"Facet (nie)potrzebny od zaraz", reż. Weronika Migoń, film, PL, 2014, vod Orange
Czwartkowy wieczor, czas roweru, a za oknem leje. Wiec trenażer i jakiś film. Rzut oka w repertuar vod Orange. No dobra, niech będzie. Komedia, romatyczna, Żebrowski, młody Stuhr i krotka - 84 min.
Jedziemy.
Jeśli to komedia, to ja się smieje z czegos innego.
Jeśli romatyczna, to ja odbieram na innych falach.
Niezla sciezka dzwiekowa z polskimi wykonawcami.
Ani komedia, ani romatyczna.
Szkoda czasu i pieniędzy.
czwartek, 22 stycznia 2015
wtorek, 20 stycznia 2015
"Wkręceni", reż. Piotr Wereśniak, film, PL, 2013, vod Orange
"Wkręceni", reż. Piotr Wereśniak, film, PL, 2013, vod Orange
Wskoczylem na trenazer, wbralem "Wkręconych", gdyż zauwazylem w mediach zajawki "Wkręcownych 2".
Wśród aktorow znany glownie z reklam wiadomego banku Piotr Adamczyk. Nawet się zastanawiałem skad się bierze jego popularność i to na tyle duza, ze chcieli go w tych reklamach. Tak, tak, gral papieża, ale to nie ta rola jest przyczyna dla, której jest twarza kredytow gotówkowych.
On grywa w filmach trenażerowych, bo przecież do kina nikt na to (chyba) nie chodzi.
Szkoda pieniędzy i czasu.
Wskoczylem na trenazer, wbralem "Wkręconych", gdyż zauwazylem w mediach zajawki "Wkręcownych 2".
Wśród aktorow znany glownie z reklam wiadomego banku Piotr Adamczyk. Nawet się zastanawiałem skad się bierze jego popularność i to na tyle duza, ze chcieli go w tych reklamach. Tak, tak, gral papieża, ale to nie ta rola jest przyczyna dla, której jest twarza kredytow gotówkowych.
On grywa w filmach trenażerowych, bo przecież do kina nikt na to (chyba) nie chodzi.
Szkoda pieniędzy i czasu.
niedziela, 18 stycznia 2015
Marek Napiórkowski Sextet "UP!", koncert live, Trójka, niedziela 2015.01.11
Marek Napiórkowski Sextet "UP!", koncert live, Trójka, niedziela 2015.01.11
Marka Napiórkowskiego widziałem live na koncercie Anny Marii Jopek promującym znakomita plyte "Sobremasa" w listopadzie 2011. Swietny koncert także dzięki swietnym muzykom wśród których poza Markiem Napiórkowskim na gitarze był także Henryk Miśkiewicz na saksofonie.
Od koncertu mija wlasnie tydzień. Wrzucilem cd "UP!" do odtwarzacza, przypominam sobie wieczor wypelniony znakomita muzyka.
Jazz nie jest do końca moja bajka. Wole klimaty bluesowe i rockowe, co nie znaczy, ze nie słucham innej muzyki, zwłaszcza takiej, która współgra z moimi nastrojami, budzi emocje, pozwala na chwile refleksji, odjazdu. Tak wlasnie gra sextet Marka Napiórkowskiego. Pierwsze 2- 3 kawałki były rozgrzewka, wprowadzenim do tego co dzialo się dalej. A im dalej tym więcej ognia, tym mocniej, az do kilku rockowych wręcz riffów.
Zastanawia mnie, ze Marek Napiórkowski przez caly koncert uzywal 2 gitar: zielononiebieskiej elektrycznej i klasycznej wpiętej oczywiście do pradu (kazda z nich to customy). Wspomagany elektronika wydobywal z nich nieprawdopodobne dzwieki, a bieglosc z jaka ujezdzal niewielkie, elektryczne wiosełko była imponujaca. A taki Joe Bonamassa na scenie miał skrzynie-stojak, w niej około 10-12 gitar, które zmienial praktycznie do każdego utworu. Czy oznacza to, ze Marek Napiórkowski potrafi wydobyc więcej ze swojego instrumentarium niż utytuowany bluesaman?
Pewnie takie porównania nie maja sensu, a to kto jest lepszym gitarzysta, kompozytorem decyduje klimat tworzony przez muzyka i towarzyszący mu zespol. Tutaj Mark Napiórkowski i jego towarzysze pokazuja, ze naleza do jazz czolowki. Chetnie i sporo słucham Pata Metheny i moim zdaniem Marek Napiórkowski nie powinien mieć kompleksow. "UP!" to album koncepcyjny. W ver. płytowej nagrany z towarzyszeniem orkiestry kameralnej, a ver. koncertowej w Trojce, saute, tylko jazz band. Jak przystalo na lidera Marek Napiórkowski przewodzi, jego gitara jest instrumentem dominującym, ale daje mnóstwo miejsca innym muzykom. Każdy z nich ma możliwość wykazania się swoimi umiejętnościami, a ze naleza do czolowki polskiego jazzu jest czego sluchac. Znakomity dialog saksofonow Adama Pierończyka i Henryka Miśkiewicza to popis, który długo zostanie mi w pamięci.
Zagrali nie tylko "UP!". Teraz slysze, ze na koncercie było dużo muzyki spoza miękkiej, lagodniej, ilustracyjnej "UP!". Po koncercie można było kupic 3 cd i zaluje teraz, ze nie kupiłem wszystkich.
Marek Napiórkowski jak przystalo na profi podpisywal plyty, chętnie rozmawial z fanami.
Bardzo, bardzo udany wieczor, a wszystko to za jedne 5 zl (koszt wejsciowki).
Dlatego place abonament.
Siedze, pisze, słucham łagodnych dzwiekow "UP!".
Fajna muzyka na niedzielny wieczor.
Marka Napiórkowskiego widziałem live na koncercie Anny Marii Jopek promującym znakomita plyte "Sobremasa" w listopadzie 2011. Swietny koncert także dzięki swietnym muzykom wśród których poza Markiem Napiórkowskim na gitarze był także Henryk Miśkiewicz na saksofonie.
Od koncertu mija wlasnie tydzień. Wrzucilem cd "UP!" do odtwarzacza, przypominam sobie wieczor wypelniony znakomita muzyka.
Jazz nie jest do końca moja bajka. Wole klimaty bluesowe i rockowe, co nie znaczy, ze nie słucham innej muzyki, zwłaszcza takiej, która współgra z moimi nastrojami, budzi emocje, pozwala na chwile refleksji, odjazdu. Tak wlasnie gra sextet Marka Napiórkowskiego. Pierwsze 2- 3 kawałki były rozgrzewka, wprowadzenim do tego co dzialo się dalej. A im dalej tym więcej ognia, tym mocniej, az do kilku rockowych wręcz riffów.
Zastanawia mnie, ze Marek Napiórkowski przez caly koncert uzywal 2 gitar: zielononiebieskiej elektrycznej i klasycznej wpiętej oczywiście do pradu (kazda z nich to customy). Wspomagany elektronika wydobywal z nich nieprawdopodobne dzwieki, a bieglosc z jaka ujezdzal niewielkie, elektryczne wiosełko była imponujaca. A taki Joe Bonamassa na scenie miał skrzynie-stojak, w niej około 10-12 gitar, które zmienial praktycznie do każdego utworu. Czy oznacza to, ze Marek Napiórkowski potrafi wydobyc więcej ze swojego instrumentarium niż utytuowany bluesaman?
Pewnie takie porównania nie maja sensu, a to kto jest lepszym gitarzysta, kompozytorem decyduje klimat tworzony przez muzyka i towarzyszący mu zespol. Tutaj Mark Napiórkowski i jego towarzysze pokazuja, ze naleza do jazz czolowki. Chetnie i sporo słucham Pata Metheny i moim zdaniem Marek Napiórkowski nie powinien mieć kompleksow. "UP!" to album koncepcyjny. W ver. płytowej nagrany z towarzyszeniem orkiestry kameralnej, a ver. koncertowej w Trojce, saute, tylko jazz band. Jak przystalo na lidera Marek Napiórkowski przewodzi, jego gitara jest instrumentem dominującym, ale daje mnóstwo miejsca innym muzykom. Każdy z nich ma możliwość wykazania się swoimi umiejętnościami, a ze naleza do czolowki polskiego jazzu jest czego sluchac. Znakomity dialog saksofonow Adama Pierończyka i Henryka Miśkiewicza to popis, który długo zostanie mi w pamięci.
Zagrali nie tylko "UP!". Teraz slysze, ze na koncercie było dużo muzyki spoza miękkiej, lagodniej, ilustracyjnej "UP!". Po koncercie można było kupic 3 cd i zaluje teraz, ze nie kupiłem wszystkich.
Marek Napiórkowski jak przystalo na profi podpisywal plyty, chętnie rozmawial z fanami.
Bardzo, bardzo udany wieczor, a wszystko to za jedne 5 zl (koszt wejsciowki).
Dlatego place abonament.
Siedze, pisze, słucham łagodnych dzwiekow "UP!".
Fajna muzyka na niedzielny wieczor.
sobota, 17 stycznia 2015
"Upadłe anioły", aut. Noël Coward, sztuka, OCH-Teatr, poniedziałek 2015.01.12
"Upadłe anioły", aut. Noël Coward, sztuka, OCH-Teatr, poniedziałek 2015.01.12
O ile "Shirley Valentine" TRZEBA zobaczyć, o tyle "Upadle anioły" można, co nie znaczy, ze nie warto. To popis dwóch pań: Magadaleny Cieleckiej i Mai Ostaszewskiej, którym towarzyszy trzech panów, którzy sa tylko tlem dla talentu aktorek.
Nigdy wcześniej nie widziałem zadnej z pan live na deskach teatru. O Mai Ostaszewskiej nawet nie slyszalem. Magde Cielecka widziałem w Teatrze Telewizji. Tutaj tworza zgrany duet stanowiący oś troszkę przydługiej (130 min.) klasycznej komedii traktującej, a jakze, o sprawach damsko-męskich.
Premiera sztuki miała miejsce w grudniu 2014. Spektakl pomimo poniedzialku był grany przy pelnej widowni, której większość stanowily kobiety. To nie przypadek tylko konsekwencja, gdyż
ta komedia to w dużej mierze rzecz, która zawsze jednoczy kobiety, rzecz o robieniu facetow w trąbę. To co smieszylo damska czesc widowni, mnie jakos niekoniecznie i odwrotnie. Ci faceci, którzy się rechotali wraz z paniami sadzili pewnie, ze sytuacja bedaca tematem komedii ich nie dotyczy. A to nie było do smiechu, tylko jak mowi moja wiedza wespół ze skormnym doświadczeniem, do placzu.
Calosc troszkę za dluga. Zwlaszcza ta czesc w której panie się upijają i ze stanu podchmielenia przechodzą w stan godny pożałowania, jest moim zdaniem do skrocenia. A może się czepiam? Może nie smieszy mnie widok pijanych kobiet nawet wtedy, kiedy gadaja smiesznie i od rzeczy. Nawet jeśli to tylko teatr.
W każdym razie bawiłem się niezle i mogę polecić te komedie jako cel i powod do oderwania się od kanapy i wyjścia z domu.
Techniczne.
Nie liczcie na zaparkowanie wzdłuż Grojeckiej. Szukajcie miejsca w bocznych uliczkach, także tych vis-a-vis teatru. Dlatego dajcie sobie dodatkowe 15 min. na znalezienie miejsca i dojscie do teatru. Unikniecie zbędnej wymiany zdan z osoba towarzyszaca i nerwowego biegu po nierównym trotuarze.
O ile "Shirley Valentine" TRZEBA zobaczyć, o tyle "Upadle anioły" można, co nie znaczy, ze nie warto. To popis dwóch pań: Magadaleny Cieleckiej i Mai Ostaszewskiej, którym towarzyszy trzech panów, którzy sa tylko tlem dla talentu aktorek.
Nigdy wcześniej nie widziałem zadnej z pan live na deskach teatru. O Mai Ostaszewskiej nawet nie slyszalem. Magde Cielecka widziałem w Teatrze Telewizji. Tutaj tworza zgrany duet stanowiący oś troszkę przydługiej (130 min.) klasycznej komedii traktującej, a jakze, o sprawach damsko-męskich.
Premiera sztuki miała miejsce w grudniu 2014. Spektakl pomimo poniedzialku był grany przy pelnej widowni, której większość stanowily kobiety. To nie przypadek tylko konsekwencja, gdyż
ta komedia to w dużej mierze rzecz, która zawsze jednoczy kobiety, rzecz o robieniu facetow w trąbę. To co smieszylo damska czesc widowni, mnie jakos niekoniecznie i odwrotnie. Ci faceci, którzy się rechotali wraz z paniami sadzili pewnie, ze sytuacja bedaca tematem komedii ich nie dotyczy. A to nie było do smiechu, tylko jak mowi moja wiedza wespół ze skormnym doświadczeniem, do placzu.
Calosc troszkę za dluga. Zwlaszcza ta czesc w której panie się upijają i ze stanu podchmielenia przechodzą w stan godny pożałowania, jest moim zdaniem do skrocenia. A może się czepiam? Może nie smieszy mnie widok pijanych kobiet nawet wtedy, kiedy gadaja smiesznie i od rzeczy. Nawet jeśli to tylko teatr.
W każdym razie bawiłem się niezle i mogę polecić te komedie jako cel i powod do oderwania się od kanapy i wyjścia z domu.
Techniczne.
Nie liczcie na zaparkowanie wzdłuż Grojeckiej. Szukajcie miejsca w bocznych uliczkach, także tych vis-a-vis teatru. Dlatego dajcie sobie dodatkowe 15 min. na znalezienie miejsca i dojscie do teatru. Unikniecie zbędnej wymiany zdan z osoba towarzyszaca i nerwowego biegu po nierównym trotuarze.
piątek, 16 stycznia 2015
"Shirley Valentine", aut. Willy Russell, sztuka, Teatr Polonia, wtorek 2015.01.13
"Shirley Valentine", aut. Willy Russell, sztuka, Teatr Polonia, wtorek 2015.01.13
Boska Shirley Valentine w Białej Bluzce.
Mialbym duzy problem, gdybym był zmuszony odpowiedzieć, która z tych kreacji Krystyny Jandy była lepsza, która bardziej lubie. A przecież jest jeszcze wiele innych, których nadal nie widziałem, które czekaja na moja decyzje, ze może wlasnie dzisiaj...
"Shirley Valentine" na decyzje czekala od 1990 roku. Wtedy wlasnie odbyla się prapremiera tej sztuki w Teatrze Powszechnym. Natychmiast uzyskala status sztandarowego dokonania Krystyny Jandy, stala się podobnie jak "Boska" i "Biała Bluzka" wizytowka Pani Krystyny. Przeniesiona do Teatru Polonia po jego otwarciu 10 lat temu, jest zelazna pozycja w repertuarze tej sceny, grana oszczędnie 1-2 razy w miesiącu. O bilety (drogie) nie jest latwo. Sztuka jest grana przy pelnej widowni na której gromadzi się kilka pokoleń fanow teatru, fanow Krystyny Jandy.
To co robi Krystyna Janda z tragikomicznym tekstem W. Russela to majstersztyk. Gra brawurowo, a fakt, ze jest kobieta dojrzałą (rocznik 1952) nadaje tekstowi i całej roli dodatkowej wagi, dokłada jej charakteru.
Nie będę psul papieru zachwycając się swietnym tekstem, w którym każdy znajdzie swoje odbicie, jego uniwerslanym przeslaniem, znakomita gra Krystyny Jandy, bo to wszystko można przeczytać w relacjach fachowcow od teatru i kina (jest także film pt. Shirley Valentine, tyle, ze nie gra w nim K. Janda).
O odbiorze Sztuki decydują emocje, które Sztuka potrafi, lub nie, wzbudzić, rozpalić, wskrzesić. Zapewniam Was, ze tutaj emocji jest cale mnóstwo. Przyznam, nie jestem obiektywny, gdyż zwyczajnie i po prostu podziwiam Krystyne Jande (podziw wielowymiarowy od momentu kiedy zobaczyłem ja pierwszy raz w "Człowieku z Żelaza [1981]) i staram się brac poprawke na mój afekt, ale wierzcie mi, "Shirley Valentine" TRZEBA widzieć. Wiem, ze brzmi to smiesznie, rzecz jest w teatrze od 25 lat, ale ma tutaj zastosowanie: lepiej pozno niż wcale. Mysle także (to moje domniemanie, które nie jest wsparte twardymi dowodami), ze tekst przeszedł ewolucje, ze teraz jest mocniejszy niż 25 lat temu, bardziej bezpośredni, w niektórych momentach bywa, ze wrecz dosadny, personalny, emocjonalny. Sadze wiec, ze Shirley sprzed 25 lat jest trochę inna niż obecnie, jest podrasowana wersja siebie samej na miare XXI wieku.
Raz jeszcze, TRZEBA zobaczyć.
Techniczne.
Miałem slabe, dalekie miejsca. Było kiepsko slychac (a slyszec trzeba) tym bardziej, ze dzwoni mi w uszach. Pozyczylem w szatni bezprzewodowe słuchawki systemu, w który jest zaopatrzony Teatr Polonia. Dziala swietnie. Nie uroniłem nawet jednego słowa.
Zapomnijcie o zaparkowaniu blisko teatru. Jeśli jednak przyjedziecie 1,5h wcześniej macie szanse, a wtedy wpadnijcie na Hożą 62 do knajpki "W Gruncie Rzeczy". Fajne, smaczne wegańskie jedzenie za przystepna cene. (tylko te dziewczyny z obsługi z czarnymi kolczykami w nosach i tatuażach... dlaczego sobie to robia?)
Boska Shirley Valentine w Białej Bluzce.
Mialbym duzy problem, gdybym był zmuszony odpowiedzieć, która z tych kreacji Krystyny Jandy była lepsza, która bardziej lubie. A przecież jest jeszcze wiele innych, których nadal nie widziałem, które czekaja na moja decyzje, ze może wlasnie dzisiaj...
"Shirley Valentine" na decyzje czekala od 1990 roku. Wtedy wlasnie odbyla się prapremiera tej sztuki w Teatrze Powszechnym. Natychmiast uzyskala status sztandarowego dokonania Krystyny Jandy, stala się podobnie jak "Boska" i "Biała Bluzka" wizytowka Pani Krystyny. Przeniesiona do Teatru Polonia po jego otwarciu 10 lat temu, jest zelazna pozycja w repertuarze tej sceny, grana oszczędnie 1-2 razy w miesiącu. O bilety (drogie) nie jest latwo. Sztuka jest grana przy pelnej widowni na której gromadzi się kilka pokoleń fanow teatru, fanow Krystyny Jandy.
To co robi Krystyna Janda z tragikomicznym tekstem W. Russela to majstersztyk. Gra brawurowo, a fakt, ze jest kobieta dojrzałą (rocznik 1952) nadaje tekstowi i całej roli dodatkowej wagi, dokłada jej charakteru.
Nie będę psul papieru zachwycając się swietnym tekstem, w którym każdy znajdzie swoje odbicie, jego uniwerslanym przeslaniem, znakomita gra Krystyny Jandy, bo to wszystko można przeczytać w relacjach fachowcow od teatru i kina (jest także film pt. Shirley Valentine, tyle, ze nie gra w nim K. Janda).
O odbiorze Sztuki decydują emocje, które Sztuka potrafi, lub nie, wzbudzić, rozpalić, wskrzesić. Zapewniam Was, ze tutaj emocji jest cale mnóstwo. Przyznam, nie jestem obiektywny, gdyż zwyczajnie i po prostu podziwiam Krystyne Jande (podziw wielowymiarowy od momentu kiedy zobaczyłem ja pierwszy raz w "Człowieku z Żelaza [1981]) i staram się brac poprawke na mój afekt, ale wierzcie mi, "Shirley Valentine" TRZEBA widzieć. Wiem, ze brzmi to smiesznie, rzecz jest w teatrze od 25 lat, ale ma tutaj zastosowanie: lepiej pozno niż wcale. Mysle także (to moje domniemanie, które nie jest wsparte twardymi dowodami), ze tekst przeszedł ewolucje, ze teraz jest mocniejszy niż 25 lat temu, bardziej bezpośredni, w niektórych momentach bywa, ze wrecz dosadny, personalny, emocjonalny. Sadze wiec, ze Shirley sprzed 25 lat jest trochę inna niż obecnie, jest podrasowana wersja siebie samej na miare XXI wieku.
Raz jeszcze, TRZEBA zobaczyć.
Techniczne.
Miałem slabe, dalekie miejsca. Było kiepsko slychac (a slyszec trzeba) tym bardziej, ze dzwoni mi w uszach. Pozyczylem w szatni bezprzewodowe słuchawki systemu, w który jest zaopatrzony Teatr Polonia. Dziala swietnie. Nie uroniłem nawet jednego słowa.
Zapomnijcie o zaparkowaniu blisko teatru. Jeśli jednak przyjedziecie 1,5h wcześniej macie szanse, a wtedy wpadnijcie na Hożą 62 do knajpki "W Gruncie Rzeczy". Fajne, smaczne wegańskie jedzenie za przystepna cene. (tylko te dziewczyny z obsługi z czarnymi kolczykami w nosach i tatuażach... dlaczego sobie to robia?)
czwartek, 15 stycznia 2015
"Pani z przedszkola", reż. Marcin Krzyształowicz, film, PL, 2014, właśnie w kinach
"Pani z przedszkola", reż. Marcin Krzyształowicz, film, PL, 2014, właśnie w kinach
Film-kalejdoskop, czyli taka tuba z kartonu, w niej trochę kolorowych szkiełek, lustra, dziurka z jednej, a matowe szklo z drugiej strony. Wystarczylo potrzasnac tuba, a szkiełka wraz z lustrami dawaly kolejny, przypadkowy wzor. Zwykle atrakcyjny, bo kolorowy, ale chaotyczny, nieprzewidywalny. Taki jest ten film.
Bron boze komedia.
Ratuje go swietna obsada i pomysl ulokowania akcji w PRL-u. Poza Krystyna Janda, Agata Kulesza, Adamem Woronowiczem i Marianen Dziędzielem cieszy oko nadal zjawiskowa Karolina Gruszka.
Reszta filmu to oczekiwanie, ze cos się zacznie; do smiechu, placzu, byle sie kurde, zaczelo.
Po dobrej "Obławie" tego samego reżysera zwabiony znakomita obsada oczekiwałem czegos mocniejszego.
Nie było mocno.
Było nieprzewidywalnie, kolorowo, czasami do uśmiechu (nie smiechu).
Film-kalejdoskop, czyli taka tuba z kartonu, w niej trochę kolorowych szkiełek, lustra, dziurka z jednej, a matowe szklo z drugiej strony. Wystarczylo potrzasnac tuba, a szkiełka wraz z lustrami dawaly kolejny, przypadkowy wzor. Zwykle atrakcyjny, bo kolorowy, ale chaotyczny, nieprzewidywalny. Taki jest ten film.
Bron boze komedia.
Ratuje go swietna obsada i pomysl ulokowania akcji w PRL-u. Poza Krystyna Janda, Agata Kulesza, Adamem Woronowiczem i Marianen Dziędzielem cieszy oko nadal zjawiskowa Karolina Gruszka.
Reszta filmu to oczekiwanie, ze cos się zacznie; do smiechu, placzu, byle sie kurde, zaczelo.
Po dobrej "Obławie" tego samego reżysera zwabiony znakomita obsada oczekiwałem czegos mocniejszego.
Nie było mocno.
Było nieprzewidywalnie, kolorowo, czasami do uśmiechu (nie smiechu).
środa, 14 stycznia 2015
Dla Frania
Dla Frania
Myslicie nad przekazaniem 1% swojego podatku na konkretny cel?
Mój 1% idzie dla Franka.
http://www.dlafrania.pl
Franek jest synem moich dobrych znajomych: Magdy i Rafała Saczuków.
Warto im pomóc.
Frankowi pomóc trzeba.
Myslicie nad przekazaniem 1% swojego podatku na konkretny cel?
Mój 1% idzie dla Franka.
http://www.dlafrania.pl
Franek jest synem moich dobrych znajomych: Magdy i Rafała Saczuków.
Warto im pomóc.
Frankowi pomóc trzeba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
