Chorwacja, kwiecień/maj 2026, żeglarskie
 |
| Morski, wieczorny klimat [foto Mali] |
Byłem w Chorwacji jakiś czas temu (
TU). Nie żałowałem wówczas decyzji o wyjeździe, wzięciu udziału w typowo szkoleniowym rejsie, który z racji swojej specyfiki nie był żeglarsko ekscytujący. Decydując się na wyjazd w tym roku popełniłem błąd. Znaczący. Otóż kiedy skontaktował się ze mną uczestnik poprzedniego wyjazdu z propozycją wzięcia udziału w tygodniowym. żeglarskim wypadzie, na żaglowym (a jakże!) jachcie (
TU), nie przyszło mi do głowy dopytać o sposób poruszania się wzdłuż wybrzeża Chorwacji: na żaglach, czy na silniku... Wydawało mi się oczywiste, że czarterując jacht żaglowy będziemy ŻEGLOWAĆ, a silnik będzie służył głównie do manewrowania. Ten błąd był praprzyczyną szeregu niesnasek, większych i mniejszych zgrzytów pomiędzy załogą, która w większości preferowała przemieszczanie się "na silniku". To co na jachcie pozostaje na jachcie. Nie będę zatem kontynuował tego tematu. Zwracam jednak, ku przestrodze, uwagę na popełniony przeze mnie błąd, którego konsekwencje ważyły na całym rejsie... Może dzięki temu ktoś z czytających tego posta ominie tę rafę :)
 |
Jazda pod żaglami to prawdziwy fun.
|
Oczywistym było, że propozycja wzięcia udziału w rejsie nie była wynikiem sentymentów. Organizator szukał wśród znajomych chętnych do wyjazdu, aby podzielić koszty eskapady. Spytałem, czy mogę zaproponować udział mojemu kumplowi
- Malinie. I w ten sposób wmanewrowałem Malinę w nieomal motorowodniacki, w miejsce żeglarskiego, wyjazd :(
Tym razem wyjazd miał być typowo turystyczny. Poza morskim żeglowaniem chciałem doświadczyć fenomenu Chorwacji - kraju, w którym branża turystyczna generuje około 20-25% PKB (w zależności od metodologii) co jest jednym z najwyższych europejskich wskaźników. Kraju, który od około 20 lat stał się jednym z najważniejszych dla Polaków miejsc spędzania wakacji. Dość szybko okazało się, że opowieści o "uroczych, kameralnych zatoczkach" są prawdą, ale... Gdy poznało się jedną z nich to praktycznie każda kolejna jest prawie identyczna z tą pierwszą :) Kameralność jest wielce problematyczna, gdyż tam gdzie ładnie, spokojnie i głębokość pozwala na rzucenie kotwicy stoi zwykle kilka jachtów... Temperatura wody na przełomie kwietnia/maja nie zachęcała do zbyt długiego, intensywnego pławienia się bez pianki... Tym co przyciągało moją uwagę, wzbudzało zachwyt była nieprawdopodobna malowniczość licznych miasteczek położonych na zarówno na stałym lądzie, jak i na niepoliczalnych wyspach i wysepkach z których słynie wybrzeże dalmatyńskie, które obecnie praktycznie w całości należą do Chorwacji.
 |
| Wnętrze kościoła św. Donata |
 |
| Kościół św. Donata IXw. |
Pobieżna, bardziej świadomość niż wiedza o pogmatwanej historii całego basenu Morza Śródziemnego, gdzie w przypadku Dalmacji rządzili Grecy, Rzymianie, potem Bizancjum zastąpione rządami Wenecjan, których wkrótce wyparły Austro-Węgry, nie była w stanie uchronić mnie przed zaskoczeniami takimi jak architektura kościoła św. Donata w Zadarze, zjawiskowe Stare Miasto w Trogirze, czy liczne kościoły z monumentalną kamienną katedrą w Sibeniku na czele. Każdy spacer niezależnie od pory dnia dostarczał nowych wrażeń. A przecież nie byliśmy w Dubrowniku i Splicie, miastach-portach uznawanych za wizytówki Dalmacji...
 |
Faceci w "uniformach" mają branie:) Mali odrzuca awanse będącej na panieńskiej eskapadzie Polki prezentując przesłanie: "I don't need therapy, I just need my boat".
|
A wszystko to w wakacyjnej, wyluzowanej atmosferze południa Europy, w miejscach, gdzie szmaragd morza podkreślony bielą skał wybrzeża miękko przechodzi w błękit nieba, którego horyzont znaczą białe plamki niezliczonych wysp. Mieliśmy to szczęście, że przełom kwietnia/maja nie jest turystycznym szczytem. Starówki miast i miasteczek które odwiedziliśmy nie były jeszcze zatłoczone. Ludzi, zwłaszcza w weekend było jednak sporo. Najlepszą porą na spacery po wąskich uliczkach starówek były godziny przedpołudniowe.
Tydzień, (w sumie 2, licząc z poprzednim wyjazdem) w Chorwacji to zdecydowanie za mało, żeby zrozumieć turystyczny fenomen tego kraju, ale wystarczająco długo, żeby chcieć tu wracać. Myślę jednak, że ewentualny kolejny wyjazd nie powinien być w 100% dedykowany pobytowi na jachcie. Być może ciekawą odmiana byłby wyjazd wczesną jesienią, po zakończeniu sezonu turystycznego? Wyobrażam sobie, że wówczas temperatura wody bardziej zachęca do uprawiania wszelkich sportów wodnych, zwłaszcza windsurfingu, lub/i żeglowania w sportowym stylu na lekkich jedno-dwuosobowych żaglówkach. Taki wyjazd powinien być jak sądzę dłuższy niż typowy tygodniowy wypad w (prawie) wysokim sezonie. Wiele lat temu miałem okazję być na Rodos w miejscu, które nazywa się Prasonisi (
TU) Wówczas było to nieomal dzikie miejsce dedykowane windsurferom. 2-3 niewielkie hoteliki, sklep, 2 wypożyczalnie sprzętu, w tym jedna polska, oraz słynna wówczas, tuż przy plaży restauracja "U Louisa", w której stołowała się większość Polaków. Zero turystów. Sami windsurferzy i pojedyńczy wówczas kitesurferzy. Zero leżaków na plaży, parasoli. Wiatr, plaża, słońce i woda. Czy są jeszcze takie miejsca? W Chorwacji?