piątek, 25 września 2026

Marek Stokowski - spotkanie autorskie w dniu 2026.10.15 - zaproszenie

Marek Stokowski - film plus spotkanie autorskie w dniu 2026.10.15 - zaproszenie

Film dokumentalny „Małe wielkie podróże”, zrealizowany przez reżyserkę i scenarzystkę Beatę Maliszkiewicz, jest już dostępny na platformie YouTube: >>>>>

https://www.youtube.com/watch?v=wldD2dQRfms .



czwartek, 24 września 2026

"Ojczyzna" (Fatherland), reż. Paweł Pawlikowski, F/N/I/PL 2026, film

"Ojczyzna" (Fatherland), reż. Paweł Pawlikowski, F/N/I/PL 2026, film

Film jak wiadomo jest polskim kandydatem do Oscara. Po upublicznieniu tej informacji nie pozostało mi nic innego jak niezwłocznie obejrzeć i mieć własną opinię na temat filmu, za reżyserię którego Paweł Pawlikowski dostał Złotą Palmę w kategorii "najlepszy reżyser" w Cannes 2026. Zachętą do pójścia do kina na "Ojczyznę" był także udział w filmie Sandry Huller, która od pewnego czasu ma znakomitą passę, którą zwróciła moją uwagę kilka lat temu w filmie "Toni Erdmann".

Oceniam "Ojczyznę" na "dobry" czyli 7/10 w skali filmweb. Dorzucam jeszcze plus za znakomite zdjęcia, których czarno-biała wysublimowana estetyka stała się znakiem rozpoznawczym filmów P. Pawlikowskiego. Autorem zdjęć jest Łukasz Żal, autor zdjęć m.in. do "Idy" (TU), "Twój Vincent", "Zimna wojna", (TU) "Strefa interesów"(TU), "Hamnet" (te filmy widziałem), kontynuator znakomitych dokonań "polskiej szkoły opertaorskiej".  

No, ale ma być o filmie, a film to wypadkowa wielu elementów, nie same zdjęcia. O takich filmach jak "Ojczyzna" mówi się zwykle "interesujący"... To określenie pada zwykle wówczas, gdy nie wie się co powiedzieć, lub gdy film umyka łatwej, oczywistej klasyfikacji. "Interesujący" jest także wtedy, kiedy wiemy/czujemy, że jest w opowiadanej historii tajemnica, drugie, trzecie dno, trudne do zwerbalizowania, jednoznacznego wskazania jako myśl-przesłanie stojące za potrzebą stworzenia konkretnego dzieła. Nominalnie "Ojczyzna" opisuje historię powrotu do powojennych Niemiec (rok 1949) Tomasza Manna. Pisarz nagrodzony Noblem w 1929 roku za sagę "Buddenbrookowie", który opuścił Niemcy w 1933 roku emigrując do USA (jego żona była Żydówką), konfrontowany jest z powojenną rzeczywistością podzielonych Niemiec. Zaproszony do odwiedzenia ojczyzny występuje w wyznaczonej mu przez niewiadomych, nam widzom organizatorów,  roli celebryty dającego odczyty i wykłady o potężnym ładunku intelektualnym i humanitarnym. 

Ale w moim odbiorze podróż, w którym towarzyszy T. Mannowi jego córka Erika (rola S. Huller) nie jest głównym tematem filmu. Powodem powstania filmu jest moim zdaniem zadawane od zawsze i przez wielu pytanie: Jak to możliwe, żeby naród, który dał światu Goethego, Bacha, Beethovena, Kanta, Einsteina był w stanie dopuścić się niesłychanych okrucieństw, zbrodni, osiągając nieznany wcześniej rodzajowi ludzkiemu poziom zezwierzęcenia?  

Podróż luksusowym samochodem, w luksusowych warunkach jest de facto podróżą przez kraj, który stał się obcy i niezrozumiały dla samego Tomasza Manna. Jego wysublimowane, wycyzelowane passusy o poezji Goethego wygłaszane dla przypadkowych audytoriów trafiają w próżnię. Brzmią wręcz groteskowo wobec tego czym żyje, z czym się mierzy jego ojczyzna, jego naród, który dopuścił się czynów, o których Niemcy chcą zapomnieć. Ten, na nowo układany świat, nowy porządek, pozorny spokój zakłócany jest incydentami oskarżeń i wyrzutów o spolegliwość i służalczość wobec Hitlera i jego otoczenia. W filmie jest znakomita scena erupcji gniewu córki T. Manna wobec "reżimowego" aktora Gustafa Grundgensa, pieszczocha nazistów, którego popisową, wielką rolą był Mefisto w "Fauście" Goethego. (Postać/historia tego aktora stała się kanwą filmu "Mefisto" z fantastyczną, wybitną rolą Klausa Marii Brandauera. [ten film/tę rolę TRZEBA widzieć] Film powstał na podstawie powieści Klausa Manna SYNA Tomasza Manna; sam aktor G. Grundgen, był szwagrem autora książki - mężem Eriki Mann, najstarszej córki Tomasza Manna, tej z która pisarz podróżuje w filmie).  

Im dłużej trwa podróż pisarza-noblisty przez zdemolowane wojną, rozdarte Niemcy, tym większa staje się świadomość T. Manna o wielopoziomowej degradacji, której uległa jego ojczyzna. Na domiar złego dotyka go także rodzinna tragedia, której praprzyczyną było zwycięstwo ZŁA. (W wyborach w 1933 roku NSDAP i Hitlera wsparło 43,9% Niemców). Jesteśmy świadkami tragedii Tomasza Manna: Niemca, intelektualisty-noblisty, ojca... 

"Ojczyzna" jest filmem kameralnym wymagającym skupienia, "czytania" między wierszami. Filmem trudnym w odbiorze, ale... warto :)

poniedziałek, 14 września 2026

"Vivaldi i ja" (Primavera), reż. Damiano Michieletto, FR/I 2025, PL 2026, film

"Vivaldi i ja" (Primavera), reż. Damiano Michieletto, FR/I 2025, PL 2026, film

Bardzo podobał mi się ten film. W mojej ocenie zasłużył na 8/10 w skali filmweb - bardzo dobry. Znakomite są zdjęcia, scenografia i oczywiście muzyka. Bardzo dobra, intrygująca jest fabuła. Wartka, opowiedziana w dobrym tempie osadzona w realiach obyczajowych i historycznych. Całość dopełnia wyważona postprdukcja, która moim zdaniem jest odpowiedzialna za znakomity kolor, zdjęcia w świetle świec, plus wysokiej jakości dźwięk. Dobry, włoski zespół nieznanych mi włoskich aktorek i aktorów dopełnia całość. (Oglądanie kinematografii innej niż amerykańska z nieznanymi aktorami niesie ze sobą powiew świeżości, wytchnienia, od znanych, ogranych twarzy). 

Jest w tym filmie praktycznie wszystko co powinno i może zachwycić każdego widza. Całość jest spójna, zwarta, momentami wręcz zachwycająca. Dość powiedzieć, że akcja filmu, pomimo, że nie jest to kryminał/sensacja/thriller zbudowana jest zgodnie z ogólnie znanym przepisem: "film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". Iście hitchcockowski jest także utrzymywany praktycznie przez cały film stan oczekiwania na rozwiązanie opowiadanej historii. 

Zaletą filmu jest także wstrzemięźliwość jego twórców w dozowaniu środków wyrazu. Reżyser przede wszystkim dba o to, aby konsekwentnie opowiadać fabułę. Nie idzie na łatwiznę epatowania nadmiarem zdjęć Wenecji, w której dzieje się całość filmu. Z wyczuciem dozuje dość obfite, ale ciągle zostawiające widza w niedosycie, porcje muzyki. Pozwala sobie wraz z operatorem na chwilę fantazji pokazując "dworskie" zabawy, eksponując fantazyjne stroje, peruki epoki baroku, ale służy to także podkreśleniu potężnych podziałów klasowych w ówczesnym społeczeństwie. W warstwie wizualnej dostrzegłem jak mi się wydaje reminiscencje vermeerowsko-hamiltonowskie. Skojarzenia z obrazami Vermeera, zwłaszcza tymi "muzycznymi", gdzie pojawiają się instrumenty muzyczne i zdjęciami Davida Hamiltona nie są nachalne. Nie są kopiowaniem obraz/zdjęcie a kadr filmu 1:1.  Dotyczą klimatu, estetyki, kompozycji i faktu, że portretowane przez mistrza z Delft były głównie kobiety, a w przypadku prac Davida Hamiltona młode kobiety, jak te filmie, stanowiły centralny obiekt jego zdjęć i filmów.

Podobnie jest z muzyką. Jest jej dużo, jest wspaniała, ale twórcy ponownie nie idą na skrót, łatwiznę. Tytułową, popularną "Wiosnę" z mocno eksploatowanych "Czterech pór roku" słychać tylko "pod" napisami końcowymi. Film wypełniają sonaty, koncerty i oratoria, gdzie w oryginalne dzieła Vivaldiego wpleciona jest muzyka ilustracyjna Fabio Massimo Capogrosso (Primavera [original soundtrack] TU). TO, czyli muzykę współgrającą z fantastycznymi, często bardzo dynamicznymi, pełnymi ekspresji zdjęciami znakomicie się ogląda. TO, w połączeniu z fabułą literalnie wbija w fotel. Czas staje w miejscu, a blisko 2h filmu mija błyskawicznie...

Szkoda, że o filmie nie słychać w mediach. Idźcie nie zwlekając. Moim zdaniem, bez wsparcia, reklamy, "Vivaldi i ja" szybko spadnie z ekranów. Nawet jeśli trafi do streamingu, to atutów dużego ekranu i znakomitego dźwięku nie zrównoważy, a tym bardziej nie przebije miękkość Waszej kanapy i przytulne wnętrze pokoju telewizyjnego :)

"Vivaldi i ja" błyszczy wewnętrznym balaskiem przypadkowo znalezionego klejnotu. Oglądajcie, podziwiajcie zanim zniknie!

sobota, 29 sierpnia 2026

"Dom z dwiema wieżami" (Huset med de två tornen), aut. Maciej Zaremba Bielawski, S/PL 2018, książka

"Dom z dwiema wieżami" (Huset med de två tornen), aut. Maciej Zaremba Bielawski, S/PL 2018, książka

Znajomy polecił mi tę książkę. Był ciekawy mojej opinii. Ja zaś byłem ciekawy jakości tego polecenia, gdyż była to pierwsza literacka rekomendacja od osoby, którą znam od bardzo dawna. Książka była niedostępna w mojej lokalnej bibliotece. Kupiłem i przeczytałem :)

Książka jest osobistym reportażem-wspomnieniem skomplikowanych losów rodziny autora. Podążanie za niełatwym śledztwem tropami członków rodziny Macieja Zaremby Bielawskiego nie miałoby dla mnie praktycznie żadnej wartości gdyby nie fakt, że rodzinna saga osadzona jest w realiach historycznych okresu od międzywojnia do czasów współczesnych i odnosi się do zagadnień, które dotyczą wszystkich nas Polaków: stosunków polsko-żydowskich, polsko-niemieckich, polsko-ukraińskich. Ta bardzo osobista, lub pośrednio osobista relacja wnosząca nowe, istotne elementy do mojej wiedzy na wyżej wymienione tematy stanowi dla mnie zasadniczą wartość tej książki. 

Jakiś czas temu przeczytałem książkę "Factfulness", aut. Hans Rosling, (TU) zwracającą zgodnie z rozbudowanym podtytułem uwagę/ostrzeżenie przed pułapką stereotypów, konieczności zastąpienia wiedzy obiegowej, wiedzą realną. Wierzę, że takie książki jak "Dom..." dostarczają elementów rozumianych jako kafelki puzzla do realnej, chociaż wynikającej z bardzo personalnych doświadczeń, wiedzy. Poniżej kilka z nich. 

Opisy stosunków panujących w oflagu są dla mnie pogłębieniem wiedzy o tym, że niemieckie obozy dla oficerów mogły mieć "cywilizowany" charakter. I chociaż nie podejrzewam dowódcy obozu w którym przebywał Oskar - ojciec autora, o szczególny afekt do Polski i Polaków ("Histeria i pogarda. Antypolonizm w Republice Weimarskiej", aut. Grzegorz Kucharczyk - [TU] ), to jednak kodeks, powiedzmy "rycerski", tudzież konieczność postępowania w myśl konwencji genewskiej, powodowały, że zgodnie z książką, paradoksalnie oflagi (te, zarządzane przez Wehrmacht) mogły być najlepszym miejscem do przetrwania wojny. 

"Dobrzy Niemcy" sprawili, że matka autora książki - Żydówka przeżyła wojnę wraz ze swoją matką. Jest tych, "dobrych Niemców" więcej niż TEN jeden, który ocalił Szpilmana, którego zna/o czym wie każdy Polak od czasu "Pianisty" :) 

Jest w tej książce dużo, dobrze i źle o nas, Polakach, o zachowaniu w czasie okupacji w odniesieniu do Żydów. Tak jak w przypadku relacji Polak-Niemiec, tutaj także są elementy stanowiące może nie tyle świeżą wiedzę, ile utwierdzenie się, że tak, mieliśmy kanalie-szmalcowników, ale w przewadze byli ci, którzy Żydów ratowali/pomagali. A nade wszystko było Polskie Państwo Podziemne, które odstrzeliwało szmalcowników. Podoba mi się w "Domu..." właściwe jak sądzę wyważenie proporcji: Polacy - źli/b. dobrzy/ci którzy chcą po prostu przeżyć. Ten okupacyjny polsko-żydowski wątek potwierdza coś co jest logiczne: nie byliśmy w 100% narodem bohaterów (jak domagają się tego dzisiejsi Żydzi). Zważywszy, że za pomoc/ukrywanie Żyda groziła w okupowanej Polsce śmierć, plus ilość "polskich" drzewek w Yad Vashem i tak stawia nas jako naród w absolutnym czubie Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. "Dom..." potwierdza: Polacy nie byli żydożercami. 

Na temat Żydów/okupacji przeczytałem kilka książek, które powstały, gdy słynną stała się kwestia zbrodni w Jedwabnym i ustawy "Just 447". (godną rekomendacji jest zwłaszcza "Jedwabne anatomia kłamstwa", aut. Ewa Kurek [TU]. "Dom..." stanowi naturalne uzupełnienie tych lektur.

Nie wiedziałem o nadal nie wiem zbyt wiele na temat roku 1968. "Dom..." zachęca do bliższego przyjrzenia się temu. Antyżydowska nagonka, atmosfera tamtych lat, rodzinne dramaty... To jest co najmniej intrygujące, zwłaszcza, gdy ma się w świadomości, że ówczesny aparat bezpieczeństwa, piony śledcze, zdominowany był (sięgam po AI) "przez Żydów od 37%  do blisko 49% na stanowiskach kierowniczych", a termin "żydokomuna" wszedł na stałe do terminologii opisującej lata 50-te/60-te. 

"Dom..." to także treściwa wzmianka o kampanii polsko-ukraińskiej 1918/1919 i jej okrucieństwach. O Wołyniu zamieszkałym przez 70% Ukraińców.  W szkole o tym nie uczyli... Będę musiał o tym poczytać. To (ponownie dla mnie) intrygujący fakt z naszej historii - odstępstwo od budowanego dzisiaj (w dużej mierze jak sądzę za sprawą ruskiej propagandy) stereotypu Ukrainy jako "sztucznego" państwa zaludnianego przez przypadkową zbieraninę różnych narodowości.
Jest tych puzzlowych kafelków jeszcze więcej jak chociażby niejednoznaczna postać Romana Dmowskiego, z jednej strony ojca polskiej niepodległości z drugiej zaś ideologa polskiego nacjonalizmu. Jednak szanując cierpliwość czytelników tego posta nie będę wymieniał kolejnych elementów układanki. Dodam, że mój szacunek budzi dociekliwość i ogrom wykonanej przez autora "Domu..." detektywistycznej roboty jaką było odtworzenie losów jego rodziny. Nie mniejsze uznanie należy się Maciejowi Zarębie Bielawskiemu za wysoki literacki poziom książki. Pomimo potężnego ciężaru gatunkowego rodzinnej historii, tekst dobrze i gładko się czyta, pomimo tego, że fabuła ma układ nieliniowy, a ja zdecydowanie preferuję narrację linearną.
I już na koniec dla tych, którzy wierzą w wartość nagród i wyróżnień. "Dom z dwiema wieżami" otrzymał w roku 2019 nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego kategoriach: Książka i Przekład Roku. Ma także moje klepnięcie :)
 

środa, 19 sierpnia 2026

"Zaułek koszmarów" (Nightmare Alley), reż. Guillermo del Toro, USA 2021, film

"Zaułek koszmarów" (Nightmare Alley), reż. Guillermo del Toro, USA, 2021, film

Skuszony gwiazdorską obsadą: Bradley Cooper, Cate Blanchett, Willem Dafoe, spodziewałem się czegoś co najmniej interesującego, może nawet intrygującego. Nic z tego! Film w moim odbiorze jest średni czyli 5 w skali filmweb. Ale...

Jest w nim spora dawka scen z Cate Blanchett. W moim przekonaniu jej postać jest wystylizowana mając za pierwowzór, inspirację postać Tamary Łempickiej, a bibeloty, meble, wnętrze w którym rozgrywa się większość scen z udziałem Cate Blanchett jest utrzymane w stylu art deco, którego ikoną jest właśnie T. Łempicka. Elegancja, stylizacja,  spójność poszczególnych kadrów zrobiła na mnie duże wrażenie. Te sceny (podobnie jak cały film) są znakomicie sfotografowane. Widać też duży udział postprodukcji w kreacji kolorów, nasycenia barwą. To się świetnie ogląda! Zdjęcia, kolor są mocną stroną tego filmu. Jednak cieniutki, niewiarygodny i naiwny wątek dramatyczny dyskwalifikuje ten film jako godny rekomendacji. Ale...

Jeśli wśród czytelników tego posta są fani twórczości Tamary Łempickiej lubiący estetykę art deco, to warto jest się pomęczyć. Cate Blanchett pojawia się mniej więcej w połowie filmu. Jest zjawiskowa :)

sobota, 15 sierpnia 2026

"Troublesome Young Men: The Rebels Who Brought Churchill to Power and Helped Save England". aut. Lynne Olson, USA, 2008. książka

"Troublesome Young Men: The Rebels Who Brought Churchill to Power and Helped Save England". aut. Lynne Olson, USA, 2008. książka

Siedzieliśmy u dawno niewidzianych znajomych sącząc single malty. Nominalnie właśnie po to się spotkaliśmy. Gospodarz postanowił uszczuplić SWOJE zapasy szlachetnego destylatu, a zaproszeni goście, w tym ja, mieli się walnie do tego przyczynić. Prowadzona w trakcie degustacji rozmowa zataczała obszerne kręgi, gdzie jednym z tematów była historia II-giej Wojny. Padło nazwisko Lynne Olson, amerykańskiej dziennikarki i autorki specjalizującej się w historii II-giej Wojny. Natychmiast przypomniałem sobie przeczytaną wiele lat temu, znakomita książkę napisaną wraz ze Stanleyem Cloudem pt. "A Question of Honor. The Kosciuszko Squadron. Forgotten Hersoes of World War II" (Sprawa Honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski. Zapomniani Bohaterowie II Wojny Światowej). Książka, którą przeczytałem w oryginale i jakiś czas później w przekładzie na polski bardzo mi się podobała. To świetnie, detalicznie opowiedziana historia udziału polskich pilotów w Bitwie o Anglię ze szczególnym uwzględnieniem przyczyn niesłychanej, śmiertelnej skuteczności Dywizjonu 303 w starciach z Luftwaffe. Autorzy potraktowali polskich pilotów z wyjątkową atencją nie szczędząc słów dezaprobaty dla angielskiego rządu i Anglików, którzy nie tylko nie zaprosili Polaków do parady zwycięstwa, ale także wszelkimi możliwymi sposobami starali się ich pozbyć z Wysp. Pilotów-bohaterów, których chwilę wcześniej wielbili, byli gotowi nosić na rękach... 

Jak się okazało gospodarz miał okazję poznać osobiście Lynne Olson, a przy okazji stał się właścicielem "Troublesome Young Men" w twardej oprawie, wraz z imienną dedykacją autorki. Książka trafiła w moje ręce. 

Podobała mi się. Początek lektury nie był łatwy, zachęcający. Autorka wprowadzając czytelnika w historię wyniesienia Churchilla na urząd premiera szczegółowo opisuje życiorysy, środowisko, koligacje kolejnych, tytułowych "rebeliantów". Sypią się nazwiska, tytuły, nazwy posiadłości, wzajemne powiązania i zależności. Moja wiedza na temat ówczesnej, brytyjskiej klasy politycznej była żadna. Większość opisywanych postaci była mi zupełnie obca, wręcz obojętna. Jednak w miarę postępów w lekturze zaczynała pochłaniać mnie atmosfera towarzysząca defetyzmowi rządu Chamberlaina prowadzącego politykę ustępstw (appeasement), jego słynnej deklaracji po powrocie z Berlina (wrzesień 1938): "Przywiozłem wam pokój z honorem. Wierzę, że to pokój dla naszych czasów". Lynne Olson analizuje także, i jest to szalenie ciekawe, ciężką atmosferę "fałszywej wojny", która stopniowo uświadamiała angielskiemu społeczeństwu fałsz "snów o potędze" propagowanych przez spolegliwe wobec rządu media. Jest w tej książce miejsce także dla Polski. Autorka bezwzględnie piętnuje brytyjski rząd za bezczynność, brak podjęcia działań zbrojnych w ślad za wypowiedzeniem Niemcom wojny, do czego zobowiązywał Wielką Brytanie (i Francję) traktat z Polską. Bolą krótkie, ale sugestywne opisy euforii mieszkańców Warszawy wiwatujących pod ambasadami Francji i Wielkiej Brytanii na wieść o wypowiedzeniu przez sojuszników wojny. Złość i gorycz towarzyszy relacjom o brawurowych akcjach polskiej armii, która za wszelką cenę chciała powstrzymać Niemców przez co najmniej 2 tygodnie, bo wówczas, po dwóch tygodniach właśnie, w myśl traktatów, do działań miały przystąpić armie Anglii i Francji. Zamiast sojuszników Polska ujrzała na wschodniej granicy najeźdźców ze wschodu (17 wrzesień 1939)...

Markowi Twainowi przypisuje się powiedzenie: "Historia może się nie powtarzać, ale się rymuje". Zbieżność polityki ustępstw wobec Hitlera z brakiem twardego stanowiska wobec Putina/wojny na Ukrainie jest oczywista. Świat popełnia dzisiaj te same błędy, które zrobiono, gdy do władzy doszedł Hitler. Książka "Troublesome Young Men" jest z jednej strony analizą tych błędów, z drugiej zaś dowodem, że kilku prawych, odważnych polityków było w stanie dokonać przełomu, rebelii, przestawić Wielką Brytanię, jej gospodarkę, społeczeństwo na bezwzględną walkę  z niemiecką agresją. Zanim to nastąpiło pozwolono jednak deptać Hitlerowi wszelkie umowy, przyglądając się biernie łamaniu postanowień traktatu wersalskiego, militaryzacji Nadrenii, wchłonięciu Austrii, stopniowej likwidacji Czechosłowacji. A potem? Potem był 1-szy września 1939 - początek II Wojny Światowej. Jednak trzeba było jeszcze nieudanej kampanii norweskiej (kwiecień 1940) i niesławnej ewakuacji spod Dunkierki (maj/czerwiec 1940) zanim Winston Churchill został premierem (10 maja 1940) i obiecując "krew, pot i łzy" rozpoczął, wraz z aliantami, żmudną drogę do zwycięstwa. Ciekawe co jeszcze musi zrobić Putin, żeby świat zjednoczył się przeciw niemu... Zdetonować bombę atomową? 

Mogę rekomendować "Troublesome Young Men" tym, którzy interesują się zarówno historią jak i meandrami polityki. Ta książka jest także głęboką analizą ludzkich postaw i zachowań grupy relatywnie młodych ludzi, którzy ryzykując swe kariery polityczne dokonali wyłomu w partii do której należeli (Partia Konserwatywna; Torysi) co w przypadku  niepowodzenia rebelii równoznaczne było z politycznym samobójstwem.

Jak zaznaczyłem wyżej przeczytałem książkę w oryginale. Dopiero teraz pisząc tego posta widzę, że książka została przetłumaczona na język polski. Wygląda na to, że było tylko jedno polskie wydanie i jeśli jest dostępna to tylko jako używana. Właśnie kliknąłem jej kupno :) Piszę o tym, o czytaniu w oryginale, gdyż jakiś czas temu, w ramach treningu/podtrzymania znajomości języka, podjąłem postanowienie czytania wybranych anglojęzycznych książek w oryginale właśnie. To fajny trening, wręcz przyjemność. Do tej pory nie było to zbyt duże wyzwanie. W przypadku "Troublesome Young Men" jest zgoła inaczej. Użyty tutaj język angielski nie jest prostym angielskim-amerykańskim, czy typowym powieściowym angielskim. Mam wręcz wrażenie, że w przypadku TEJ książki autorka pokusiła się o stylizację języka na angielszczynę z "wyższych sfer". Książka dotyczy polityki, a tę uprawiali absolwenci Oxford, Eaton, Harrow, czyli elitarnych brytyjskich uczelni, gdzie zdobywała wiedzę klasa wyższa - klasa rządząca (ruling class). Ponadto książka zawiera wiele terminów, idiomów, określeń, które nie są oczywiste w tłumaczeniu na polski, gdyż często ich znaczenie odnosi się do czysto brytyjskich tradycji parlamentarnych, obyczajowych. Język tej książki jest zupełnie inny, trudniejszy (dla mnie) niż język wcześniej przeczytanej książki tej samej autorki - "A Question of Honor". Domyślając się, chociaż to ryzykowne, że jest to świadomy zabieg stylistyczny mający na celu lepsze oddanie atmosfery, reguł w myśl których funkcjonowała brytyjska upper class, chylę czoła przed kunsztem literackim Lynne Olson. Dlatego też rekomenduję oryginalną wersję tej książki wszystkim tym, którzy znajdują przyjemność w poszerzaniu swojej wiedzy nie tylko historycznej, ale także językowej. Jednak ostrzegam. Łatwo nie było :)

A zapasy single malts? Coś tam zostało... Gospodarz zapewnił, że wkrótce będziemy kontynuować dzieło zniszczenia :)

piątek, 7 sierpnia 2026

"Odyseja" (The Odyssey), reż. Christopher Nolan, USA, GB, 2026, film

"Odyseja" (The Odyssey), reż. Christopher Nolan, USA, GB, 2026, film


Byliśmy w kinie w trójkę. Bezpośrednio po seansie nieunikniona była szybka wymiana opinii na temat filmu. Moi znajomi krzywili się na "kwadratową" grę kreującego główna role Matta Damona, ja zaś krytykowałem pomysł dosłownego potraktowania tekstu Odysei. W zasadzie nie lubię prób oceny filmu (książki/muzyki itp.) bezpośrednio po jego obejrzeniu. Wole dać dziełu chwilę na spokojny "pobyt" w głowie, pozwolić mu na zagnieżdżenie się w myślach. Wówczas, w chwilach kiedy pozwalam sobie na komfort "myślenia o niczym", owo zagnieżdżone dzieło często wraca do mnie wędrując w nieskrępowany sposób po meandrach pamięci wywołując skojarzenia, przywołując myśli/obrazy, wytyczając inną niż wcześniej, bezpośrednio w trakcie w trakcie/po seansie, ścieżkę dotarcia do moich emocji. Lubię ten stan, bawi mnie ten proces. Być może taki sposób oceny jest zwodniczy, wiodący na manowce. Jednak jeśli po upływie kilku dni potrafię przywołać konkretne obrazy, przypomnieć sobie atmosferę wybranych scen, być może nawet zanucić kilka akordów muzyki, to jest to dla mnie sygnał, że dane dokonanie wyrasta (dla mnie) ponad przeciętność.

"Odyseja" nie budzi we mnie takich emocji. Rozczarował mnie. Miałem zdecydowanie większe oczekiwania, nadzieje z produkcją reżysera, który zrobił m.in. "Interstellar", "Oppenheimera", "Dunkierkę". W moim odbiorze film zasługuje na ocenę "średni", czyli 5 w 10-cio punktowej skali filmweb.

Rację mieli moi znajomi uważając, że Matt Damon nie uniósł roli Odyseusza. Oniryczność postaci Odyseusza wymaga moim zdaniem innego, szerszego aktorskiego emploi. Jaka jest specjalność Matta Damona każdy wie. Christopher Nolan pewnie też :) Mógł zatrudnić jakiegoś "kaskadera" chociażby do scen z Kalipso, gdzie Odys pasiony kwiatami lotosu odleciał w niebyt na całe 7 lat zapominając o Penelopie. I nic dziwnego. Kalipso owszem, owszem :) Wiele scen, nie tylko w tym wątku, kręconych było w zbliżeniach, a te zdecydowanie nie służyły Mattowi Damonowi.

Wydaje mi się, że największym błędem Ch. Nolana jest dosłowne potraktowanie tekstu Odysei. (Zaznaczam, że nigdy nie czytałem Iliady i Odysei; to co wiem o ich treści to różnego rodzaju skróty, streszczenia i odniesienia). Zdjęcia starcia z Cyklopem, transformacja towarzyszy Odysa przez Kirke, groza Charybdy i Scylli wyglądają nieudolnie, groteskowo, gdyż jakość efektów specjalnych (po chwili zastanowienia - Scylla jako spec efekt ujdzie) jest poniżej standardów wyznaczonych przez współczesne produkcje z kategorii fantasy. Raził mnie także epizod z Cyklopem Polifemem, a w nim odbiegające od oryginału, wyjaśnienie sposobu w jaki Odys wraz z towarzyszami uciekł z jaskini tej paskudy. Cały ten wątek potraktowany jest aż nadto pobieżnie. Z filmu nie wynika, że Polifem będący synem Posejdona i figlarnej nimfy Toosy, po oślepieniu przez Odysa i jego kompanów, poprosił tatusia o wsparcie. Ten zaś skazał Odysa wraz z kolegami na dziesięcioletnią tułaczkę po bezkresie Morza Egejskiego, proponując w pakiecie all inclusive szereg różnorakich atrakcji. Club Med w pierwotnej postaci :)  

Próba ekranizacji Odysei przez Ch. Nolana nie jest pierwsza i jedyna. Nie widziałem wcześniejszych, ale też nie słyszałem, żeby poprzednie próby odniosły znaczący sukces. Widać przeniesienie na ekran uznanych za arcydzieła literatury greckich eposów łatwe nie jest. Warto wspomnieć, że właśnie problemy ze scenariuszem do filmu "Odyseusz" są punktem wyjścia do "Pogardy" (1963) Jean-Luc Godarda/(Bradot/Piccoli), filmu uważanego przez wiele autorytetów za wybitny. 

Jedyną znaną mi osobą, której dosłowne odczytanie zwłaszcza Iliady (i Odysei) i nie mniej dosłowna jej interpretacja przyniosła sukces jest niejaki Heinrich Schliemann - archeolog amator. W czasie, kiedy wojnę trojańską uznawano za legendę, potraktował wskazówki/opisy zawarte w eposach z pełną powagą. W rezultacie rozkopał (1870 r) wzgórze Hissarlik (dzisiaj Turcja) kryjące ruiny Troi, a chwilę potem (1874 r) z powodzeniem prowadził wykopaliska w Mykenach znajdując tzw. "skarb Agamemnona".

Oczywistym zarzutem wobec reżysera jest jawna prowokacja jaką jest obsadzenie czarnej aktorki w roli Heleny Trojańskiej. Żeby ona przynamniej ładna była, lub miała w twarzy coś, czego nie ma żadna inna(1)... Ten pomysł-prowokacja byłby nawet fajny, mocniejszy, gdyby w miejsce Heleny stanął Heniek :) Wówczas... Skowyt, literalny Koniec Świata! Bo właśnie wydaje mi się, że Nolanowi w rezultacie, co wybrzmiewa w końcówce filmu, chodzi o koniec świata, takiego jaki znamy, znaliśmy. Christopher Nolan, który jest także autorem scenariusza dopisuje moim zdaniem do przesłań niesionych przez "Odyseję" swoje przemyślenia, jęki i utyskiwania nad kondycja współczesnego świata. Czyli, to nadal moje zdanie, przez 99% procent czasu ekranowego cytuje praktycznie dosłownie "Odyseję", aby na końcu odnieść się do bieżących problemów naszej cywilizacji, ze szczególnym wskazaniem, jak sądzę, na "wędrówkę ludów" - imigrację. 

Moim zdaniem sposób w jaki reżyser/autor scenariusza zamyka historię Odyseusza jest zgrzytem koncepcyjnym, pęknięciem "doklejonym" do tego czym jest "Odyseja" (której jak zaznaczyłem na początku nie czytałem) w swoim oryginalnym tekście, swoim przesłaniu. 

"Odyseja" jest w jakimś stopniu moralitetem. Wśród wielu humanistycznych wskazówek/przesłań jest i ta odnosząca się do nakazu gościnności. Źródłem tego prawa był  Zeus. Gościnność jako cnota wielokrotnie eksponowana jest w "Odysei". Penelopa nie śmiała postępować wbrew boskiej woli. Karmiła i poiła rzeszę zalotników przez 10 lat nieobecności swojego męża (w sumie Odyseusz był poza domem 20 lat; oblężenie Troi 10 i 10 lat powrót). Tak! To jak traktujemy gości jest wyznacznikiem poziomu kultury, miarą człowieczeństwa. Jednakże boskich praw muszą przestrzegać także goście. Są goszczeni tak długo, jak długo nie zaczną łamać boskich nakazów, domowego miru - podstawy harmonii i szczęścia. Gdy goście-zalotnicy naruszyli pakt o nieagresji pozwalający Penelopie tkać i pruć, a im czekać i biesiadować, wracający z przydługiego, żeglarskiego wypadu :) gospodarz wraz synem i wiernymi służącymi bezwzględnie przywrócił porządek. Howgh! Tu powinien nastąpić koniec, ale film trwa dalej, a to co jest w tym "dalej" pogłębia moją ujemną ocenę "Odysei" by Christopher Nolan. 

Pójdziecie, obejrzycie, będziecie mieli własną opinie. Jak zwykle do tego zachęcam, przy okazji przypominając że: film jest dluuuuugi, w klimatyzowanych kinach (byłem w Kinotece) jest chłodno. Nie pijcie kawy przed seansem i zabierzcie ze sobą lekki polar :)

foto Steve McCurry
(1) Gdy dumałem nad kategoriami "wyróżniającej inności", pamięć podrzuciła mi zdjęcie "Afgańska dziewczyna" z okładki NatGeo z 1985 roku, którego autorem jest Steve McCurry. (TU) historia Sharbat Guli, dziewczyny ze zdjęcia.



foto Fundatorres
(2) Prośba. Na platformie crowdfundingowej "Funadatorres" trwa zbiórka na operację zdeformowanej prawej ręki małej Milenki (TU)  Rozważcie proszę możliwość wzięcia udziału w tej zbiórce. Każda, nawet niewielka kwota ma znaczenie. Ja oczywiście już się dorzuciłem :)
Jeśli uważacie za stosowne podajcie info o zbiórce dalej.
Więcej o Milence >>>> TU
                                >>>> TU