdział wydał mi się na tyle osobisty, a przy okazji oczywisty, że kontynuacja lektury jawiła się jako strata czasu. Jednak szybko okazało się, że im dalej, tym ciekawiej. Dalej jest to rzecz o sytuacjach, których autor doświadczył, ale okazuje się, że co najmniej niektóre z nich, są tożsame w naszymi/moimi doświadczeniami. W dużym uproszczeniu książka dotyczy procesu ewolucji/budowy kręgosłupa moralnego, światopoglądowego, sumy doświadczeń powodujących, że Jan Majchrowski jest dzisiaj tym człowiekiem, którego wypowiedzi/opinie są chętnie, masowo słuchane np. na platformie YT (TU) Znam tylko nieliczne z nich. Z pełną odpowiedzialnością mogę zarekomendować wywiad z kanału "Rymanowski live" (TU).

Nie bez znaczenia dla weryfikacji wartości tej książki jest niezamierzona zgodność z inną książką: "Histeria i pogarda. Antypolonizm w Republice Weimarskiej" (TU). J. Majchrowski w rozdziale "Czarno na Białym" opisuje przypadkowe spotkanie w pociągu (rok 1986), w przedziale, w którym poza autorem jedzie stary Marokańczyk i Niemiec - żołnierz Bundeswehry, który na początku konwersacji wziął autora "Polidruków" za Francuza. Jak przebiega konwersacja? Jaki rodzaj interakcji zachodzi w tym dość egzotycznym, ludzkim trójkącie? Tego oczywiście nie napiszę :), ale zdradzę, że to ciekawe wspomnienie J. Majchrowskiego znakomicie uzupełnia obraz historycznej rzeczywistości nakreślony w "Histerii i pogardzie".

"Polidruki" są trochę jak wpisy z pamiętnika traktujące o ludziach z którymi autor się zetknął, okolicznościach, których doświadczył. Nie wszystkie mają ten sam ciężar gatunkowy, nie wszystkie są tak samo interesujące, ale ogólny wynik jest na "plus". Książka jest naturalnym, acz subiektywnym, bo wynikającym w własnych doświadczeń, uzupełnieniem podręczników najnowszej historii Polski. I uwaga! Nie ma barw żadnej partii! "Polidruki" napisał  patriota dla którego Polska ma znacznie.  

środa, 3 czerwca 2026

""Anomalia" (L'Anomalie), aut. Herve Le Tellier, Francja 2020, książka

"Anomalia" (L'Anomalie), aut. Herve Le Tellier, Francja 2020, książka

Skończyłem czytać tę książkę kilka dni temu. Szukałem w głowie jednego przymiotnika, który możliwie precyzyjnie ją opisuje. Tym przymiotnikiem jest "błyskotliwa". 

W fiszce "od wydawcy" publikowanej we wszystkich jak sądzę net-księgarniach można przeczytać, że książka na macierzystym rynku otrzymała nagrodę Prix Goncourt i sprzedała się w milionowym nakładzie. Ale bezpośrednią przyczyną sięgnięcia przeze mnie po ten tytuł była  rzucona mimochodem rekomendacja jednego z redaktorów Radia 357. "Mimochodem", bo nie był to blok poświęcony literaturze, a standardowa audycja muzyczna, w czasie której prowadzący ją redaktor powiedział kilka słów zachęty na temat "Anomalii". Sprawdziłem. Była w mojej bibliotece!

Błyskotliwość "Anomalii" polega moim zdaniem na umiejętnym połączeniu kilku gatunków literackich w spójną całość napisaną z fantazją i rozmachem. Podobał mi się język, sposób prowadzenia narracji, (to także zasługa tłumacza) jej dobre tempo, czyli wartości czysto literackie. Nic w tym dziwnego. Autor jest zawodowym literatem. Tym, co pozostawia u mnie poczucie niedosytu jest rezultat budowanego od pierwszych stron suspensu. Zamiast potężnej eksplozji, kapiszon... no może korek (to dla tych pamiętających pistolety-korkowce:)) 

Pomysły będące osią wokół których zbudowana jest "Anomalia" nie są wynikiem autorskich przemyśleń H. Le Telliera. Jeden z nich przeczący darwinowskiej ewolucji był/jest w różnych formach kanwą książek/filmów sci-fi. Kolejny zaistniał w filmie StarTrek, którego nie oglądałem. Informację o "pożyczce" pomysłu podrzucił mi znajomy, któremu jakiś czas temu sprezentowałem "Anomalię", z którym dosłownie kila minut temu wymieniliśmy smsy na jej temat:)

"Anomalia" dzięki swojej błyskotliwości jest moim zdaniem warta przeczytania. To nie tylko zgrabna powieść z pogranicza różnych gatunków literackich, ale głębsza próby dociekania istoty funkcjonowania nas, naszego gatunku, na Ziemi, we Wszechświecie. To niezły pomysł na wakacyjną lekturę. Bardziej wymagająca od kryminału, ale za to więcej wnosząca w intelekt czytelnika:) 

czwartek, 14 maja 2026

"Lotnicho", aut. Marek Stokowski, PL 2024, DRUGIE CZYTANIE, książka

"Lotnicho", aut. Marek Stokowski, PL 2024, DRUGIE CZYTANIE, książka

O "Lotnichu" pisałem wielokrotnie (TU). Nie daję żadnych gwarancji, że TEN post jest ostatni :) Ale tym razem tak krótko jak się da po to, żeby wybrzmiało najważniejsze.

Pierwsze czytanie "Lotnicha", które w moim przypadku miało miejsce w latem 2024, było szybkie, zachłanne. Po blisko 2 latach, które minęły od tamtego czasu postanowiłem wrócić do tej książki. Tym razem bez pośpiechu, łapczywości, którą cechował pierwszy z nią kontakt.

Zgodnie z deklaracją/podtytułem zawartą na okładce jest to "opowieść o wędrowaniu, miłości i przyjaźni". Potwierdzam. Ale...

Tym, co w trakcie drugiego czytania literalnie mnie powala jest autentyczny humanizm autora i wyzierające z każdej strony głęboko humanitarne przesłanie.

czwartek, 7 maja 2026

"Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemie chorób psychicznych" (The Anxious Generation: How the Great Rewiring of Childhood Is Causing an Epidemic of Mental Illness), aut. Jonathan Haidt, 2024, książka

"Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemie chorób psychicznych" (The Anxious Generation: How the Great Rewiring of Childhood Is Causing an Epidemic of Mental Illness), aut. Jonathan Haidt, 2024, książka

Zmiana, ta oczywista, która  dokonała się za sprawą smartfonów widoczna jest dla każdego. Jednak to co najważniejsze nie jest już tak łatwo dostrzegalne, proste do uchwycenia. I o tym właśnie, o "przeprogramowaniu dzieciństwa", praktycznie jego utracie, jest TA książka. Autor jest psychologiem, profesorem, wykładowcą i pracownikiem wielu amerykańskich uniwersytetów o znaczącym dorobku naukowym (wiki o autorze TU). Ciekawe jest to, że książka nie powstała "na zamówienie". Jej geneza opisana na końcowych stronach jest efektem analizowanych przez autora danych statystycznych dotyczących chorób psychicznych wśród studentów, college'ów, stanów lękowych w korelacji z wiekiem, przyjęć do szpitali z powodu samookaleczeń, wskaźników samobójstw wśród nastolatków. J. Haidt był zaskoczony zbieżnością daty/roku w którym nastąpił gwałtowny wzrost wymienionych wyżej wskaźników - 2010. Szukał przyczyn, które właśnie w tym roku uruchomiły tyle zaskakujące, co przerażające tendencje. Studiował i żmudnie eliminował czynniki zewnętrzne, które mogły wyzwolić widoczne w statystykach zmiany. W roku 2010 na rynek wszedł kolejny model smartfonów ze stałym dostępem do internetu... 

TA książka NIE JEST marudzeniem o problemach ze snem powodowanych niebieskim światłem ekranu. Nie jest nawet piętnowaniem smartfona jako rozpraszacza uwagi. Nie jest totalną krytyką urządzenia, które w wielu przypadkach sprawdza się jako multi narzędzie o sprawności i wydajności komputera. TA książka mówi o tym, że zadaniem autora dostępu do smartfona nie powinny mieć dzieci poniżej określonego wieku. Wyniki badań, przemyśleń autora zawierają się w czterech prostych zaleceniach: ZERO smartfonów przed liceum, ZERO dostępu do socialmediów przed 16-stym rokiem życia, ZERO smartfonów w szkołach, Więcej niezależności, zabaw, gier dla dzieciaków w realnym świecie. Można o tym przeczytać na stronach The Anxious Generation Movement (TU), stronie www, na której są uzupełniane i aktualizowane informacje o najnowszych badaniach, statystykach: smartfon/dzieciństwo/wychowanie oraz rady jak skutecznie wdrożyć wymienione wyżej zalecenia.

Słyszę, że w polskich szkołach, od najbliższego roku szkolnego ma zostać wdrożony zakaz używania samrtfonów. W wielu krajach taki zakaz, zakaz PRZYNOSZENIA, obowiązuje o kilku lat. Słyszę także audycje, reportaże dotyczące Polski potwierdzające amerykańskie statystyki o "epidemii chorób psychicznych" wśród dzieci/młodzieży. Nie tak dawno, w czasie audycji poświęconej temu problemowi (Radio 357) zadzwoniła kobieta, której młodociana kuzynka popełniła samobójstwo. Przyczyną było opublikowane w necie, zrobione przez koleżanki jej zdjęcie z dziewczęcej przebieralni...

Oceniam tę książkę bardzo wysoko. Nie cofniemy czasu, nie zrezygnujemy z używania smartfonów. Rzecz w tym, żeby robić to z głową, czyli świadomością zagrożeń jakie niesie dzieciom nielimitowany dostęp do treści i sociali. "Niespokojne pokolenie..." jest OBOWIĄZKOWĄ lekturą wszystkich rodziców, dziadków/babć, pedagogów. To także KONIECZNA lektura dla wszystkich mędrków, którzy mając zerową wiedzę na temat spustoszeń jakie czynią smartfony w dziecięcej psychice/życiu publicznie zabierają głos na ten temat.