"Vivaldi i ja" (Primavera), reż. Damiano Michieletto, FR/I 2025, PL 2026, film
Bardzo podobał mi się ten film. W mojej ocenie zasłużył na 8/10 w skali filmweb - bardzo dobry. Znakomite są zdjęcia, scenografia i oczywiście muzyka. Bardzo dobra, intrygująca jest fabuła. Wartka, opowiedziana w dobrym tempie osadzona w realiach obyczajowych i historycznych. Całość dopełnia wyważona postprdukcja, która moim zdaniem jest odpowiedzialna za znakomity kolor, zdjęcia w świetle świec, plus wysokiej jakości dźwięk. Dobry, włoski zespół nieznanych mi włoskich aktorek i aktorów dopełnia całość. (Oglądanie kinematografii innej niż amerykańska z nieznanymi aktorami niesie ze sobą powiew świeżości, wytchnienia, od znanych, ogranych twarzy).Jest w tym filmie praktycznie wszystko co powinno i może zachwycić każdego widza. Całość jest spójna, zwarta, momentami wręcz zachwycająca. Dość powiedzieć, że akcja filmu, pomimo, że nie jest to kryminał/sensacja/thriller zbudowana jest zgodnie z ogólnie znanym przepisem: "film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". Iście hitchcockowski jest także utrzymywany praktycznie przez cały film stan oczekiwania na rozwiązanie opowiadanej historii.
Zaletą filmu jest także wstrzemięźliwość jego twórców w dozowaniu środków wyrazu. Reżyser przede wszystkim dba o to, aby konsekwentnie opowiadać fabułę. Nie idzie na łatwiznę epatowania nadmiarem zdjęć Wenecji, w której dzieje się całość filmu. Z wyczuciem dozuje dość obfite, ale ciągle zostawiające widza w niedosycie, porcje muzyki. Pozwala sobie wraz z operatorem na chwilę fantazji pokazując "dworskie" zabawy, eksponując fantazyjne stroje, peruki epoki baroku, ale służy to także podkreśleniu potężnych podziałów klasowych w ówczesnym społeczeństwie. W warstwie wizualnej dostrzegłem jak mi się wydaje reminiscencje vermeerowsko-hamiltonowskie. Skojarzenia z obrazami Vermeera, zwłaszcza tymi "muzycznymi", gdzie pojawiają się instrumenty muzyczne i zdjęciami Davida Hamiltona nie są nachalne. Nie są kopiowaniem obraz/zdjęcie a kadr filmu 1:1. Dotyczą klimatu, estetyki, kompozycji i faktu, że portretowane przez mistrza z Delft były głównie kobiety, a w przypadku prac Davida Hamiltona młode kobiety, jak te filmie, stanowiły centralny obiekt jego zdjęć i filmów.
Podobnie jest z muzyką. Jest jej dużo, jest wspaniała, ale twórcy ponownie nie idą na skrót, łatwiznę. Tytułową, popularną "Wiosnę" z mocno eksploatowanych "Czterech pór roku" słychać tylko "pod" napisami końcowymi. Film wypełniają sonaty, koncerty i oratoria, gdzie w oryginalne dzieła Vivaldiego wpleciona jest muzyka ilustracyjna Fabio Massimo Capogrosso (Primavera [original soundtrack] TU). TO, czyli muzykę współgrającą z fantastycznymi, często bardzo dynamicznymi, pełnymi ekspresji zdjęciami znakomicie się ogląda. TO, w połączeniu z fabułą literalnie wbija w fotel. Czas staje w miejscu, a blisko 2h filmu mija błyskawicznie...
Szkoda, że o filmie nie słychać w mediach. Idźcie nie zwlekając. Moim zdaniem, bez wsparcia, reklamy, "Vivaldi i ja" szybko spadnie z ekranów. Nawet jeśli trafi do streamingu, to atutów dużego ekranu i znakomitego dźwięku nie zrównoważy, a tym bardziej nie przebije miękkość Waszej kanapy i przytulne wnętrze pokoju telewizyjnego :)
"Vivaldi i ja" błyszczy wewnętrznym balaskiem przypadkowo znalezionego klejnotu. Oglądajcie, podziwiajcie zanim zniknie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz