sobota, 29 kwietnia 2023

"Dziady i dybuki", aut. Kurski Jarosław, PL 2022, książka

"Dziady i dybuki", aut. Kurski Jarosław, PL 2022, książka

Książka została mi pożyczona, a w trakcie procesu pożyczania okraszona podwójną, wielce pozytywną rekomendacją. Jestem pewien, że gdyby nie polecenie nie byłym świadomy istnienia tego tytułu, zaś bez rekomendacji nigdy bym po nią nie sięgnął. Panowie Kurscy niezależnie czy Jacek, czy Jarosław nie są osobami których osobiste wynurzenia uważam(ałem) za atrakcyjne. W każdym razie nie na tyle, żeby mierzyć się z liczącą niebagatelne 472 strony książką. Książka leżała więc sobie, a ja zabierałem się do niej jak pies do jeża. Trącałem ją, czytałem parę kartek o babciach, prababciach i towarzyszących im dziadkach i odkładałem "na później". Fakt, że w wyniku badania swojego drzewa genealogicznego autor odkrył żydowski rodowód nie był dla mnie żadną zachętą do dalszej lektury. Dla autora-odkrywcy miało to jednak znaczenie, gdyż jak już napisałem książka liczy 472 strony, więc fascynacja przodkami, ich historią była jednak potężną siłą dającą Jarosławowi Kurskiemu moc energii do dalszych żmudnych badań. Ze znacznym mozołem brnąłem dalej. Bardzo rzadko rezygnuję z doczytania do końca rozpoczętej książki. Teraz też nie porzuciłem lektury. Zaskoczyłem! Stało się to po przebrnięciu kilkudziesięciu stron, kiedy bardzo osobiste rodzinne wątki zostały umieszczone na tle ówczesnej historii (głównie międzywojnie), a tematem dominującym stała się droga do polskości rodziny Jarosława Kurskiego. Rzecz działa się głównie na Podolu, który był tyglem, w którym w wyniku historycznych zaszłości stapiały się kultury: polska, żydowska i ukraińska. Moja wiedza na ten temat była praktycznie żadna (nadal jest niewielka). Nigdy wcześniej nie czytałem jak przebiegał proces asymilacji kulturowej i religijnej w ówczesnej Polsce. Jakie technikalia były wprzężone w proces konwersji Żydów na wiarę chrześcijańską, jak konwertyci odnajdowali się w sytuacjach kiedy wypierając poprzednią wiarę/pochodzenie stawali się gorliwymi wyznawcami nowej religii. Jak budowali nową tożsamość. Jednak tym co najbardziej popychało mnie do dalszej lektury był nieprawdopodobny wręcz splot osobistej, rodzinnej historii z historią Polski, która właśnie wróciła na mapy Europy. Dość wspomnieć, że przodkowie Jarosława Kurskiego byli właścicielami majątku w Woli Okrzejskiej, miejsca urodzenia Henryka Sienkiewicza (teraz jest tam muzeum). Osoba autora "Trylogii" była mocno związana endecją reprezentowaną przez Romana Dmowskiego, którego poglądy na temat kształtu Polski kontestował w Londynie niejaki Lewis Bernstein Namier urodzony właśnie w Woli Okrzejskiej, członek rodziny autora "Dziadów i dybuków". Pomimo tego, że urodził się w spolonizowanej rodzinie żydowskiej, już sam, jako dorosły z własnej woli został Żydem, który za zasługi dla Imperium Brytyjskiego (był historykiem badającym m.in. dzieje brytyjskiej arystokracji) otrzymał z rąk królowej Elżbiety tytuł rycerski. Co ważne był także doradcą premiera Lloyda Georga, specem od Europy Środkowo-Wschodniej i praktycznie architektem "linii curzona". Nigdy wcześniej nie słyszałem o Lewisie Bernsteinie Namierze (więcej o nim  TU) jego znaczeniu dla brytyjskiej polityki w odniesieniu do Polski. Tylko jego historia, w tym przyczyna dla której wrócił do judaizmu i stał się czynnym syjonistą była warta czasu poświęconego na lekturę "Dziadów i dybuków".  A przecież nie jest to jedyny intrygujący, chociaż być może najciekawszy wątek dotyczący licznych przodków Jarosława Kurskiego. 

Większość do której się zaliczam wie niewiele lub nic na temat wspólnej historii Ukraińców, Żydów i Polaków. W szkolnych podręcznikach o tym nie pisano, w mediach także było cicho. Teraz, kiedy zaczęto uzupełniać te braki odbywa się to w atmosferze skandalu, oskarżeń służących bardziej doraźnym potrzebom walki politycznej niż rzetelnym wypełnianiem luk w naszej wiedzy. Rekomendacja-zachęta obiecywała, że lektura "Dziadów i dybuków" ułatwia ułożenie tego puzzla. Rzeczywiście. Kilka elementów układanki "wskoczyło" na właściwe miejsce. I chociaż do pełnego obrazu nadal daleko, to czas poświęcony na lekturę tej książki nie jest czasem straconym.  

wtorek, 11 kwietnia 2023

"Mimowolne cyborgi. Mózg i wojna przyszłości", aut. Łukasz Kamieński, 2022, książka

"Mimowolne cyborgi. Mózg i wojna przyszłości", aut. Łukasz Kamieński, 2022, książka

Niezbyt często sięgam po książki o tematyce wojskowej/wojennej. W jakimś stopniu to efekt przesycenia. Początek tych lektur miał miejsce wieeeele lat temu, kiedy dużo i chętnie czytałem zwłaszcza o II-giej wojnie. Kto dziś pamięta i czyta "Wielkie dni małej floty"? Wówczas w każdym kiosku "Ruchu" było mnóstwo książeczek z serii "Tygrys" (symbolem serii była głowa tygrysa wpisana w żółty okrąg) w kieszonkowym formacie. Historie w nich opisywane były krótkie. Bez problemu było możliwe przeczytanie całej książeczki jadąc tramwajem na drugi koniec Warszawy. W większości była to czysta propaganda sławiąca m.in. dokonania podziemnej armii składającej się praktycznie tylko z oddziałów AL i BCh'a. Zdarzały się jednak wśród "Tygrysów" pozycje wartościowe. Do dzisiaj pamiętam jedną z książeczek traktujących o przyspieszonym postępie naukowym, wynalazkach, które powstały w wyniku intensyfikacji badań, przestawieniu gospodarek na myślenie o wojnie, produkcję na potrzeby armii. Gdzieś pomiędzy "Tygrysami" były inne, zdecydowanie mocniejsze pozycje, których autorzy wykonywali gigantyczną pracę przeszukując wszelkie możliwe archiwa (Norman Davis "Powstanie '44), lub takie, które stały się kanwą znakomitych, "pokoleniowych" filmów ("Kolumbowie"). Było tego całe mnóstwo. Zdecydowana większość z mocnym przechyłem martyrologicznym, w większości pisana na ówczesne polityczne zapotrzebowanie. Wydawało się, że wojny, przynajmniej te duże, przeszły do historii. Aż do teraz...

Od ponad roku mamy wojnę praktycznie u siebie. Chociaż działania wojenne na szczęście nie odbywają się na naszym terytorium (poza przypadkową ukraińską rakietą i śmiercią dwóch Polaków w Przewodowie) to przecież jesteśmy stroną w wojnie. Bez nas, a przede wszystkim naszej logistyki, której centrum stanowi rzeszowskie lotnisko w Jasionce, Ukraina z pewnością byłaby zmuszona wywiesić biała flagę. Mamy wojnę każdego dnia w mediach. Otrzymujemy mnóstwo informacji na temat uzbrojenia, zarówno tego, które przekazywane jest Ukrainie, jak i tego zamawianego przez naszą armię na nasze potrzeby. Horrendalne wręcz kwoty wydawane przez nasz rząd na broń wprawiają wielu w osłupienie, zmuszają do myślenia o celowości i sensie tak dużych wydatków, wraz z pytaniem kto za to zapłaci. Przecież zakupy są finansowane kredytem, a ten będą spłacać dzieci naszych dzieci... Argument, że bezpieczeństwo i wolność nie mają ceny jest słuszny, ale mam wrażenie, że jest tak często używany, że nadużywany. To zaczyna trącić demagogią, bo jak zauważa Jacek Bartosiak (kim jest Jacek Bartosiak? TU) posiadanie samolotów F-35, czy systemu "Patriot" nie oznacza, że będziemy mogli ich użyć... O tym będą decydować Amerykanie i zrobią to zgodnie z własnym, NIE polskim interesem, zgodnie z ICH racją stanu, żeby nie powiedzieć zgodnie z ICH widzimisię... 

I tutaj właśnie docieram po tym przydługim wstępie do "Mimowolnych cyborgów". To książka o technologii pola walki w odniesieniu do pojedynczych żołnierzy, których współczesna nauka jest w stanie zmienić w cyborgi obdarzone "boskimi" przymiotami, czyniąc z nich nieśmiertelnych superwojowników spiętych dzięki mózgowym interfejsom on-line ze stanowiskami dowodzenia. Autor nie zdradza żadnych tajemnic. Cała wiedza zawarta w książce pochodzi z ogólnie dostępnych źródeł. Wszystkie są zgromadzone w obszernej bibliografii umieszczonej na końcu książki. Przykłady zrobotyzowanych żołnierzy zdają się pochodzić z literatury sci-fi, a możliwości ludzkich mózgów potraktowanych stymulacją farmakologią wzbogaconych sztuczną inteligencją przypominają wizje wykreowane przez J. Camerona w "Avatarach". Rzecz w tym, że za tymi projektami stoją potężne pieniądze DARPA (Defence Advanced Research Project Agency), czyli amerykańska rządowa agencja, której zadaniem jest finansowanie i rozwój technologii wojskowych. Wydaje się, że niektóre z pomysłów to totalna utopia granicząca wręcz z głupotą. Inne, zwłaszcza te, które mają manipulować mózgiem, są wręcz przerażające. DARPA hojnie finansuje różnorakie badania w wielu amerykańskich (i nie tylko) uczelniach, które nie zawsze w sposób oczywisty kojarzą się z polem walki. W wielu przypadkach dany wynalazek może być dla ludzkości jednocześnie błogosławieństwem i śmiertelnym zagrożeniem. Lektura "Mimowolnych cyborgów" prowadzi do konkluzji: jeśli przykłady badań, wdrożeń zgromadzone w książce są jawne, to jakie projekty i eksperymenty, które pozostają utajnione doprowadzono do końca, co armie amerykańska, chińska i inne mają w swoich arsenałach... Książka jest napisana przez politologa. Jest w moim odbiorze bardziej analizą materiałów pochodzących z "białego wywiadu" niż literaturą sensacyjną wspartą realną, twardą wiedzą autora. To nie jest pierwsza książka Łukasza Kamińskiego (poprzednich nie czytałem), ale moim zdaniem do rasowego pisarza troszkę jednak mu brakuje. I pewnie dlatego pomimo prób uatrakcyjnienia tekstu, książki nie czyta się łatwo i lekko. Lektura "Mimowolnych cyborgów" uzmysławia, że nadal istnieją armie, państwa, granice i potężne pieniądze napędzające wyścig zbrojeń. Jeszcze rok temu wojny były dla nas "konfliktami" o lokalnym charakterze. A dzisiaj?

czwartek, 6 kwietnia 2023

"Tutanchamon – Grobowiec i Skarby", wystawa, Warszawa Muzeum Nowa Praga, przedłużona do 2023.06.25



 "Tutanchamon – Grobowiec i Skarby", wystawa, Warszawa Muzeum Nowa Praga, przedłużona do 2023.06.25

Byłem na tej wystawie na początku marca. Myślę, że warto jest zachęcić do jej odwiedzenia. W moim przekonaniu nie jest to wystawa "dla wszystkich". Jest skierowana do tych, którzy w stopniu przynajmniej minimalnym interesowali się, lub interesują starożytnymi kulturami. Okrągła, 100-tna rocznica odkrycia grobowca powszechnie znanego faraona była pomysłem na czysto biznesowe przedsięwzięcie jakim jest ta wystawa. Ekspozycja replik artefaktów znalezionych w grobowcu Tutanchamona ulokowana jest w hali, w której jeszcze niedawno mieścił się duży sklep przemysłowy znanej sieci handlowej. Dlatego nazwa lokalizacji "Muzeum Nowa Praga" wprowadza w błąd i musiałem się 2x zastanowić dokąd prowadzi mnie nawigacja. Kupiony w necie bilet nie był tani (50 zł). [Pełne info TU]
Repliki są doskonale wykonane. TU link do galerii na stronie
organizatora; zdjęcia są znacznie lepsze od tych w moim
wykonaniu.


 Rozpocząłem zwiedzanie od obejrzenia dokumentalnego filmu o historii odkrycia grobowca. Potem wszedłem zgodnie z wytyczną elektronicznego przewodnika (warto zabrać ze sobą własne słuchawki ze standardowym wejściem słuchawkowym typu "jack") do pierwszego pomieszczenia sądząc, że to całość wystawy... Byłem w błędzie! Replik przedmiotów znalezionych w grobowcu jest całe mnóstwo. Wszystkie mają stosowne tabliczki z podstawowymi opisami, a znaczna część ma poszerzony opis możliwy do odsłuchania z elektronicznego przewodnika. Zalecane przez organizatorów wystawy zarezerwowanie 2h na zwiedzanie ma sens i jest moim zdaniem niezbędnym minimum jakie należy poświęcić na obejrzenie replik. Przed pójściem na wystawę warto jest poszerzyć wiedzę na temat tego okrycia, do którego nieomal nie doszło... Finansującemu wykopaliska lordowi Carnarvornowi kończyły się fundusze. Przez blisko 10 lat łożył na prace prowadzone przez archeologa amatora jakim był Howard Carter. Intensywne poszukiwania (w 1914 Carnarvorn wykupił licencję na poszukiwania), które zostały opóźnione przez wybuch I-szej Wojny Światowej zostały z pełną mocą wznowie w roku 1917. Pięć lat bardzo intensywnych prac nie dało pożądanych rezultatów, a Howard Carter praktycznie wyprosił u lorda-sponsora jeszcze jeden sezon poszukiwań. I stało się! Jedne z robotników odkopał pierwszy próg schodów prowadzących jak się okazało do grobowca faraona, w którym znaleziono ponad 5 tys. obiektów. Świat oniemiał i oszalał na punkcie Egiptu, jego kultury i młodego faraona. Złota maska Tutanchamona, makijaż, legenda "klątwy faraona" stały się elementem popkultury, a "złoty młodzieniec" kilka tysięcy lat po śmierci osiągnął status celebryty... 
Wiele lat temu miałem okazję być w Muzeum Egipskim w Kairze. Skarby z grobowca Tutanchamona były oczywiście eksponowane, ale z racji szczupłości miejsca ilość obiektów była ograniczona i ginęły one w masie mnóstwa innych, nie robiąc takiego wrażenia jak jednorodny zbiór na warszawskiej wystawie. Egipt po 20-stu latach budowy, ma otworzyć dla zwiedzających jeszcze w tym roku nowe Wielkie Muzeum Egipskie zlokalizowane około 2 km od piramid w Gizie. Znaczącą cześć powierzchni wystawowej, której łączna powierzchnia jest równa kilku boiskom piłkarskim ma być poświęcona skarbom z grobowca Tutachnamona. Do tej pory znaczna ich część zalegała w magazynach "starego" muzeum. Teraz będą (wszystkie?) udostępnione gościom, którzy z pewnością będą tłumnie odwiedzać Kair. Komunikację ma ułatwić specjalna linia metra (2026?). Jednak zanim nastąpi otwarcie (przesuwane bodaj 2-3 krotnie) i ruszy metro warto jest wpaść na wystawę "Tutanchamon – Grobowiec i Skarby" na warszawskiej Pradze. Wprawdzie eksponatów jest bodaj 150 i są to repliki, ale wystawa daje pojęcie czego można oczekiwać, gdy Wielkie Muzeum Egipskie otworzy swoje podwoje. 

piątek, 31 marca 2023

"Filip", reż. Michał Kwieciński, PL, 2023, film, właśnie w kinach

 "Filip", reż. Michał Kwieciński, PL, 2023, film, właśnie w kinach

Nie znam książki Leopolda Tyrmanda, która jest kanwą scenariusza. Ciekawe ile w tej historii konfabulacji, a ile rzeczywistej autobiografii. Po obejrzeniu filmu nie pozostaje nic innego, jak przeczytać książkę, przyjrzeć się bliżej życiorysowi autora. Bo film jest rzeczywiście tak dobry jak donoszą zachwycone nim media. Mało tego! Tydzień temu doleciało do mnie, że "Filip" bije frekwencyjne rekordy pokonując hollywoodzkie blockbustery. Moim zdaniem film zasługuje na 7 (dobry) w 10-cio punktowej skali filmweb.

Początek filmu ciut przypomina słynny "Kabaret". Moim zdaniem jest to rodzaj klamry, a nawiązanie do zdobywcy 8-śmiu Oscarów jest zabiegiem świadomym, zamierzonym. W tamtym filmie (1972), dzięki któremu Lisa Minneli osiągnęła status gwiazdy kabaret był zlokalizowany w Berlinie,  na początku lat 30-tych, w czasie narastającej antysemickiej nagonki. Początek "Filipa" ma także miejsce w kabarecie, z tym, że ten jest żydowski i ulokowany w warszawskim gettcie... Potem jest nadal szybko, brawurowo i interesująco, ale już bez  odniesień. Historia tytułowego Filipa jest opowiedziana szalenie efektownie, w dobrym tempie i rytmie. Sprawnej narracji towarzyszą znakomite zdjęcia Michała Sobocińskiego (wnuk i syn świetnych operatorów Witolda i Piotra Sobocińskich). Do tego cała plejada bardzo dobrych aktorów młodego pokolenia na czele z kreującym główną rolę Erykiem Kulmem. Tytułowy Filip nie jest postacią jednoznaczną. Nie musimy go lubić, tym bardziej utożsamiać z jego sposobem odgrywania się na Niemcach (przez cały czas wypada jednak pamiętać sceny otwierające film). Czy to co i jak robi jest heroizmem pozostaje pytaniem otwartym. Koniec filmu prowokuje do dłuższego zastanowienia się nad osobą bohatera. Prowokuje do myślenia kim był, skąd się wziął, dokąd odszedł filmowy Filip. Czy jego postawa, zachowanie było rodzajem walki z Niemcami? Może kierowała nim tylko wola przetrwania? Jeśli jednak był to opór, to jak się on ma do wpajanych nam wzorców heroizmu? I właśnie to, czyli przede wszystkim brak jednoznaczności decyduje o jakości tego filmu, pozwala wystawić mu dobrą ocenę. I chociaż dostrzegam w opowiedzianej historii brak co najmniej jednego puzzlowego kafelka, to "Filip" jest być może najlepszym od czasu filmu "Bogowie" (2014, o Zb. Relidze, w gł. roli Tomasz Kot) polskim filmem, jaki w ciągu ostatnich 9-ciu lat widziałem.

czwartek, 30 marca 2023

Puchar Mazowsza mtb xc 2023, sobota 2023.03.25, rowerowe

 Puchar Mazowsza mtb xc 2023, Stara Miłosna, sobota 2023.03.25, rowerowe

Cykl zawodów Puchar Mazowsza jest jak mówi nazwa imprezą lokalną, regionalną. Jednak podobnie jak w latach ubiegłych pierwszy wyścig tego cyklu jest jednocześnie pierwszym w Polsce wyścigiem mtb xc otwierającym sezon. Z tego względu jest on ważny dla większości zawodników. Pozwala na ocenę swoich możliwości na tle konkurencji w bezpośrednim zmaganiu. W tym roku część zawodników pojechała na odbywającą się w tym samym czasie imprezę w Austrii, więc frekwencja była mniejsza niż w latach poprzednich, kiedy wyjazdy ograniczane były także regulacjami pandemicznymi. Jednak zdaniem organizatora zawodów - największego klubu kolarskiego w Polsce - WKK (Warszawski Klub Kolarski) start około 250 zawodników w różnych kategoriach wiekowych to bardzo przyzwoity wynik. Pogoda była łaskawa i tylko podczas wyścigu elity mężczyzn chwilę padało. Inne wyścigi odbyły się w słońcu i temperaturze powyżej +10 st. Sprzyjająca aura to także większa radość startu przede wszystkim dla najmłodszych grup wiekowych. Liczne uczestnictwo dzieciaków, zwłaszcza w najmłodszych kategoriach, zawsze dostarcza publiczności mnóstwa wrażeń wyzwalając spontaniczny, głośny doping.  To jest prawdziwy sport i emocje (w odróżnieniu od tych piłkarskich na poziomie reprezentacji:)) Patrycja i Maciek ujeżdżają w tym roku nowe rowery. Są to fulle polskiego producenta Accent, model Hero (więcej TU) dystrybuowane przez jedną z największych firm rowerowych w Polsce - Velo. 

Maciek - synek I-szy w kat
elita mężczyzn.
Patrycja - synowa II-ga w kat.
elita kobiet.
Patrycja, która do osiągnięcia optymalnej formy potrzebuje zwykle kilku wyścigów przyjechała na metę ze sporą stratą (4:22) do pierwszej zawodniczki - Klaudii Cichackiej. Natomiast Maciek na kilka minut przed startem dowiedział się, że na wyścig przyjechał jego stały konkurent - Litwin Sarunas Pacevicius, który uczestniczy w PL-wyścigach głównie  na "wschodniej ścianie". Obecność Litwina i innego mocnego zawodnika - Jakuba Kowalczyka gwarantowały dobre, solidne ściganie. Wszystkie wyniki TU. Jednym słowem nie było lekko i łatwo. Zaliczenie podium wymagało znacznego wysiłku i umiejętności, gdyż trasa, której autorem jest Maciek uznawana jest za jedną z  najbardziej wymagających, technicznych i trudnych tras mtb xc w okolicach Warszawy. A ja? Dopingowałem i podawałem bidony :) Sezon 2023 otwarty!

poniedziałek, 27 marca 2023

"Anatomia Góry. Osiem tysięcy metrów ponad marzeniami", aut. Rafał Fronia, PL, 2018, książka

 "Anatomia Góry. Osiem tysięcy metrów ponad marzeniami", aut. Rafał Fronia, PL, 2018, książka

Zanim przeczytałem tę książkę usłyszałem jej autora w jednej z reportażowych audycji Radia 357. (Ostatnio, czyli w ubiegłą sobotę 25.03, gościem tej audycji noszącej tytuł "Life Guru", był Marek Kamiński - znany polarnik/podróżnik; nie wiem, czy panowie Kamiński i Fronia mieli okazję się spotkać i porozmawiać, ale moim zdaniem poza pasją do ekstremalnych podróży mają wiele wspólnych cech z których jedną jest z pewnością umiejętność opowiadania o swoich wyprawach, które nominalnie są wyprawami na biegun (Kamiński) czy na ośmiotysięcznik (Fronia), a tak naprawdę są eksploracją zakamarków samego siebie). Rafał Fronia opowiadał prowadzącemu audycję o górskich wyprawach, w których brał udział, o swoim widzeniu gór, a zwłaszcza o potrzebie/jej braku ich zdobywania. Jakiś czas temu jeden z naszych czołowych himalaistów, nieżyjący już Artur Hajzer (zgiął w 2013 r. na Gaszerbrumie) nagabywany przez dziennikarzy o podanie przyczyn dla których się wspina, "na odczepnego" wypalił: "dla pieniędzy, sławy i powodzenia u kobiet". Tamto pokolenie niechętnie dokonywało wiwisekcji ujawniając powody dla których się wspinali/wspinają. W przypadku Artura Hajzera było to ponoć zahaczające o mistycyzm zauroczenie górami. Góry były jego wielką miłością. Książki "lodowych wojowników" traktowały zwykle o czysto technicznych aspektach kolejnych wypraw i wejść. Nie było przyjęte ujawnianie światu źródeł fascynacji górami, tłumaczenie z czego wynika potrzeba zmagania się z nimi. Autor "Anatomii Góry" jest raptem 10 lat młodszy (urodzony w 1971) od Artura Hajzera, ale te 10 lat różnicy powoduje, że w jakimś stopniu "spina" dwa pokolenia polskich himalaistów: tych "starych", jeszcze czynnych jak Krzysztof Wielicki (urodzony w 1950) i młodych, jak Adam Bielecki (urodzony 1983; w 2011 m.in. z A. Hajzerem wszedł bez tlenu na Makalu 8481 n.p.m.) Występując w roli "spinacza" Rafał Fronia opowiada chętnie i barwnie o górach, ale także jego osobistym stosunku do wspinania się, potrzebie bycia w miejscach, dokąd nikt rozsądny nie udaje się z własnej woli i do tego, często za własne pieniądze. Opowieść snuta w Radiu 357 była na tyle interesująca, a do tego opowiedziana fajną, bogatą w nieoczywiste przymiotniki i porównania polszczyzną, że naturalną konsekwencją było kupienie książki i jej lektura. 

W tej książce najważniejsze nie są haki, liny i seraki. Ważni są ludzie, przyroda i droga. Jest w tej książce wiele miejsca na rozmowy ze sobą (ale bez przesady), na liczne i sugestywne opisy niby oczywistych zjawisk takich jak szalejący wiatr, padający śnieg, czy potężny mróz. Czytając akapity poświęcone wiatrowi, jego różnym wcieleniom przypomniałem sobie książkę "81:1. Opowieści z Wysp Owczych" gdzie przeczytałem, że na określenie rodzajów deszczu wyspiarze maja ok. 250 słów, a wiatr, jego różne wcielenia opisują trzystoma słowami... Tam praktycznie zawsze pada deszcz i nigdy pionowo. Taki mają klimat i adekwatnie bogate słownictwo. Bo u nas jak mocno wieje to albo łeb urywa, lub piździ jak w kieleckiem; i tyle:) I chociaż nie dowiemy się jak bogaty w odniesieniu do lokalnych zjawisk przyrody jest słownik Szerpów, to barwne opisy natury w "Anatomii Góry" niemal pozwalają na przeżywanie wraz z autorem zjawisk, niedogodności i bólu, których on doświadcza. Książkę dobrze się czyta i dzięki licznym zdjęciom także ogląda. Jest w tych opisach swoista poetyka odwołująca się do doświadczeń czytelnika. Ten rodzaj narracji buduje szczególną więź z autorem książki, aż do współodczuwania włącznie. A przy tym wszystkim to o czym czytamy w "Anatomii Góry" to nie weekendowe chodzenie po Górach Izerskich, ale np. udział w Narodowej Wyprawie Zimowej na K2 w 2018, która zasłynęła akcją ratunkową w wyniku której ze ściany Nanga Parbat sprowadzono  francuską himalaistkę Elizabeth Revol. Jej wspinaczkowy partner - Tomek Mackiewicz został tam na  zawsze. Autor nie szczędzi też gorzkich, wierzę, że prawdziwych słów charakteryzując postać Denisa Urubko (samowola i nie tylko), daje upust swojej "miłości" do jajek dominujących w wyprawowym menu oraz barwnie opisuje polsko-polskie spotkania na krańcach świata.

O Rafale Froni mówi się, a może on tak mówi o sobie, że jest "romantykiem gór". I dzisiaj, w dobie zaliczania rekordów, często bzdurnych i "na siłę", bardzo mi się to podoba. Podobnie jak to, że książka i opisywane w niej historie często prowokują do uśmiechu. A tego nigdy dość!    

PS                                                                                                                                                                                                                          Oglądając wczoraj mecz Polska-Albania dotarło do mnie, że mamy w swojej grupie Wyspy Owcze. Nie wydaje mi się, żeby Farerzy mieli u siebie więcej niż jedno pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej. Teoretycznie powinno być łatwo, ale... Przywołany wyżej tytuł świetnej książki:  "81:1. Opowieści z Wysp Owczych" nawiązuje do wyniku meczu piłkarek ręcznych, w którym jakiś czas temu Panie z Wysp pokonały Panie szczypiornistki z Albanii. Wynik jest w pewnym stopniu emanacją zadziorności i nieustępliwości Pań Wyspiarek. Już się cieszę na mecz naszej reprezentacji z wyspiarzami! Może być jeszcze weselej niż w meczu z Czechami :)

czwartek, 23 marca 2023

"MH370: Samolot, który zniknął" (MH370: The Plane That Disappeared), GB, 2023, serial dokumentalny, Netflix

 "MH370: Samolot, który zniknął" (MH370: The Plane That Disappeared), GB, 2023, serial dokumentalny, Netflix

Serial składa się z trzech 90-cio minutowych odcinków. Od dawna reklamowany w newsletterach platformy Netflix, którą ceniłem przede wszystkim ze względu na niezłej jakości filmy dokumentalne.

Ten serial to BZDET. Rozwleczona do granic możliwości i wytrzymałości widza opowieść, która niczego nowego nie wnosi do powszechnie znanej wiedzy na temat lotu MH370, a tym bardziej niczego nie wyjaśnia. Typowa dla produkcji tego typu konstrukcja serialu, gdzie tragiczny los kilku wybranych rodzin przeplatany jest rozciągniętymi i naciąganymi hipotezami nuży i usypia. Przypomina beznadziejne pseudo-dokumenty o UFO i zjawiskach paranormalnych, których mnóstwo na różnych wątpliwej jakości kanałach TV. Zmuszałem się, żeby obejrzeć serial do końca. Kierowała mną płonna nadzieja, że być może w ostatnim, trzecim odcinku autorzy serialu ujawnią nowe fakty, przedstawią coś odkrywczego, zaskoczą ciekawą hipotezą. Nic z tych rzeczy. Szkoda czasu, nie wspominając o śladzie węglowym (zużycie energii), który przyczynił się do podgrzania Planety :)