czwartek, 19 lutego 2026

"Wichrowe wzgórza" (Wuthering Heights), reż. Emerald Fennell, USA, GB 2026, film, w kinach

"Wichrowe wzgórza" (Wuthering Heights), reż. Emerald Fennell, USA, GB 2026, film, w kinach

Byłem, widziałem, wyszedłem więcej niż rozczarowany. Oceniam film na 3/10 w skali filmweb, czyli "słaby". Przez chwilę zastanawiałem się nad deczko wyższą notą - 4 (ujdzie), ale pomyślałem, że owo "ujdzie" mogłoby jednak zachęcać do obejrzenia filmu. W moim przekonaniu ocena "słaby" jednoznacznie wskazuje, że nie warto poświęcać ponad 2h na obejrzenie czegoś, co jest moim zdaniem ewidentną fuszerką.

Nie jestem obyty w "romansowym" gatunku. Nie czytałem "Wichrowych wzgórz" i raczej nie przeczytam. Nie mam pojęcia na ile ten film jest wierną, lub nie, ekranizacją książki. Moje zastrzeżenia i niska ocena filmu wynika z istoty dokonania jakim jest film rozumiany jako finalny produkt, na który składają się: zdjęcia, scenografia, aktorzy/ich gra, muzyka, fabuła itp., i jego, filmu, działanie na moje emocje.

Nie, to nie jest tak, że film mnie nie poruszył!  Przeciwnie! Były w nim sceny, które mocno mnie rozbawiły, chociaż nie były zapewne pomyślane jako zabawne. Gdy jeden z kadrów przywołał (u mnie) scenę z "Fatalnego zauroczenia", tę, w której Glenn Close wynurza się z wanny, nie mogłem wrócić do "normalnego" oglądania. Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi pomysły w wyniku których "Wichrowe Wzgórza" z melodramatu stają się jego parodią ciążąc w kierunku parodii erotycznego thrillera... 

Nie, to nie efekt mojej chorej/bujnej wyobraźni. Przyczyną jest niebezpieczne naruszanie przez twórców filmu granicy pomiędzy sztuką a kiczem, w rezultacie czego "Wichrowe Wzgórza" mogą być odebrane jako pastisz, a przy drobnych modyfikacjach łatwo mogą stać się parodią gatunku.

Film jest zrealizowany w estetyce południowo-amerykańskich telenowel. Dotyczy to zwłaszcza warstwy wizualnej: scenografii, zdjęć/ich kadrowania. Baśniowo-nierealny klimat potęgowany jest nadmiernym użyciem technik komputerowych. Postprodukcja widoczna jest praktycznie wszędzie. Kreowanie baśniowej rzeczywistości jest drażniące od nieomal pierwszych kadrów. Im dalej w film, tym bardziej przeszkadzało mi to w podążaniu za głównym wątkiem jakim jest jak sądzę splot miłości i nienawiści, bezkompromisowy romans prowadzący do druzgocącej tragedii. Klasa aktorów, chociaż lepsza niż w telenowelach nie dorównuje kunsztowi prezentowanemu przez przywołaną wcześniej Glenn Close i  Michaela Douglasa. Skojarzenie z typowym dla produkcji telenowel motywem "kopciuszka" wmanewrowanego w namiętną, nieprawdopodobną miłość pogłębiany jest sztampową grą aktorów...

Na pocieszenie inwestorów, którzy sfinansowali "Wichrowe Wzgórza" informuje, że widzę szansę na wycofanie wkładu, być może nawet na zysk. Należy bezzwłocznie oddać to "dzieło" w ręce panów (o ile jeszcze żyją) z Latającego Cyrku Monty Pythona, którzy po drobnych modyfikacjach są w stanie zrobić z niego gatunkową super parodię. Jeśli będą chcieli wykorzystać mój "fatalnozauroczeniowy" pomysł - proszę bardzo - free-of-charge.

Po seansie, gdy rozglądałem się po sali sprawdzając, czy wszystkim, podobnie ja mnie śmieją się pysie, dostrzegłem jedną zapłakaną nastolatkę. Spłakała się ze śmiechu, czy z żalu nad losem kochanków?  Nie spytałem... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz