poniedziałek, 28 sierpnia 2023

"Krótka historia prawie wszystkiego" (Short history of nearly everything), aut. Bill Bryson, 2003, PL 2006, książka

"Krótka historia prawie wszystkiego" (Short history of nearly everything), aut. Bill Bryson,  2003, PL 2006, książka

Tę książkę przeczytałem kilkanaście lat temu. To była rekomendacja, której źródłem była koleżanka do gustu której mam zaufanie. Ostatnio robiąc porządki w mojej bibliotece zanotowałem brak tego tytułu. Pożyczyłem komuś i nie wróciła. Zamiast się wściekać usiadłem do netu i niezwłocznie kupiłem kolejny egzemplarz. Używany. Nowe dostępne są tylko ver. audio. Kiedy książka dotarła do mnie niezwłocznie przeczytałem ją po raz drugi. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności jaką jest lektura "Krótkiej historii..". To znakomita książka!

Jest jedną z tych książek, które wziąłbym ze sobą na bezludna wyspę. Bill Bryson dostał za nią Nagrodę Kartezjusza przyznawaną przez Unię Europejską zespołom i osobom zajmującym się popularyzacją nauki. W moim głębokim przekonaniu ta książka powinna być lekturą w ostatnich klasach szkół średnich. No, może ponadobowiązkową. Nie wątpię, że efektem lektury byłoby wybuchowe zainteresowanie wśród młodzieży szeroko rozumianą NAUKĄ.

Autor z dużą swobodą przemieszcza się pomiędzy różnymi dziedzinami wiedzy dokonując rzeczy niebywałej. Interdyscyplinarna podróż przez chemię, geologię, ewolucję, kosmologię itp. staje się atrakcyjna, sensacyjna do tego stopnia, że trudno jest się oderwać od lektury. Autor snuje swoją opowieść z niebywałą łatwością, a lekkości dodaje szczypta humoru, którą Bill Bryson okrasza historie o niektórych odkrywcach, losach ich publikacji i dokonań. W efekcie wiedza, która podawana przez podręczniki była nudna, nieciekawa, niestrawna staje się obszarem, w który czytelnik ma ochotę się zanurzyć i eksplorować, czerpiąc autentyczną radość z nowo zdobytych wiadomości. 

Pierwsze, anglojęzyczne wydanie książki miało miejsce w roku 2003. Można więc przyjąć za pewnik, że stan wiedzy opisany w książce dotyczy początku roku 2000. Minęło prawie ćwierć wieku! W tym czasie nauka poczyniła ogromne postępy w wielu dziedzinach. Rodzi się więc pytanie czy warto poświęcać czas na czytanie "starocia". Przecież są nowsze, świeże publikacje, a 25 lat w np. genetyce to istna przepaść. Zapewniam jednak, że "Krótka historia..." zgodnie z tytułem dotyczy głównie historii odkryć pokazując niełatwą drogę jaką musieli pokonać naukowcy, aby osiągnąć obecny (chociaż nie dzisiejszy) poziom wiedzy. W moim przekonaniu "Krótka historia..." nie dość, że szalenie interesująca, napisana i czytająca się jak dobry thriller to znakomicie porządkuje i układa w głowie dokonania ludzkości w różnych dziedzinach nauki. Zwyczajnie i po prostu jest F A S C Y N U J Ą C Ą popularnonaukową lekturą. Jeśli lubicie ten gatunek, a nie znacie tej książki - MUSICIE ją przeczytać. 

Przewodnik oprowadzający Billa Brysona po przepastnych podziemiach Muzeum Historii Naturalnej w Londynie (pamiętacie końcowe sceny z "Poszukiwacze zaginionej Arki"?; Angole troszkę nakradli różnym nacjom, w czasach, "gdy słońce nie zachodziło nad Imperium" i nadal mają tam ponoć TO wszystko, poza TYM, co przez kilka lat sprzedawał w necie jeden z szefów British Museum; jednak specjalnie im nie ubyło:))  wskazał na jednego z przechodzących pracowników mówiąc: "Ten sympatyczny facet o nazwisku XXX spędził 42 lata studiując jeden gatunek roślin, tak zwany dziurawiec. W 1989 przeszedł na emeryturę, lecz nadal przychodzi co tydzień. Jak można spędzić 42 lata studiując jedną roślinę? - spytał B. Bryson. Pracownik Muzeum Historii naturalnej zafrasował się przez chwilę, by odrzec: "To rzeczywiście zadziwiające... Zapewne jest bardzo dokładny."

Książka liczy 240 stron. Na jej bardzo dokładną lekturę wystarczy kilka dni:)

piątek, 25 sierpnia 2023

"Barbie", reż. Greta Gerwig, USA i Kanada, 2023, film

 Barbie", reż. Greta Gerwig, USA i Kanada, 2023, film

Przy okazji opisywania moich wrażeń o filmie ""Oppenheimer" napisałem (TU), że pójdę na "Barbie", gdyż lubię Ryana Goslinga. Po obejrzeniu filmu nadal (jeszcze) go lubię. Myślę jednak, że za rolę Kena musiał wynegocjować astronomiczną gażę, bo "Barbie" w moim przekonaniu jest niczym innym jak rozbudowaną (1h54min) reklamówką firmy Mattel, nachalną w swoim topornym dydaktyzmie, której dałem 4/10 w skali Filmweb, czyli "ujdzie".

Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że nie zrozumiałem filmu i jego przesłania. Lalkami nie bawię się od dawna. Fakt! Coś istotnego z życia lal mogło mi umknąć, ale przecież nie jestem w tej materii zupełnym ignorantem. Przyznaję, w czasach przedszkolnych miewałem nieliczne, ale jednak, epizody zabawy lalkami... A był to czas, kiedy w przedszkolu rządziła niejaka Mirka M. (nie podaję nazwiska ze względu na RODO i zagrożenia związane z upublicznieniem danych osobowych, pomny sankcji jakie dotknęły ministra zdrowia:)) do której wzdychałem ja i wszyscy moi koledzy. Ona, blond piękność o urodzie Barbie znudzona zabawami z koleżankami zapraszała do domku dla lalek Kena, którym mogłem być ja lub/i każdy z moich kolegów. Tego zaproszenia nie można było odrzucić! Przeciwnie! Każdy z nas, chłopaków, chętnie porzucał wozy strażackie, pociągi i inne karabiny, aby stać się Kenem i wraz z Mirką M. zajmować się słodkimi lalkami-bachorkami przebierając je w stosowne sukienki, gotując obiady, wożąc w wózku na spacery. A wszystko w czasie, kiedy o prawdziwej Barbie świat nawet nie słyszał:)

Tamten przedszkolny świat nie był tak fajny i kolorowy jak Barbie Land z filmu "Barbie". Tutaj scenografia jest zachwycająca i przez kilka pierwszych minut projekcji uwodzi feerią barw i mnóstwem pomysłów-ról w których występują liczne wcielenia Barbie. Pewną siłą "Barbie" są odniesienia-zapożyczenia z innych, znanych dzieł filmowych. Już na początku cieszy oko i umysł odwołanie do słynnej początkowej sceny z "2001: Odyseja Kosmiczna" (1968) Stanleya Kubricka. Reżyserka "Barbie" - Greta Gerwig zabawia widzów takimi reminiscencjami w kilki miejscach, ale nie będę pisał które udało mi się spostrzec. Nie chcę nikogo pozabawiać przyjemności w identyfikacji tych smaczków. Jednak sprawna reżyseria, musicalowe wtręty i udział Ryana Goslinga (głupawy wyraz twarzy przez cały film - niezła sztuka) nie są w stanie zmienić charakteru filmu, który jak napisałem na wstępie jest niczym więcej jak rozbudowaną reklamówką lalki i towarzyszących jej gadgetów. Swoją drogą ciekawe, czy jest gdzieś info jaką część budżetu filmu pokryła firma Mattel, która w filmie stara się odeprzeć zarzuty o propagowanie anoreksji, pozycjonowanie kobiet jako obiektów seksualnych, tudzież roztaczanie wizji plastikowego dobrobytu w postaci samolotów, jachtów itp. Szkoda, że z zapowiadającej się na fajną zabawę bajki (ekranowa Barbie - Margot Robbie, i owszem) dostaliśmy przydługi reklamowy clip okraszony ciężkawą dydaktyką dotyczącą konfrontacji matriarchatu z patriarchatem. 

A miło być fajnie, wakacyjnie i zabawnie :(

I jeszcze jedno. Film w moim przekonaniu nie jest dla dzieci poniżej 15-stu lat.   

A Mirka M? Los nigdy potem nas nie zetknął. Jednak wspólne łykanie tranu popychanego kawałkiem posmarowanego masłem, solonego chleba, koedukacyjne opalanie pod lampą UV w specjalnych, ochronnych, ciemnych okularach uniemożliwiających także podglądanie dziewczyn (ponadto czuwała  wychowawczyni, która bezlitośnie waliła linijką(?) w nagie tyłki tych, którzy zdejmowali okulary łypiąc na koleżanki), a nade wszystko wspólne zabawy w domku dla lalek na trwale zapisały się w mojej pamięci. Swoją drogą ciekawe kim jest, co robi, jak ułożyło się życie Mirki M. Czy znalazła swojego Kena?  Chociaż akurat on, będąc bytem w pełni zależnym od Barbie specjalnie mnie interesuje:)

niedziela, 13 sierpnia 2023

"Dziewczyna z muszlą" (Remarkable creatures), aut. Tracy Chevalier, 2009/2011, książka

 "Dziewczyna z muszlą" (Remarkable creatures), aut. Tracy Chevalier, 2009/2011, książka

Lektura tej książki jest wynikiem zbiegu okoliczności wynikającego z mojej słabości do osoby, a szczególnie uśmiechu Kate Winslet (od czasu "Titanica") i rodzajem fascynacji postacią J. Vermeera. W efekcie oglądam wszystkie filmy, w których gra K. Winslet oraz czytam i oglądam to co poświęcone jest i dotyczy "mistrza z Delft". Jakiś czas temu obejrzałem film "Amonit" (2020) z udziałem K. Winslet, aby później zwrócić uwagę na książkę "Dziewczyna z muszlą" napisaną przez Tracy Chevalier, autorkę świetnej książki "Dziewczyna z perłą"(TU) stanowiącej kanwę scenariusza do znakomitego filmu pod tym samym tytułem (2003)(TU) z udziałem Scarlett Johansson i doskonałego Colina Firtha. Przy okazji oglądania kolejnego filmu o Vermeerze postanowiłem sprawdzić, czy Tracy Chevalier popełniła coś jeszcze poza "Dziewczyną z perłą". Okazało się, że wbrew moim podejrzeniom, że jest przedstawicielka z gatunku "one hit wonder" napisała kilka innych książek, w tym właśnie "Dziewczynę z muszlą". Skojarzenie z widzianym wcześniej filmem "Amonit" było prawie oczywiste. Film był niezły (Kate Winslet znakomita) bez wahania więc sięgnąłem po książkę (lokalna biblioteka) z nadzieją, że podobnie jak w przypadku "Dziewczyny z perłą" książka okaże się lepsza od filmu...

Książka i film opowiadają opartą na faktach historię autentycznej postaci - Mary Anning, ubogiej dziewczyny z hrabstwa Dorset na południowym wybrzeżu Anglii, zbieraczki-amatorki skamieniałości z okresu kiedy życie na Ziemi miało dopiero wypełznąć na ląd, a zanim to się stało bujnie kwitło w oceanach w postaci amonitów, trylobitów, belemitów, plejozaurów, ichtiozaurów i innych straszydeł. Mary w początkowej fazie traktowała zbieranie skamieniałości czysto zarobkowo. Zbierane na kamienistej plaży "dziwadła" sprzedawała londyńskim letnikom, ale wkrótce amatorskie zbieranie stało się pasją. Po znalezieniu i prawidłowej ocenie znaczenia dla nauki szkieletu ichtiozaura, nastąpiły kolejne znaleziska, co w konsekwencji spowodowało, że zostało jej przyznane na stałe naukowe stypendium, a ona sama stała się niekwestionowanym autorytetem w nowej, rodzącej się właśnie dziedzinie nauki - paleontologii. Historia opisana w "Dziewczynie z muszlą" jest tym ciekawsza, że dzieje się na początku XIX wieku, w świecie nauki zdominowanym przez mężczyzn, w czasie kiedy datowanie powstania Świata/Życia opierano na egzegezie Biblii, a K. Darwin jeszcze nawet nie myślał o wyprawie na statku "Beagle", która w konsekwencji przyniosła światu teorie ewolucji i doboru naturalnego, wszczynając ferment, rzucając wyzwanie kreacjonizmowi. To właśnie znaleziska Mary Anning były jednymi z pierwszych dowodów na to, że Życie na Ziemi jest zdecydowanie starsze niż data jego powstania wywiedziona z Pisma Świętego. Nie dość, że pochodziła z ubogiej rodziny, była kobietą to znajdowała i trafnie klasyfikowała swoje znaleziska, które praktycznie demolowały ówczesny porządek świata. Gdyby żyła trochę wcześniej czekałby ją stos. Natomiast XIX-sto wieczna Anglia nagrodziła ją przyznaniem honorowego członkostwa w prestiżowym Londyńskim Towarzystwie Geologicznym. Ale bez euforii. Tytuł dostała pośmiertnie...

Zaletą i wartością "Dziewczyny z muszlą" jest nie tylko historia M. Anning, ale także plastycznie zarysowane tło społeczne i obyczajowe XIX-sto wiecznej Anglii. Otoczenie przypomina klimat wzięty z Jane Austen, gdzie (w uproszczeniu) celem kobiet jest wyjście za mąż, a staropanieństwo przyczyną rozterek, a nawet społecznego ostracyzmu. (nie czytałem żadnej z powieści J. Austen; znam tylko filmy nakręcone na ich podstawie obejrzane także, może przede wszystkim dla osoby K. Winslet:))

Reasumując książka nie jest tak fascynująca i literacko dopracowana jak "Dziewczyna z perłą". Jednak fabuła książki o J. Vermeerze jest praktycznie czystą, chociaż bardzo zgrabną fantazja. W przypadku "Dziewczyny z muszlą" autorka trzyma się faktów, a wszystkie postaci ze świata nauki, także relacje ze słynnym w owym czasie Francuzem  F. Cuvierem, światowym autorytetem w dziedzinie paleontologii miały faktycznie miejsce. Postacią historyczną jest także niejaka Elizabeth Philpot, osoba, która finansowo wspierała Mary Anning i jej rodzinę, zwłaszcza wówczas, gdy M. Anning była ubogą "zbieraczką dziwów". Książka, chociaż nie tak urokliwa jak "Dziewczyna z perłą" jest literaturą o kobietach i dla kobiet. I nawet jeśli nie podobała mi się tak bardzo jak ta o holenderskim malarzu, to przeczytałem ją z przyjemnością poszerzając swoją wątłą wiedzę na temat początków paleontologii.

Z filmem "Amonit" jest inaczej i to na wielu poziomach. To co mi się podobało to: Kate Winslet :) i zdjęcia. K. Winslet jest znakomita, a nieomal monochromatyczne jesienno-zimowe pejzaże kamienistych plaż i surowych klifów angielskiego wybrzeża urzekają pierwotnym pięknem, z którego jak sądzę bierze się początek feng shui, harmonia japońskich, kamiennych ogrodów, by gdzieś na końcu zamknąć się w oszczędnych formach skandynawskiego wzornictwa (troszkę mnie chiba poniosło:)). Film, w odróżnieniu od książki ma nikłą wartość poznawczą i historyczną. Reżyser i autor scenariusza w jednym - Francis Lee (mężczyzna) skupia się na lesbijskiej relacji pomiędzy Mary-zbieraczką, a Elizabeth-opiekunką gubiąc praktycznie tło obyczajowe oraz historyczne znaczenie zbierackiej pasji Mary Anning. Wziął z jej życia to co chciał i opowiedział jak chciał, z tym, że ani książka, ani dość obszerne wzmianki (wiki) o M. Anning nie mówią o jej intymnych relacjach z Elizabeth Philpot. Nie wątpię, że Tracy Chevalier przestudiowała wszelkie dostępne materiały dotyczące M. Anning. Anglicy mają ten komfort, że na ich wyspie zachowało się wszystko. Od amonitów do monarchii włącznie:) Poza zmaganiami lotnictwa w czasie II wojny, od czasów rzymskich po dzień dzisiejszy mieli zero wojen na swoim terenie, co  spowodowało, że cała historyczna spuścizna leży i czeka na wszystkich zainteresowanych ich eksploracją. Nie wątpię, że gdyby autorka trafiła na ślad namiętności pomiędzy paniami-bohaterkami jej książki, z pewnością by o tym wspomniała. Przecież  jest to, jak wspomniałem baaaardzo kobieca opowieść. Dlatego ten miłosny wątek jawi mi się bardziej jako pomysł zbieżny z obecnymi trendami niż jako prawda historyczna. I to mnie uwiera. Nie podoba mi się wymuszona fałszywie rozumianą poprawnością moda na wplatanie w opowiadane historie, często na siłę wątków homoseksualnych, wsteczną weryfikację kreskówek Disneya, tudzież obdarzanie znanych postaci literackich modnymi dzisiaj np. metroseksualnymi cechami. (zdarza mi się oglądać wraz z wnuczętami dzisiejsze kreskówki; odnoszę wrażenie, że jest to ciąg bezsensownych scen - guma do żucia, a całości brakuje związków logicznych i prawdy jaką miały zmagania i pościgi Toma i Jerry, czy inne postaci z serii "zwariowane melodie" ze szczególnym uwzględnieniem Strusia Pędziwiatra i Kojota) Zresztą autor scenariusza nie powołuje się na inspirację książką T. Chevalier, co może wskazywać, że film rozumiany jako całość jest w dużym stopniu tworem fantazji reżysera/autora scenariusza. 
 

 Na koniec. Film średni, czyli 5/10 w skali filmweb, natomiast książka używając tej samej skali -  7/10, czyli dobra.

czwartek, 3 sierpnia 2023

"Oppenheimer", reż. Christopher Nolan, USA, GB, 2023, film

 "Oppenheimer", reż. Christopher Nolan, USA, GB, 2023, film

Miałem mały problem: "Barbie",  czy "Oppenheimer", ale jednak padło na "Oppenheimera". Na "Barbie" też się z pewnością wybiorę (lubię Goslinga) jednak bardziej byłem zainteresowany kawałkiem historii zawartej w filmie, którego reżyserem jest Christopher Nolan. Widziałem kilka jego filmów. Ostatnim była bodaj "Dunkierka", którą wysoko oceniłem. "Oppenheimer" to też wojna tyle, że widziana od zaplecza; nie mniej śmiertelnym od zmagań na froncie jest wyścig, w którym biorą udział naukowcy budujący bombę atomową. 

Film zgodnie z tytułem jest filmem biograficznym, którego bohaterem jest okrzyknięty przez media "ojcem bomby atomowej" Robert Oppenheimer. To jednak tylko pierwsza z wielu warstw tej opowieści, która traktuje także o rozterkach świata nauki świadomego wielopoziomowych implikacji jakie spowoduje zbudowanie bomby. Głębiej jest o kondycji klasy politycznej dostającej nową niszczycielską broń, a jeszcze dalej o naszej cywilizacji jako takiej. Film można także odczytać jako moralitet i memento nabierające szczególnego znaczenia w czasie, gdy świat przygląda się wojnie na Ukrainie. Jednym słowem znaczeń jest wiele i nie wątpię, że każdy może wynieść z filmu coś dla siebie, coś osobistego. Jednak nawet najbardziej dramatyczna historia , nawet ta traktująca o nowym rozdziale w dziejach ludzkości musi być dobrze opowiedziana, zwłaszcza gdy trwa bite 3h. "Oppenheimer" jest pod tym względem znakomity. Świetni aktorzy (nie pamiętam, abym wcześniej widział kreującego główną rolę Ciliana Murphego; tutaj jest bezkonkurencyjny; rola życia?), doskonała kamera, bezbłędne tempo i dynamika tworzą prawdziwe, pełne, filmowe dzieło. Oceniam ten film na 9/10 w skali filmweb - rewelacyjny.

Łyżką dziegciu jest brak dubbingu/lektora. Jak zwykle w jego miejsce mamy napisy których czytanie jest koszmarem. 1. Film zawiera mnóstwo finezyjnych, gęstych dialogów, szybkich, ciętych uwag, które trzeba śledzić, rozumieć, czyli zdążyć przeczytać. Oglądanie filmu zamienia się w pogoń za ginącym szybko tekstem, bo bez jego rozumienia ucieka sens całej opowieści. Myślę, że czytam z przeciętną szybkością, która zwykle pozwala na równoległe czytanie i śledzenie obrazu. W przypadku "Oppenheimera" jest inaczej. To gonitwa za znikającymi błyskawicznie wyrazami, które na domiar złego mając białą czcionkę często wyświetlane są na  białym tle. 2. Film to także obraz. Goniąc za tekstem gubi się jakąś część obrazu co oznacza utratę pełni wrażeń jakie reżyser przy pomocy operatora chciał przekazać widzom. (zupełnie "uciekła" mi muzyka na która zwykle zwracam uwagę) W mojej ocenie brak dubbingu jest absolutną porażka praktycznie wszystkich filmów wyświetlanych w PL. Dystrybutorzy maksymalizują kosztem widzów swoje zyski. Dzieje się coś, co na innych rynkach (np. niemiecki) jest niedopuszczalne, przeciwko czemu polscy widzowie powinni protestować odmawiając chodzenia do kin na filmy pozbawione polskiego dubbingu. Oczywiście chodzi o solidny, aktorski dubbing, który dałby pracę mnóstwie polskich aktorów z drugiego i dalszych planów. Oni nie mają łatwo, potrzebują pracy. 

Zatem film jest moim zdaniem rewelacyjny. Jednak zanim pójdziecie do kina poćwiczcie szybkie czytanie. Ta umiejętność przyda się także w przyszłości, a po seansie "Oppenheimera" nie wyjdziecie poirytowani :)

czwartek, 20 lipca 2023

Tash Sultana, Letnia Scena Progresji, Fort Wola 22, Warszawa, sobota 2023.07.15, godz. 20:00, koncert

Tash Sultana, Letnia Scena Progresji, Fort Wola 22, Warszawa, sobota 2023.07.15, godz. 20:00, koncert

Na 1h przed koncertem miałem
poczucie, że znalazłem się na
Lesbos. Wrażenie wyobcowania
ustępowało w miarę zapełniania
się widowni :)
Nie wahałem się zbyt długo, gdy w newsletterze od eventim pojawiła się informacja o koncercie Tash Sultany. Niezwłocznie kupiłem bilety (marzec 2023) w obawie, że błyskawicznie się wyprzedadzą. Pomimo, że to co muzycznie robi Tash jest dość dalekie od bluesowo-rockowych klimatów, których gdy mam wybór słucham najchętniej, to znając wąski wycinek jej dokonań zdecydowałem, że warto. Jej sztandarowe jak dotąd dokonanie "Jungle", które usłyszałem w Radiu 357 ma na dzień dzisiejszy 231 mln odsłuchań na Spotify, a reszta innych po kilkadziesiąt milionów. Ale to nie siła liczb była przyczyną dla której zdecydowałem się na wydanie pieniędzy na ten właśnie koncert. Są artyści cieszący się większą popularnością bijący na głowę Tash w ilości odsłuchań. Byle k-popowy girls/boysband ma zdecydowanie lepsze statystyki, gdzie ilość odtworzeń lekko sięga 0,5 mld i więcej. Przyczyną dla której poszedłem na Tash jest muzyka, jej jakość, tudzież osoba samej artystki, która jest multiinstrumentalistką, kompozytorką, inżynierem dźwięku, performerką w jednym. Muzyka, którą gra Tash jest szalenie trudna do zdefiniowania. To autorski, międzygatunkowy mix wielu stylów. Jest tam wszystko: rockowy riff, reggae rytm, bluesowy zaciąg, bit rodem z drum&bass, sporo electro-popu i oczywiście hip-hopowe frazowanie. 

Nieduża, dobrze zorganizowana scena. Napakowana najnowszą
elektroniką. Dzięki techologii Tash może na żywo tworzyć, ale
także skakać po estradzie mając pełną, bieżącą kontrolę nad
procesem powstawania i prezentacji utworu.
Ciekawy koktail, który na żywo, na scenie miksowany był przez samą Tash dzięki użyciu wszelkich możliwych gadgetów elektronicznych służących do bieżącego nagrywania, zapętlania, nadgrywania kolejnych instrumentów. Po zbudowaniu rytmu, dograniu dodatków Tash sięgała po wiodący instrument, którym mogła być gitara, trąbka, puzon czy mandolina, aby na tle zbudowanej przez siebie muzycznej ściany zagrać partie wiodące i solowe. Mocne! Imponujące!

Stałem wystarczająco blisko, żeby widzieć szczegóły tego co
dzieje się na estradzie. Jednak LED-y, zwłaszcza centralny,
gdzie poza obrazem samej Tash widzianej przez kilka kamer
wyświetlano grafiki i wizualizacje, robią robotę. Ponadto
fajne światła i to co najważniejsze - znakomicie zbalansowane
nagłośnienie. Na otwartej przestrzeni dźwięk był moim zdaniem
znakomity! Chyba na dobre wyleczyłem się z koncertów
stadionowych!
Tash prezentując swoje multiinstrumentalne możliwości siła rzeczy troszkę się miota zmianiając instrumenty. Zwłaszcza na początku każdego kawałka ma ręce dosłownie pełne roboty, bo nie dość, że zmienia gitary podawane przez obsługę, dogrywa partie perkusji i klawiszy, to jeszcze przecież bywa, że coś dośpiewuje, a w międzyczasie(!) podskakuje i klaszcze zachęcając widownie do aplauzu. Huk roboty! Na szczęście po kilku pierwszych utworach (zaczęła od "Jungle") na estradę wyszła grupa wsparcia w osobach dziewczyny na klawiszach, bass-gitarzysty i perkusisty, którzy wzięli na siebie część zadań pozwalając Tash na więcej swobody w fikaniu po scenie i prezentację biegłości w opanowaniu innych instrumentów, gitary zwłaszcza. Koncert trwał około 1,45h. Na koniec było ponownie "Jungle", dłuuuugo nic poza publicznością domagającą się bisu i wreszcie spektakularny bisowy koniec. O ile troszkę mnie drażniło domaganie się, może nawet wymuszanie przez artystkę aplauzu (dłoń przy uchu) to koncert był moim zdaniem znakomity. Pozytywny odbiór to z pewnością wynik wielu czynników: dobra pogoda, świetne nagłośnienie, dobre miejsce do słuchania/obserwacji, nieoczywiste miejsce ulokowania sceny (na tyłach Progresji otoczeniu lekkiego bałaganiku magazynowo-postindustrialnego). Ale to były tylko dodatki do jakości jaką dostarczyła Tash Sultana. Była zwyczajnie i po prostu z n a k o m i t a!

Tash Sultana (foto net)


O samej Tash nie wiedziałem nic poza tym, że jest z Australii. Znałem tylko jej muzykę w towarzystwie bodaj jednego clipa widzianego na yt. Już po koncercie pogrzebałem chwilę w necie zaczynając od wiki (TU). Jakiś czas później koleżanka podrzuciła mi wywiad z Tash (TU) z komentarzem: "Oscar za tłumaczenie". Warto przeczytać. Ekwilibrystyka tłumacza jest zabawna :) Z pewnością w necie na jej temat, jej muzyki i koncertów jest zdecydowanie więcej. Nowej muzyki, nowych młodych wykonawców jest całe mnóstwo. Przebić się do świadomości słuchaczy nie jest łatwo. Zaistnieć globalnie jeszcze trudniej. Fajnie, że Tash się udało, zwłaszcza, że muzyka którą tworzy i wykonuje ma niebywale szeroką bazę. Mówi w wywiadzie, że robi to co lubi, w sposób jaki ją kręci nie schlebiając niczyim gustom. Chyba mówi prawdę...:) 

czwartek, 13 lipca 2023

Pozowane, podpatrzone. Fotografie Wojciecha Plewińskiego, Dom Spotkań z Historią, Warszawa, Karowa 20, wystawa


Pozowane, podpatrzone. Fotografie Wojciecha Plewińskiego, Dom Spotkań z Historią, Warszawa, Karowa 20, wystawa

Wojciech Plewiński był przez kilka dziesięcioleci jednym z głównych fotografów tygodnika "Przekrój". Kto pamięta ten wie, czym był "Przekrój". Dla tych którzy mają szczęście nie pamiętać tamtego okresu niech zachętą do odwiedzenia wystawy będzie informacja, że był to jeden z najważniejszych tygodników w dusznych czasach siermiężnego socjalizmu. Szeroka, przekrojowa formuła pisma społeczno-kulturalnego, kreatywny zespół redakcyjny, stali współpracownicy w osobach m.in. J. Waldorffa, L. Kydryńskiego, czy K.I. Gałczyńskiego czyniły z "Przekroju" tytuł po który do kiosków "Ruchu" ustawiały się dluuugie kolejki. Nie do przecenienia jest rola "Przekroju" w kreowaniu opinii i gustów środowisk inteligenckich oraz jego wpływu na poglądy aktywu robotniczego ze szczególnym uwzględnieniem znaczenia dla kształtowania postaw chłopstwa pracującego:) To na tyle o "Przekroju". Więcej można znaleźć w necie. Szkoda, że już go nie ma, ale jest wystawa zdjęć Wojciecha Plewińskiego. 

Panie kuratorki wystawy: A. Brzezińska i K. Sagatowska dokonały wyboru zdjęć i zgrupowały je w kilka tematycznych zbiorów. Zdjęć jest 150. Warto zarezerwować sobie około 1,5h na spokojne obejrzenie prezentowanych prac. Czarno-biała estetyka zdjęć automatycznie przenosi widza w minioną epokę, a doznanie podróży w czasie potęgowane jest scenami zarejestrowanymi przez aparat fotografa. Znamy zarówno większość portretowanych osób, podobnie jak klimaty Warszawy i małych miejscowości odwiedzanych przez autora zdjęć w latach 60-tych. To co zostało zatrzymane w kadrze kilkadziesiąt lat temu, a wdziane z dzisiejszej perspektywy prowadzi do porównań tamtej rzeczywistości z dniem dzisiejszym, skłania do zadumy. Zadziwiają: spostrzegawczość autora, czystość kadru oraz techniczna doskonałość zdjęć. Zamieszczone niżej zdjęcia K. Komedy i Kory to tylko nikła próbka/zachęta. Znakomitej większości prezentowanych na wystawie zdjęć nigdy wcześniej nie widziałem. Oglądałem je z prawdziwą przyjemnością.

Kora - Maanam

Krzysztof Komeda wraz z żoną.

Adres Karowa 20 to kamienica tuż za Hotelem Bristol. Wewnątrz poza wystawą (wejście darmowe) także kawiarnia z umiarkowanymi cenami. Dobry pomysł na uzupełnienie spaceru po Krakowskim Przedmieściu. Nieopodal, po przeciwnej stronie Krakowskiego Przedmieścia pod nr. 7 duża i zasobna księgarnia im. Bolesława Prusa. Też warta odwiedzenia.



wtorek, 11 lipca 2023

"Osiem gór" (Le otto montagne), reż. Felix Van Groeningen, Charlotte Vandermeersch, Włochy, Belgia, Francja, 2022, film

 "Osiem gór" (Le otto montagne), reż. Felix Van Groeningen, Charlotte Vandermeersch, Włochy, Belgia, Francja, 2022, film

Warto się pospieszyć, żeby zdążyć obejrzeć ten film, zanim spadnie z ekranów. To nie jest lekki film na czas wakacji, a właśnie teraz wszedł na ekrany. To film dla kin studyjnych, gdzie takie tytuły znikają szybko, nagle, bez uprzedzenia. Podobał mi się. Obejrzałem go w kinie Promu Kultury w zaskakująco licznym towarzystwie wypełniającym w 3/4 niewielka salę kinową. Oceniam film na 7, czyli "dobry" w 10-cio punktowej skali filmweb.

Nieoczywista historia męskich relacji syn-ojciec, kolega-przyjaciel traktuje o wyborach, nieuchronności losu, konieczności wypełnienia ról narzucanych przez życie determinowanych wzorcami wynoszonymi z dzieciństwa. To także opowieść o próbie życia poza głównym nurtem, szukaniu równowagi między tym co oferuje współczesna cywilizacja, a wewnętrzną potrzebą harmonii pchającą bohaterów ku przyrodzie, prostemu życiu, które, jak to życie, nie chce być proste. "Osiem gór" jest jedną z tych opowieści, gdzie praktycznie każdy może znaleźć coś swojego, coś dla siebie. Bo chociaż na pozór jest to historia typu "nie dajesz rady jedź w Bieszczady" to składa się z wielu warstw, które żmudnie, w czasie nieomal 2,5-godzinnej projekcji są widzowi odsłaniane prowokując do zadumy nad wyborami bohaterów, ich sposobem myślenia. Śledząc tę niespieszną historię stawiamy się w roli filmowych postaci myśląc co MY byśmy zrobili na ich miejscu. Bywa, że ich wybory budzą uśmiech, lub zwyczajnie denerwują. Życie...

Jest w tym filmie taka wydawać by się mogło oczywista prawda, że nasze "ja" składa się z mnóstwa drobiazgów, kawałków zdarzeń, myśli, nauk, gdzie jest miejsce na kolorowe szkiełka schowane w jakiejś dziurce w postaci "sekretu" (robiliście w przedszkolu "sekrety" z koleżankami/kolegami?) jak i pocięte do krwi pierwszym scyzorykiem bolące palce. Zadziwiające, jak wiele pamiętają nasze dzieci, jak dzisiaj oceniają nauki, które wkładaliśmy im do głowy w czasie gdy usiłowaliśmy im tłumaczyć świat. "Osiem gór" opowiada o sile relacji ojciec-syn i o tym, że męskie przyjaźnie często są proste, mogą się obywać bez zbędnego słowotoku. Nie, nie ma tutaj żadnego maczyzmu. Przeciwnie. Oglądajc ten film odniosłem wrażenie, że jego przesłanie zgrabnie mieści się w kwestii wypowiedzianej przez Juliette Binoche w  filmie "Zapiski z Toskanii" (o filmie TU): "gdybyśmy bardziej tolerowali słabości każdego z nas nie bylibyśmy tak samotni".

Mądry film z alpejską przyrodą w tle. Film jakich coraz mniej.