środa, 14 czerwca 2023

Zalew Czorsztyński-Dunajec-Szczawnica, 2023.06.01-04, rowerowe

 Zalew Czorsztyński-Dunajec-Szczawnica, 2023.06.01-04, rowerowe

Z Białki Tatrzańskiej do Zalewu Czorsztyńskiego można dojechać samochodem w ciągu 20 min.
Można także rowerem, ale dojazd ruchliwą drogą krajową bez pobocza nie jest przyjemny, więc
wybrałem wariant samochodowy. Zostawiłem samochód pod kościołem w miejscowości Frydman
skąd ruszyłem w objazd Zalewu trasą Green Velo. Pętla liczy około 25-30 km i mogę ją polecić
każdemu rowerzyście. Północny odcinek trasy biegnie przez kilka kilometrów wzdłuż drogi krajowej,
ale na esowatej części tego odcinka doklejono kawałek pobocza i jazda na rowerze jest względnie
bezpieczna. Będąc w Zakopanem można się wybrać tutaj na całodzienny wypad z całą rodziną/ekipą.
Nie trzeba mieć własnego roweru, gdyż sprzęt zapewniają miejscowe wypożyczalnie, a liczne
bary, kawiarnie zachęcają do odpoczynku i kontemplacji urokliwego krajobrazu.


Przystań YKP Zakopane. Nie miałem pojęcia, że górale żeglują. Myślałem, że zajęci są głównie
łupieniem ceprów, jazdą na nartach i wyrobem oscypków:) A tu proszę! Widać zbójnickiego
można zatańczyć także na pomoście!

Trzy Korony. Następnego dnia trochę krótszy wypad wzdłuż Dunajca. To iście spacerowa trasa.
Jakiś czas temu byłem tutaj z kolegami łącząc jazdę na rowerze ze spływem tratwami. Teraz 
zostawiłem samochód w Niedzicy i ruszyłem rowerem trasą Green Velo w kierunku Szczawnicy.
Trasa jest szalenie malownicza. Jest niewiele miejsc w Polsce, które mogą konkurować z przełomem
Dunajca w kategorii uroda krajobrazu. Myślę, że w sezonie jest tutaj mnóstwo turystów, ale w dzień
powszedni, na początku czerwca było względnie cicho i spokojnie. 

Przełom Dunajca można podziwiać z poziomu rzeki z tratwy, pontonu
 i kajaka. Można także z brzegu idąc, lub jadąc na rowerze. Niezależnie
skąd i jak się patrzy, widok zachwyca swoją urodą.  

Wypożyczalnia w Sromowcach Wyżnych. W dali nad linią drzew widoczne Tatry z białymi
akcentami leżącego w żlebach śniegu. 

Dunajec poniżej zapory pod Niedzicą. Łąkowy akcencik na koniec wycieczki. Można sobie
skręcić szyję pasąc oczy widokami rozbuchanej przyrody. Gdy już się jest w Zakopanem
warto ruszyć się kawałek dalej i zamiast łazić po Krupówkach zrobić wypad nad Dunajec,
Zalew Czorsztyński, zahaczyć o Szczawnicę. To fajna alternatywa dla tatrzańskich dolin, 
wjazdu na Kasprowy i spaceru nad Morskie Oko. 

środa, 7 czerwca 2023

Mistrzostwa Polski MTB XCO, Białka Tatrzańska 2023.06.02-04, rowerowe

 Mistrzostwa Polski MTB XCO, Białka Tatrzańska 2023.06.02-04, rowerowe

Tegoroczne Mistrzostwa Polski odbyły się w pierwszy czerwcowy weekend. Planem synka-Maćka
było zajęcie miejsca w TOP-10 zawodników w kat. elita w Polsce. Po ciężkim ściganiu
przyjechał na miejscy 9-tym. To gorzej niż w zeszłym roku, ale zgodnie z założeniami.  
Godzenie pełnowymiarowej pracy zawodowej z treningiem nie jest ani proste, ani łatwe.
Dodatkowym obciążeniem jest/była kontuzja żony Maćka - Patrycji, która w wyniku na pozór
 niegroźnego upadku z końcem maja przeszła artroskopowy zabieg usuwania uszkodzonego kawałka
  łękotki wraz z odbudową jednego z więzadeł. Zabieg był poprzedzony licznymi konsultacjami
u kilku ortopedów, fizjoterapeutów i rehabilitantów w różnych miastach w Polsce.  


Trasa Mistrzostw Polski 2023 była wytyczona na stokach Kotelnicy Białczańskiej, znanej
i popularnej narciarskiej miejscówki. Wobec zmian klimatycznych ośrodek wzorem innych
stacji narciarskich rozbudowuje  infrastrukturę rowerową. Ze szczytu Koltelnicy wiedzie
kilka tras rowerowych o niskim stopniu trudności, dostępnych i przejezdnych dla każdego
przeciętnego bikera pod warunkiem, że wjazd na Kotelnicę odbywa się wyciągiem krzesełkowym.
W trakcie wyścigu głównego zawodnicy pokonywali 7-krotnie pętlę wiodącą na szczyt Kotelnicy
a cały wyścig liczył około 30 km przy sumarycznym przewyższeniu 1400 m. Uwzględniając średni
czas 1-go okrążenia około 14min20 sec, czyni z tego wyścigu jeden z najtrudniejszych wyścigów
w karierze większości zawodników.

TOP-10 to uwzględniając wszystkie uwarunkowania znakomity
wynik. Jednak zasadniczy sukces odniesiony przez Maćka to
jego niekwestionowane osiągnięcia trenerskie!
Przede wszystkim Mistrzem Polski 2023 w XCC  (wyścig short
track, który ustawia kolejność na stracie wyścigu głównego XCO, czyli
cross country olimpic; XCC rozgrywany jest tylko dla kat. elita) został
trenowany przez Maćka Krzysztof Łukasik. Krzysztof także po
morderczej walce z broniącym tytułu Bartkiem Wawakiem został
Mistrzem Polski w zasadniczym wyścigu XCO!
Ponadto zawodnicy prowadzeni przez Maćka zajęli w kat. junior 1sze 
i 3cie miejsce, w kategorii orlik 1sze miejsce oraz w kategorii masters2 
1sze miejsce; (wszystkie wyniki TU


sobota, 3 czerwca 2023

Chorwacja, 2023.05.20-27, żeglarskie

 Chorwacja, 2023.05.20-27, żeglarskie

Widok jak pocztówka:) Zdjęcie z mariny w Zadarze,
miejscowości z której wystartowaliśmy do tygodniowego
rejsu-szkolenia. Naszym jachtem nie był widoczny na 
zdjęciu katamaran, ale typowy monocoque, czyli
jednostka jednokadłubowa.
(aut. foto Jarek)

Mój udział w tej wyprawie był dziełem przypadku. Tomek (pierwszy z prawej) i Michał (drugi z
 prawej), którzy są moimi długoletnimi kolegami postanowili zrobić chorwackie uprawnienia do 
prowadzenia jachtu (voditelj brodice). Uprawniają one do samodzielnego wypożyczenia jachtu
(bez skippera), ale nie są honorowane w Polsce. Jarek (trzeci z prawej) też zapisał się na to szkolenie,
ale zabrakło jednej osoby, aby impreza doszła do skutku. Tomek zadzwonił do mnie ze spec. ofertą,
 a ja po chwili zastanowienia postanowiłem wziąć udział w rejsie-szkoleniu. Nie planowałem
zdawania egzaminu na "voditelja". Chciałem zobaczyć jak wygląda żeglarska, chorwacka
 rzeczywistość, o której  słyszałem wiele dobrego i spędzić czas w towarzystwie dawno niewidzianych kolegów.
(aut. foto Tomek)

Szkolenie praktyczne ogranicza się do manewrowania
jachtem na silniku. Przez cały tydzień nauka dochodzenia
do kei, przybijanie dziobem, rufą, burtą. Cumowanie na
boi, parkowanie na muringu. Dążenie do prefekcji. 
Teoretycznie niezbyt ekscytujące, ale jeśli prowadzi się
ważący kilkadziesiąt ton jacht, którego cena wynosi grubo 
ponad 100 tys EUR, to warto jest mieć manewrowanie nim
wytrenowane, zwłaszcza, że doświadczenia z lekkich i 
mniejszych żaglówek mazurskich nie mają tutaj zastosowania. 

Świetny wyjazd! Fajne doświadczenie. Gdzieś w okolicach połowy rejsu, gdy przyszło wnieść opłatę za egzamin (150 EUR) koledzy przekonali mnie, że powinienem spróbować zdać, bo przecież "może się uda". Zacząłem więc czytać zgromadzone na jachcie materiały oraz więcej uwagi poświęcałem teoretycznym szkoleniom prowadzonym przez skippera. Czytanie mapy, wyznaczanie kursu i pozycji przyszło łatwo. Obsługa radia trudniej bo tam sporo rzeczy czysto pamięciowych. Na naukę świateł zabrakło mi czasu. Nie zdziwiłem się, kiedy komisja stwierdziła, że świateł nie umiem i zaprosiła mnie na egzamin za rok. Koledzy są mi winni 150 EUR :) 

Chorwacja "z morza" to mnóstwo wysp, zatok, dużych, miejskich marin i kameralnych, wioskowych portów. Tysiące barów, kawiarni i restauracji. Wszechobecne białe wino, znakomita kuchnia, wyluzowani autochtoni. Jednym słowem - południe! Ciepło! W okresie mojego pobytu w dzień temperatura wynosiła około 25 st. Nocą ponad 10 st. temperaturę wody (kąpaliśmy się) oceniam na około 20 st. Przez cały tydzień słońce. Ile kosztuje taka impreza? Cena rejsu-kursu może zależeć od firmy, w której kupuje się wyjazd. Trzeba się liczyć z kosztem około 1,7 tys zł. Do tego dochodzi cena dotarcia do Zadaru. Lot Rayanairem z Poznania (bo wyloty zgodne z terminem początku/końca rejsu) z ekstra bagażem kabinowym to 750 zł. Do tego dodatkowy koszt parkowania w marinach (parkowaliśmy tylko w marinach; parkowanie na kotwicy jest bezpłatne), wyżywienie (śniadania we własnym zakresie na jachcie, wszystkie obiadokolacje jedliśmy w restauracjach; złoga ma obowiązek żywić skippera), paliwo, egzamin :), tudzież prezenty dla wnucząt to wydatek około 750 EUR. Istotne dla powyższych kalkulacji jest to, że maj to niski sezon. W lecie ceny parkowania w marinach są wyższe. 

Czy warto? Nasz wyjazd nie był typowym wyjazdem turystycznym. Gros czasu pochłaniało szkolenie. Sporo się nauczyłem (poza światłami :)). Nabrałem pewności w manewrowaniu jachtem. Tego nie da się zrobić w trakcie "normalnego" wyjazdu. Wszystkie dotychczasowe wyjazdy żeglarskie, które odbywały się na Mazurach zawsze traktowałem jako imprezę głównie towarzyską. Żeglowanie jest fajne w fajnym towarzystwie. Tak samo jest w Chorwacji. Tak samo jest z każdym wyjazdem spędzanym z grupą znajomych. Nie wróciłem do domu z pragnieniem niezwłocznego powrotu na wodę. Zew morza nie zawładnął moim umysłem. Ale... Spotkaliśmy ludzi, którzy sprzedali mieszkania, samochody, kupili jachty, które stały się ich domem, narzędziem zarabiania na życie i żeglarską pasję. Takie spotkania i rozmowy dają do myślenia, poszerzają horyzonty. W naszej ekipie poza moimi kolegami Tomkiem i Michałem, był także zdecydowanie od nas młodszy Jarek (przypadkowy, "losowy" kursant), który poszukuje sposobu na siebie, na życie. Może jest na właściwym tropie? Tego mu życzę. Dobrze się odnalazł w niełatwej sytuacji mając za towarzyszy trzech znających się jak łyse konie facetów, których PESEL zaczyna się od "5". Umówiliśmy się, że jak już kupi jacht to zaprosi nas na rejs. Kierunek dowolny, ale musi być ciepło! Ciepło to w ciągu dnia białe wino, a wino to długie, fajne rozmowy :) 

poniedziałek, 15 maja 2023

Kampinos, niedziela 2023.05.14, rowerowe

 Kampinos, niedziela 2023.05.14, rowerowe

Skan zdjęcia z lat 70-dziesiątych. Wówczas Kampinos był celem harcerskich wycieczek,
a punktem startowym była miejscowość Truskaw. Tam względnie łatwo i szybko można było
dotrzeć miejskim autobusem, który w Truskawiu właśnie miał pętlę. Potem marsz przez rozległe
wrzosowiska, aż do linii lasu, pierwszych wydm i bagien, do ochrony których utworzono
Kampinoski Park Narodowy. (z lewej ja, obok jeden z harcerzy w trakcie szkolenia z terenoznawstwa;
jesteśmy ubrani w kangurki, element harcerskiego, regulaminowego umundurowania, wówczas
praktycznie jedyna, dostępna na rynku kurtka turystyczna o wątpliwej nieprzemakalności; na
nogach mam ogólnowojskowe buty z tzw. owijaczami; za nami przypadkowe turystki)  
 
Sobota 2023.05.14. Kampinos, cmentarz wojenny w miejscowości Granica. (więcej TU)
Teraz po Kampinosie jeździmy na rowerach.
Dzięki temu zasięg naszych wycieczek jest zdecydowanie większy, a każdy
wypad do Kampinosu jest także wypadem w historię. Niezależnie od tego, którą część Parku się
eksploruje (wschodnia-bliżej W-wy, zachodnia-bardziej dzika z mniejszą ilością turystów) to zawsze
szlak prowadzi na jedno z takich miejsc jak na zdjęciu. Najlepiej znanym jest cmentarz w Palmirach,
ale w głębi lasu znajduje się dużo innych miejsc pamięci.

     
Sobota 2023.05.14. Kampinos, kanał Łasica. Tym razem ruszyliśmy z miejscowości Górki, która
stanowi dobry punkt wypadowy do zwiedzania zachodniej części Parku. Darek - mój rowerowy kolega
ma dobrze objechane kampinoskie szlaki turystyczne jest także źródłem wiedzy o historii tych terenów.
W trakcie blisko 60-cio kilometrowej pętli dużo i chętnie opowiadał o przecinającej Puszczę, dzisiaj
nieczynnej wąskotorowej linii kolejowej oraz kanale Łasica (na zdjęciu), którego zadaniem jest
regulowanie poziomu wody w kampinoskich
bagnach. (więcej o linii kolejowej TU)





niedziela, 7 maja 2023

"Wenecja. Awangarda bez granic" (Venice: Infinitely Avant-Garde), reż. Michele Mally, IT i GB, 2022, film dokumentalny

"Wenecja. Awangarda bez granic" (Venice: Infinitely Avant-Garde), reż. Michele Mally, IT i GB, 2022, film dokumentalny

Kino "Muranów". Kolejny film z cyklu "Wielka sztuka na ekranie". Kolejny zrobiony przez włoską ekipę. Wcześniejsze, te sprzed paru lat były dziełem angielskim przy współudziale i wsparciu Japończyków, którzy dostarczali cyfrowy sprzęt 4K wraz z know-how jego obsługi. Modyfikacji uległa nazwa cyklu, która początkowo brzmiała bodaj "Wielkie malarstwo na ekranie". Teraz rozszerzono formułę. "Malarstwo" zastąpiono "sztuką" nadając tematyce cyklu szerszy zakres. I dobrze. Do cyklu weszły inne produkcje, w tym właśnie włoskie co zmieniło charakter serii i w moim przekonaniu obniżyło jakość filmów. Źle. Wydaje mi się, że pisałem już o zmianie formuły, innym przekazie, a zwłaszcza o innym sposobie prezentacji sztuki we włoskich filmach tego cyklu. Miały różną, słabszą od angielskiego pierwowzoru jakość, mniejszą wartość poznawczą, drażniący (mnie?) sposób narracji. Pomimo tych wad sztuka i artyści bronili się i moja ocena nadal była na plus.                                                                                                                                                          Inaczej jest w przypadku "Wenecja. Awangarda bez granic". To film, którego obejrzenie można sobie darować. Jego grzechem głównym jest przegadanie i nadmiarowość. Cechy, które wpisują się we włoski stereotyp: dużo słów, bogata mimika. nadmiarowa gestykulacja, przeszarżowana ekspresja, dyskusyjny rezultat końcowy. Celem filmu była szeroka, bogata, wielowątkowa opowieść o Wenecji, jej wielowymiarowej wyjątkowości. Mistrzem ceremonii-narratorem jest nieznany mi Carlo Cecchi, postać włoskiego teatru, który z ponurym wyrazem twarzy serwuje widzom nieokreślony miszmasz traktujący o wielokulturowości, historii, architekturze, malarstwie, handlu, karnawałach, turystyce, klamrze między wschodem a zachodem, zapachach, kolorze wody, powodziach itd. Całość zamknięta jest w 90-cio minutowej projekcji. Widz nie ma szans na smakowanie wątków, zapamiętanie dzieł, nazwisk ich twórców, zwłaszcza, że brak tu chronologii i systematyki. Chaos. Przez 90 min. widz jest pod ciągłym ostrzałem nazwisk, dat, miejsc, zdarzeń dziejących się od powstania Wenecji aż do czasów współczesnych. Po projekcji w głowie zostaje mętlik z pytaniem o czym TO było, o CO właściwie chodziło. Muzykę do filmu skomponowała polska kompozytorka i pianistka Hania Rani (tak jest na liście płac - "Hania"), która śledzona przez kamerę zwiedza Wenecję szukając inspiracji do tworzenia ścieżki dźwiękowej. I chyba właśnie muzyka jest najlepszym dodatkiem do włoskiej sałatki, tym co stanowi o jej smaku i charakterze. To muzyka nadaje filmowi wymiar epickiej podróży, gdzie ścieżka dźwiękowa i zdjęcia tworzą jedność. Wartości: poznawcze, dydaktyczne schodzą na dalszy plan, przestają mieć znaczenie. Są w filmie momenty, kiedy muzyka dosłownie zabiera widza, aby wraz z obrazem dać wrażenie szczególnego flow - wspólnoty z miastem-historią. Drażnią osoby/twarze narratorów, napuszone teksty, nadęte cytaty. A gdyby tak zostawić muzykę wraz filmową dokumentacją jej powstawania (w tym weneckie spacery Hani Rani, wnętrza, instrumenty) i zdjęcia, mnóstwo zdjęć Wenecji, detali architektonicznych, dzieł sztuki, wspaniałych wnętrz i bajecznych widoków?  Moim zdaniem byłoby zdecydowanie lepiej, a nawet bardziej awangardowo :)  W obecnej postaci oceniam film na 4/10, czyli "ujdzie" w skali filmweb.

Zupełnie inny charakter ma widziany przez mnie wczoraj, także w "Muranowie" film "Vermeer. Blisko mistrza". Zrobiła go ekipa angielsko/holenderska. Jest zdecydowanie lepszy od "Wenecji..." chociaż nadal inny niż pierwsze filmy z cyklu "Wielkie malarstwo na ekranie". Jeśli najdzie mnie wena to wkrótce podzielę się swoją opinią. Vermeer - duże nazwisko, wielkie emocje:) 

sobota, 29 kwietnia 2023

"Dziady i dybuki", aut. Kurski Jarosław, PL 2022, książka

"Dziady i dybuki", aut. Kurski Jarosław, PL 2022, książka

Książka została mi pożyczona, a w trakcie procesu pożyczania okraszona podwójną, wielce pozytywną rekomendacją. Jestem pewien, że gdyby nie polecenie nie byłym świadomy istnienia tego tytułu, zaś bez rekomendacji nigdy bym po nią nie sięgnął. Panowie Kurscy niezależnie czy Jacek, czy Jarosław nie są osobami których osobiste wynurzenia uważam(ałem) za atrakcyjne. W każdym razie nie na tyle, żeby mierzyć się z liczącą niebagatelne 472 strony książką. Książka leżała więc sobie, a ja zabierałem się do niej jak pies do jeża. Trącałem ją, czytałem parę kartek o babciach, prababciach i towarzyszących im dziadkach i odkładałem "na później". Fakt, że w wyniku badania swojego drzewa genealogicznego autor odkrył żydowski rodowód nie był dla mnie żadną zachętą do dalszej lektury. Dla autora-odkrywcy miało to jednak znaczenie, gdyż jak już napisałem książka liczy 472 strony, więc fascynacja przodkami, ich historią była jednak potężną siłą dającą Jarosławowi Kurskiemu moc energii do dalszych żmudnych badań. Ze znacznym mozołem brnąłem dalej. Bardzo rzadko rezygnuję z doczytania do końca rozpoczętej książki. Teraz też nie porzuciłem lektury. Zaskoczyłem! Stało się to po przebrnięciu kilkudziesięciu stron, kiedy bardzo osobiste rodzinne wątki zostały umieszczone na tle ówczesnej historii (głównie międzywojnie), a tematem dominującym stała się droga do polskości rodziny Jarosława Kurskiego. Rzecz działa się głównie na Podolu, który był tyglem, w którym w wyniku historycznych zaszłości stapiały się kultury: polska, żydowska i ukraińska. Moja wiedza na ten temat była praktycznie żadna (nadal jest niewielka). Nigdy wcześniej nie czytałem jak przebiegał proces asymilacji kulturowej i religijnej w ówczesnej Polsce. Jakie technikalia były wprzężone w proces konwersji Żydów na wiarę chrześcijańską, jak konwertyci odnajdowali się w sytuacjach kiedy wypierając poprzednią wiarę/pochodzenie stawali się gorliwymi wyznawcami nowej religii. Jak budowali nową tożsamość. Jednak tym co najbardziej popychało mnie do dalszej lektury był nieprawdopodobny wręcz splot osobistej, rodzinnej historii z historią Polski, która właśnie wróciła na mapy Europy. Dość wspomnieć, że przodkowie Jarosława Kurskiego byli właścicielami majątku w Woli Okrzejskiej, miejsca urodzenia Henryka Sienkiewicza (teraz jest tam muzeum). Osoba autora "Trylogii" była mocno związana endecją reprezentowaną przez Romana Dmowskiego, którego poglądy na temat kształtu Polski kontestował w Londynie niejaki Lewis Bernstein Namier urodzony właśnie w Woli Okrzejskiej, członek rodziny autora "Dziadów i dybuków". Pomimo tego, że urodził się w spolonizowanej rodzinie żydowskiej, już sam, jako dorosły z własnej woli został Żydem, który za zasługi dla Imperium Brytyjskiego (był historykiem badającym m.in. dzieje brytyjskiej arystokracji) otrzymał z rąk królowej Elżbiety tytuł rycerski. Co ważne był także doradcą premiera Lloyda Georga, specem od Europy Środkowo-Wschodniej i praktycznie architektem "linii curzona". Nigdy wcześniej nie słyszałem o Lewisie Bernsteinie Namierze (więcej o nim  TU) jego znaczeniu dla brytyjskiej polityki w odniesieniu do Polski. Tylko jego historia, w tym przyczyna dla której wrócił do judaizmu i stał się czynnym syjonistą była warta czasu poświęconego na lekturę "Dziadów i dybuków".  A przecież nie jest to jedyny intrygujący, chociaż być może najciekawszy wątek dotyczący licznych przodków Jarosława Kurskiego. 

Większość do której się zaliczam wie niewiele lub nic na temat wspólnej historii Ukraińców, Żydów i Polaków. W szkolnych podręcznikach o tym nie pisano, w mediach także było cicho. Teraz, kiedy zaczęto uzupełniać te braki odbywa się to w atmosferze skandalu, oskarżeń służących bardziej doraźnym potrzebom walki politycznej niż rzetelnym wypełnianiem luk w naszej wiedzy. Rekomendacja-zachęta obiecywała, że lektura "Dziadów i dybuków" ułatwia ułożenie tego puzzla. Rzeczywiście. Kilka elementów układanki "wskoczyło" na właściwe miejsce. I chociaż do pełnego obrazu nadal daleko, to czas poświęcony na lekturę tej książki nie jest czasem straconym.  

wtorek, 11 kwietnia 2023

"Mimowolne cyborgi. Mózg i wojna przyszłości", aut. Łukasz Kamieński, 2022, książka

"Mimowolne cyborgi. Mózg i wojna przyszłości", aut. Łukasz Kamieński, 2022, książka

Niezbyt często sięgam po książki o tematyce wojskowej/wojennej. W jakimś stopniu to efekt przesycenia. Początek tych lektur miał miejsce wieeeele lat temu, kiedy dużo i chętnie czytałem zwłaszcza o II-giej wojnie. Kto dziś pamięta i czyta "Wielkie dni małej floty"? Wówczas w każdym kiosku "Ruchu" było mnóstwo książeczek z serii "Tygrys" (symbolem serii była głowa tygrysa wpisana w żółty okrąg) w kieszonkowym formacie. Historie w nich opisywane były krótkie. Bez problemu było możliwe przeczytanie całej książeczki jadąc tramwajem na drugi koniec Warszawy. W większości była to czysta propaganda sławiąca m.in. dokonania podziemnej armii składającej się praktycznie tylko z oddziałów AL i BCh'a. Zdarzały się jednak wśród "Tygrysów" pozycje wartościowe. Do dzisiaj pamiętam jedną z książeczek traktujących o przyspieszonym postępie naukowym, wynalazkach, które powstały w wyniku intensyfikacji badań, przestawieniu gospodarek na myślenie o wojnie, produkcję na potrzeby armii. Gdzieś pomiędzy "Tygrysami" były inne, zdecydowanie mocniejsze pozycje, których autorzy wykonywali gigantyczną pracę przeszukując wszelkie możliwe archiwa (Norman Davis "Powstanie '44), lub takie, które stały się kanwą znakomitych, "pokoleniowych" filmów ("Kolumbowie"). Było tego całe mnóstwo. Zdecydowana większość z mocnym przechyłem martyrologicznym, w większości pisana na ówczesne polityczne zapotrzebowanie. Wydawało się, że wojny, przynajmniej te duże, przeszły do historii. Aż do teraz...

Od ponad roku mamy wojnę praktycznie u siebie. Chociaż działania wojenne na szczęście nie odbywają się na naszym terytorium (poza przypadkową ukraińską rakietą i śmiercią dwóch Polaków w Przewodowie) to przecież jesteśmy stroną w wojnie. Bez nas, a przede wszystkim naszej logistyki, której centrum stanowi rzeszowskie lotnisko w Jasionce, Ukraina z pewnością byłaby zmuszona wywiesić biała flagę. Mamy wojnę każdego dnia w mediach. Otrzymujemy mnóstwo informacji na temat uzbrojenia, zarówno tego, które przekazywane jest Ukrainie, jak i tego zamawianego przez naszą armię na nasze potrzeby. Horrendalne wręcz kwoty wydawane przez nasz rząd na broń wprawiają wielu w osłupienie, zmuszają do myślenia o celowości i sensie tak dużych wydatków, wraz z pytaniem kto za to zapłaci. Przecież zakupy są finansowane kredytem, a ten będą spłacać dzieci naszych dzieci... Argument, że bezpieczeństwo i wolność nie mają ceny jest słuszny, ale mam wrażenie, że jest tak często używany, że nadużywany. To zaczyna trącić demagogią, bo jak zauważa Jacek Bartosiak (kim jest Jacek Bartosiak? TU) posiadanie samolotów F-35, czy systemu "Patriot" nie oznacza, że będziemy mogli ich użyć... O tym będą decydować Amerykanie i zrobią to zgodnie z własnym, NIE polskim interesem, zgodnie z ICH racją stanu, żeby nie powiedzieć zgodnie z ICH widzimisię... 

I tutaj właśnie docieram po tym przydługim wstępie do "Mimowolnych cyborgów". To książka o technologii pola walki w odniesieniu do pojedynczych żołnierzy, których współczesna nauka jest w stanie zmienić w cyborgi obdarzone "boskimi" przymiotami, czyniąc z nich nieśmiertelnych superwojowników spiętych dzięki mózgowym interfejsom on-line ze stanowiskami dowodzenia. Autor nie zdradza żadnych tajemnic. Cała wiedza zawarta w książce pochodzi z ogólnie dostępnych źródeł. Wszystkie są zgromadzone w obszernej bibliografii umieszczonej na końcu książki. Przykłady zrobotyzowanych żołnierzy zdają się pochodzić z literatury sci-fi, a możliwości ludzkich mózgów potraktowanych stymulacją farmakologią wzbogaconych sztuczną inteligencją przypominają wizje wykreowane przez J. Camerona w "Avatarach". Rzecz w tym, że za tymi projektami stoją potężne pieniądze DARPA (Defence Advanced Research Project Agency), czyli amerykańska rządowa agencja, której zadaniem jest finansowanie i rozwój technologii wojskowych. Wydaje się, że niektóre z pomysłów to totalna utopia granicząca wręcz z głupotą. Inne, zwłaszcza te, które mają manipulować mózgiem, są wręcz przerażające. DARPA hojnie finansuje różnorakie badania w wielu amerykańskich (i nie tylko) uczelniach, które nie zawsze w sposób oczywisty kojarzą się z polem walki. W wielu przypadkach dany wynalazek może być dla ludzkości jednocześnie błogosławieństwem i śmiertelnym zagrożeniem. Lektura "Mimowolnych cyborgów" prowadzi do konkluzji: jeśli przykłady badań, wdrożeń zgromadzone w książce są jawne, to jakie projekty i eksperymenty, które pozostają utajnione doprowadzono do końca, co armie amerykańska, chińska i inne mają w swoich arsenałach... Książka jest napisana przez politologa. Jest w moim odbiorze bardziej analizą materiałów pochodzących z "białego wywiadu" niż literaturą sensacyjną wspartą realną, twardą wiedzą autora. To nie jest pierwsza książka Łukasza Kamińskiego (poprzednich nie czytałem), ale moim zdaniem do rasowego pisarza troszkę jednak mu brakuje. I pewnie dlatego pomimo prób uatrakcyjnienia tekstu, książki nie czyta się łatwo i lekko. Lektura "Mimowolnych cyborgów" uzmysławia, że nadal istnieją armie, państwa, granice i potężne pieniądze napędzające wyścig zbrojeń. Jeszcze rok temu wojny były dla nas "konfliktami" o lokalnym charakterze. A dzisiaj?