"Blue Jasmine", reż.Woody Allen, USA, 2013, właśnie w kinach
Lepszy niż poprzednie "miastowe" alleny, ale słabszy od starych, klasycznych jego filmow np.: "Manhattan", "Zelig". Niby ciagle ten sam Woody Allen wyczulony na smiesznosc, oblude i hipokryzje, ale nie te pazury, nie ten jad.
Uplyw czasu?
Każdy hippis kiedyś lysieje?
Film przeciętny, ale....
Znakomita Cate
Blanchett w glownej roli (widziałem ja calkiem niedawno w TVP Kultura w niezłym "Notatki o skandalu") i jak zwykle bdb Alec
Baldwin w gl. roli męskiej sa warci tego, żeby jednak pojsc na ten film.
Film niezbyt pochlebny dla Pań i przestroga dla Panów.
Dramat!
sobota, 28 września 2013
niedziela, 8 września 2013
"Kamp!", koncert live, Studio A. Osieckiej, Trojka, 2013.09.08
"Kamp!", koncert live, Studio A. Osieckiej, Trojka, 2013.09.08
W zeszłym tygodniu był "Klan" - dino z początku lat 70-tych.
Wiedzialem, ze w ta niedziele, dla równowagi(?) będzie mloda, nowa (dla mnie) kapela "Kamp!". Nie zadałem sobie trudu, żeby sprawdzić co graja. Wydzwonilem wejsciowki, poszedłem.
Po wyjesciu na widownie, rzuceniu okiem na przygotowane instrumentarium pomyslalem: nie jest dobrze. Masa klawiszy, plus elektroniczna perkusja zwiastowaly elektronike w roznych możliwych wcieleniach: disco polo, turbo-folk, pop w wydaniu elektronicznym.
A muzyka elektroniczna nie jest tym czego słucham, w co się wsluchuje, co gromadze (poza Kapitanem Nemo, którego beretke pasjami oglądam).
Bez entuzjazmu czekałem na początek, pierwsze dzwieki kapeli, która jak powiedziała wprowadzajaca ja na deski studia A. Osieckiej Agnieszka Szydłowska funkcjonuje już od 10 lat, a pierwsza, debiutancka plyte nagrala w zeszłym roku.
Trzech mlodziakow o sympatycznej powierzchowności przy glosnym aplauzie licznie przybylych fanow sprawnie rozpoczelo koncert. Duzo onomaptopei, czyli roznych ooch, och i innych ach, ach, ooou, tuuutu itp. co nie wrozylo dobrze, dodatkowo mnie usztywniało. Nie lubie takich wypełniaczy.
Teksty spiewane po angielsku (poprawnie; wg mnie oczywiscie), które ku mojemu zdziwieniu było dobrze slychac, tez mnie nie nastrajaly pozytywnie ze względu na swoja prostotę, schematyczność.
Jednak im dalej w koncert, tym bardziej mi podobalo. Bardzo przyzwoite granie. Elektro-pop jest w moim odczuciu/dla mnie gatunkiem użytkowym, klubowym, tanecznym. Chopaki z "Kamp!" robia swoje z duza doza profesjonalizmu, a to co sklada się na plyte/koncert jest niczym innym ja zacheta do ruszenia tylka, uruchomienia kolan/bioder/ramion, zaproszeniem do zabawy. Na widowni byli tacy (nieliczni), którzy ruszyli w tany, a cala publiczność pomimo, ze na siedzaco dobrze się bawila, bujala, rytmicznie klaskala.
Zabawa, uśmiech na twarzy, pozytywne wibracje i to co było widać i czuc, dzuuuuza radość chlopakow wynikajaca z faktu, ze graja, ze w Trojce, ze publicznosc się bawi, buja, reaguje.
Samo fajne.
Nie gorzej (wg mnie) niż OMD, Depeche, czy inne takie...
Gram sobie cd "Kamp!" 2x, siorbie wieczorne brandy i powoli sklaniajac się ku nocnemu spoczynkowi, mysle: cudze chwalicie, swojego nie znacie. Czy i na jakich antenach ich slychac? (Swoja droga nie wydaje mi się zebym slyszal "Kamp!" w Trojce. Może grali ich w godzinach, w których ja nie słucham radia?)
Z pewnoscia mozn znaleźć zapis koncertu na stronach Trojki. Nie znacie/byliście na koncercie - odszukajcie, zobaczcie, posłuchajcie.
WRESZCIE można było kupic plyte po koncercie (nie bez probelmu, ale jednak).
Bez zadęć, fanaberii tanczny elektro-pop.
Nie do kontemplowania, lecz do bujani się, przytupywania, zabawy.
Rytmiczne i ładniutkie.
Na godzinke z haczykiem w postaci jednego bisu, w sam raz.
W zeszłym tygodniu był "Klan" - dino z początku lat 70-tych.
Wiedzialem, ze w ta niedziele, dla równowagi(?) będzie mloda, nowa (dla mnie) kapela "Kamp!". Nie zadałem sobie trudu, żeby sprawdzić co graja. Wydzwonilem wejsciowki, poszedłem.
Po wyjesciu na widownie, rzuceniu okiem na przygotowane instrumentarium pomyslalem: nie jest dobrze. Masa klawiszy, plus elektroniczna perkusja zwiastowaly elektronike w roznych możliwych wcieleniach: disco polo, turbo-folk, pop w wydaniu elektronicznym.
A muzyka elektroniczna nie jest tym czego słucham, w co się wsluchuje, co gromadze (poza Kapitanem Nemo, którego beretke pasjami oglądam).
Bez entuzjazmu czekałem na początek, pierwsze dzwieki kapeli, która jak powiedziała wprowadzajaca ja na deski studia A. Osieckiej Agnieszka Szydłowska funkcjonuje już od 10 lat, a pierwsza, debiutancka plyte nagrala w zeszłym roku.
Trzech mlodziakow o sympatycznej powierzchowności przy glosnym aplauzie licznie przybylych fanow sprawnie rozpoczelo koncert. Duzo onomaptopei, czyli roznych ooch, och i innych ach, ach, ooou, tuuutu itp. co nie wrozylo dobrze, dodatkowo mnie usztywniało. Nie lubie takich wypełniaczy.
Teksty spiewane po angielsku (poprawnie; wg mnie oczywiscie), które ku mojemu zdziwieniu było dobrze slychac, tez mnie nie nastrajaly pozytywnie ze względu na swoja prostotę, schematyczność.
Jednak im dalej w koncert, tym bardziej mi podobalo. Bardzo przyzwoite granie. Elektro-pop jest w moim odczuciu/dla mnie gatunkiem użytkowym, klubowym, tanecznym. Chopaki z "Kamp!" robia swoje z duza doza profesjonalizmu, a to co sklada się na plyte/koncert jest niczym innym ja zacheta do ruszenia tylka, uruchomienia kolan/bioder/ramion, zaproszeniem do zabawy. Na widowni byli tacy (nieliczni), którzy ruszyli w tany, a cala publiczność pomimo, ze na siedzaco dobrze się bawila, bujala, rytmicznie klaskala.
Zabawa, uśmiech na twarzy, pozytywne wibracje i to co było widać i czuc, dzuuuuza radość chlopakow wynikajaca z faktu, ze graja, ze w Trojce, ze publicznosc się bawi, buja, reaguje.
Samo fajne.
Nie gorzej (wg mnie) niż OMD, Depeche, czy inne takie...
Gram sobie cd "Kamp!" 2x, siorbie wieczorne brandy i powoli sklaniajac się ku nocnemu spoczynkowi, mysle: cudze chwalicie, swojego nie znacie. Czy i na jakich antenach ich slychac? (Swoja droga nie wydaje mi się zebym slyszal "Kamp!" w Trojce. Może grali ich w godzinach, w których ja nie słucham radia?)
Z pewnoscia mozn znaleźć zapis koncertu na stronach Trojki. Nie znacie/byliście na koncercie - odszukajcie, zobaczcie, posłuchajcie.
WRESZCIE można było kupic plyte po koncercie (nie bez probelmu, ale jednak).
Bez zadęć, fanaberii tanczny elektro-pop.
Nie do kontemplowania, lecz do bujani się, przytupywania, zabawy.
Rytmiczne i ładniutkie.
Na godzinke z haczykiem w postaci jednego bisu, w sam raz.
piątek, 6 września 2013
"Wałkowanie Ameryki", aut. Marek Wałkuski, ksiażka, 2012
"Wałkowanie Ameryki", aut. Marek Wałkuski, ksiażka, 2012
Ksiazke wydano rok temu. Nie dalo się tego nie zauwazyc. Marek Wałkuski był przez kilkanaście lat redaktorem Trojki, wiec po wydaniu książki, w Trojce było o niej glosno. Panowie redaktorzy radośnie pdbijali sobie bębenka, robili atmosferę przywolujac pisarskie dokonania swoich kolegow m.in. W. Manna>>
http://prostozjeziora.blogspot.com/search?q=Wojeciech+Mann
To nad wyraz dobre samopoczucie, troszkę nachalna (moim zdaniem) promocja spowodowaly, ze nie pognałem natychmiast do księgarni pomimo, ze lubie faceta i jego piątkowe wejścia w popoludniowym bloku Kuby Strzyczkowskiego.
Odczekalem rok, pozyczylem ksiazke od kolegi Krzycha (z jego pozytywna rekomendacja) i oddalem się lekturze.
Ksiazka jest moim zdaniem OK.
Fajnie się czyta, jest interesujaca, a Marek Wałkuski, który jest długoletnim korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie okazuje się być nie tylko dobrym obserwatorem, lecz także tytanem pracy gromadzącym i analizującym dla potrzeb książki mase ciekawych danych statystycznych.
Autor bierze pod lupe fobie, mity, ciekawostki dotyczące Ameryki i jej mieszkancow.
"Wałkowanie..." objasnia i opisuje Ameryke w lekki, dowcipny, interesujacy sposób.
Jest rodzajem podręcznego kompendium wiedzy ulozonego w bloki tematyczne, dającego odpowiedzi na pytania często zadawane przez Europejczykow/Polakow.
Jest jakiś rodzaj podobieństwa (moim zdaniem oczywiście) pomiędzy "Wałkowaniem...", a "Zaczarowanymi Wyspami" Waldemara Łysiaka, które sa zbiorem znakomitych esejow dotyczących kultury Włoch. Obydwie można traktować jak przewodniki (o innym charakterze, ale jednak), można do nich wracac, trzeba je mieć "pod reka", na wlasnosc.
Marek Wałkuski nie jest zawodowym literatem, ale ma dziennikarskiego czuja, wie o czym i jak pisać. Pisze o tym czego doswiadcza, na czym się zna. Jest autentyczny, dowcipny, a wszytkie tematy maja solidna liczbowa/statystyczna baze.
Interesujaca, fajna ksiazka.
Ksiazke wydano rok temu. Nie dalo się tego nie zauwazyc. Marek Wałkuski był przez kilkanaście lat redaktorem Trojki, wiec po wydaniu książki, w Trojce było o niej glosno. Panowie redaktorzy radośnie pdbijali sobie bębenka, robili atmosferę przywolujac pisarskie dokonania swoich kolegow m.in. W. Manna>>
http://prostozjeziora.blogspot.com/search?q=Wojeciech+Mann
To nad wyraz dobre samopoczucie, troszkę nachalna (moim zdaniem) promocja spowodowaly, ze nie pognałem natychmiast do księgarni pomimo, ze lubie faceta i jego piątkowe wejścia w popoludniowym bloku Kuby Strzyczkowskiego.
Odczekalem rok, pozyczylem ksiazke od kolegi Krzycha (z jego pozytywna rekomendacja) i oddalem się lekturze.
Ksiazka jest moim zdaniem OK.
Fajnie się czyta, jest interesujaca, a Marek Wałkuski, który jest długoletnim korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie okazuje się być nie tylko dobrym obserwatorem, lecz także tytanem pracy gromadzącym i analizującym dla potrzeb książki mase ciekawych danych statystycznych.
Autor bierze pod lupe fobie, mity, ciekawostki dotyczące Ameryki i jej mieszkancow.
"Wałkowanie..." objasnia i opisuje Ameryke w lekki, dowcipny, interesujacy sposób.
Jest rodzajem podręcznego kompendium wiedzy ulozonego w bloki tematyczne, dającego odpowiedzi na pytania często zadawane przez Europejczykow/Polakow.
Jest jakiś rodzaj podobieństwa (moim zdaniem oczywiście) pomiędzy "Wałkowaniem...", a "Zaczarowanymi Wyspami" Waldemara Łysiaka, które sa zbiorem znakomitych esejow dotyczących kultury Włoch. Obydwie można traktować jak przewodniki (o innym charakterze, ale jednak), można do nich wracac, trzeba je mieć "pod reka", na wlasnosc.
Marek Wałkuski nie jest zawodowym literatem, ale ma dziennikarskiego czuja, wie o czym i jak pisać. Pisze o tym czego doswiadcza, na czym się zna. Jest autentyczny, dowcipny, a wszytkie tematy maja solidna liczbowa/statystyczna baze.
Interesujaca, fajna ksiazka.
środa, 4 września 2013
"Klan", koncert live, Studio A. Osieckiej, Trójka, niedziela 2013.09.01
"Klan", koncert live, Studio A. Osieckiej, Trójka, niedziela 2013.09.01
Po letniej przerwie Trójka wznowila emisje koncertow ze studia A. Osieckiej, a kapela, która zagrala jako pierwsza był "Klan".
Informacja, ze Klan wznowil dzialanosc wydając nowa plyte p.t. "Laufer" doleciała do mnie około roku temu. To bodaj Marek Niedzwiecki zagral tytułowy utwor w jednej ze swoich audycji wzbudzając moja ciekawość. Kawalek był niezły, mocno zagrany. W studio był lider "Klanu" - Marek Ałaszewski, który opowiadal o historii awangardowego wówczas (1970 r) zespołu. Pomyslalem, ze może warto kupic "Laufra" i..... szybko o nim zapomniałem. Kiedy uslyszalem o koncercie "Klanu" w Trojce podjalem probe i wydzwonilem wejsciowki.
Bo "Klan" to (dla mnie) glownie "Automaty", plyta "Mrowisko", a przede wszystkim kawalek "Z brzytwa na poziomki". Zwlaszcza ten ostatni dzialal zawsze na moja wyobraznie: barbarzynca z brzytwa przybieral postac Wesolego Sanitariusza Mleczki, który w szalonym, porannym zapamiętaniu chlasta poziomki wbrew broniącym ich zielonym faunom. No i te fujary...
Tekst zupełnie odjechany, muzyka także, która pomimo hmm.. znacznego upływu czasu nadal brzmi swiezo i ciekawie.
Kaple na trojkowa scene wprowadzil M. Niedzwiecki komplementując mlodzienczy wygląd M. Alaszewskiego, który w towarzystwie swojego syna (gitara basowa), giarzysty/klawiszowca, gitary solowej i pekusji rozpoczal koncert od kawalka "Laufer". Potem szybko się okazało, ze około 50% "nowej" plyty to stare kawałki w tym "Z brzytwą..", "Automaty", "Nerwy miast". Także szybko wyszlo na jaw, ze "Klan" ma tzw. materialu na 50 min. grania, czyli dokładnie tyle ile trwa live emisja na antenie. Kiedy przyszlo do bisu zagrali jeszcze jeden kawalek i po zawodach...
Zapis video jest tutaj>>>
http://www.polskieradio.pl/9/319/Artykul/919508,Legenda-polskiego-rocka-zespol-Klan-w-Trojce-(wideo)
Troszke się rozczarowałem.
Inne kapele zwykle graly zdecydowanie dluzej, a po rozgrzewce w pierwszej godzinie prawdziwy koncert, najlepsze solówy, najmocniejsze kawałki były grane już poza antena, w drugiej godzinie koncertu.
Muzycznie nie było zle. Progresywny rock grany przez "Klan" jest może ciut przechodzony, ale ja akurat lubie takie granie. Brzmienie wzmocnione dobra prekusja, okraszone mocnymi gitarowymi solo Piotra Gąssowskiego wręcz nowoczesne.
Jak zwykle mam pretensje do reżysera dzwieku za kiepskie wysterownie mikrofonu wokalu. Tekst był prawie nieczytelny, a siedzialalem w srodku, gdzie dźwięk powinien być najlepszy.
Godzinny koncert to niedostyt, ale godzinna podróż w wehikule czasu cofającego słuchacza ponad 40 lat wstecz - bezcenne, zwłaszcza za cene 5 zl, bo tyle kosztuje wejsciowka.
"Automaty" i "Z brzytwa na poziomki" w wykonaniu live!
Było progresywnie, krotko, ale milo.
Po letniej przerwie Trójka wznowila emisje koncertow ze studia A. Osieckiej, a kapela, która zagrala jako pierwsza był "Klan".
Informacja, ze Klan wznowil dzialanosc wydając nowa plyte p.t. "Laufer" doleciała do mnie około roku temu. To bodaj Marek Niedzwiecki zagral tytułowy utwor w jednej ze swoich audycji wzbudzając moja ciekawość. Kawalek był niezły, mocno zagrany. W studio był lider "Klanu" - Marek Ałaszewski, który opowiadal o historii awangardowego wówczas (1970 r) zespołu. Pomyslalem, ze może warto kupic "Laufra" i..... szybko o nim zapomniałem. Kiedy uslyszalem o koncercie "Klanu" w Trojce podjalem probe i wydzwonilem wejsciowki.
Bo "Klan" to (dla mnie) glownie "Automaty", plyta "Mrowisko", a przede wszystkim kawalek "Z brzytwa na poziomki". Zwlaszcza ten ostatni dzialal zawsze na moja wyobraznie: barbarzynca z brzytwa przybieral postac Wesolego Sanitariusza Mleczki, który w szalonym, porannym zapamiętaniu chlasta poziomki wbrew broniącym ich zielonym faunom. No i te fujary...
Tekst zupełnie odjechany, muzyka także, która pomimo hmm.. znacznego upływu czasu nadal brzmi swiezo i ciekawie.
Kaple na trojkowa scene wprowadzil M. Niedzwiecki komplementując mlodzienczy wygląd M. Alaszewskiego, który w towarzystwie swojego syna (gitara basowa), giarzysty/klawiszowca, gitary solowej i pekusji rozpoczal koncert od kawalka "Laufer". Potem szybko się okazało, ze około 50% "nowej" plyty to stare kawałki w tym "Z brzytwą..", "Automaty", "Nerwy miast". Także szybko wyszlo na jaw, ze "Klan" ma tzw. materialu na 50 min. grania, czyli dokładnie tyle ile trwa live emisja na antenie. Kiedy przyszlo do bisu zagrali jeszcze jeden kawalek i po zawodach...
Zapis video jest tutaj>>>
http://www.polskieradio.pl/9/319/Artykul/919508,Legenda-polskiego-rocka-zespol-Klan-w-Trojce-(wideo)
Troszke się rozczarowałem.
Inne kapele zwykle graly zdecydowanie dluzej, a po rozgrzewce w pierwszej godzinie prawdziwy koncert, najlepsze solówy, najmocniejsze kawałki były grane już poza antena, w drugiej godzinie koncertu.
Muzycznie nie było zle. Progresywny rock grany przez "Klan" jest może ciut przechodzony, ale ja akurat lubie takie granie. Brzmienie wzmocnione dobra prekusja, okraszone mocnymi gitarowymi solo Piotra Gąssowskiego wręcz nowoczesne.
Jak zwykle mam pretensje do reżysera dzwieku za kiepskie wysterownie mikrofonu wokalu. Tekst był prawie nieczytelny, a siedzialalem w srodku, gdzie dźwięk powinien być najlepszy.
Godzinny koncert to niedostyt, ale godzinna podróż w wehikule czasu cofającego słuchacza ponad 40 lat wstecz - bezcenne, zwłaszcza za cene 5 zl, bo tyle kosztuje wejsciowka.
"Automaty" i "Z brzytwa na poziomki" w wykonaniu live!
Było progresywnie, krotko, ale milo.
niedziela, 1 września 2013
"Miłość", reż. Filip Dzierżawski, film, PL, 2012, właśnie na ekranach
"Miłość", reż. Filip Dzierżawski, film, PL, 2012, właśnie na ekranach
Gdzies z mediów doleciało do mnie, ze jest taki dokument, ze muzyczny, ze dobry. Sprawdzilem na filmwebie ocene tzw. spolecznosci, a ze była/jest wysoka, nie bez pewnych obaw poszedłem zobaczyć. Obway dotyczyly znacznego entuzjazmu z jakim media wyrazalay się o tym filmie, okreslajac go jako "jeden z najwybitniejszych polskich filmow dokumentalnych ostatnich lat". Tego typu opinie zwykle okazują się mocno przesadzone. A fakt, ze film był/jest grany w jednym kinie w Warszawie tym bardziej usposabial mnie do niego sceptycznie.
Nieslusznie.
Film jest bardzo dobry, także moim zdaniem.
"Miłość" to nazwa zespołu o którym nigdy wcześniej nie slyszalem. Zalożony około 30 lat temu przez Tymona Tymańskiego miał w swoim skladzie Leszka Mżdżera, Mikołaja Trzaskę, Jacka Oltera, Macieja Sikale, a przez jakiś czas z "M" wspolracowal Lester Bowie - amerykański trębacz.
Grali muzyke, która nigdy do mnie nie przemowila, której nie rozumiem, nie czytam - free jazz.
Jednak film nie jest stricte o muzyce, chociaż jest jej wiele, ale o męskich przyjaźniach, fascynacjach, budowaniu zespołu i jego rozpadzie. Muzyka jest spoiwem, pasja, która powoduje, ze kilku ludzi, a każdy z innej bajki tworza calosc, zespol, który nagrywa plyty, wygrywa konkursy, jest rozpoznawalny.
Tymon Tymanski jawiący się w filmie jako muzyczny naturszczyk dazacy do bycia Iggy Popem polskiej sceny muzycznej naturalny spiritus movens nowopowstającej kapeli sciaga do niej muzykow o roznej wrazliwosci, roznych wizjach, umiejętnościach, wyksztalceniu.
Poskladana przez reżysera historia, w która umiejętnie wlaczono swietne materialy archiwalne, soczyste, wspolczesne, szczere (chyba) wypowiedzi muzykow oraz mnóstwo muzyki jest opisem powstania, rozkwitu i rozpadu idei, przedsiewziecia. Historia jakich mnóstwo wokół nas.
Bardzo podobala mi się osoba Leszka Mozdzera, który z pozycji muzyka-perfekcjonisty, prymusa-wyksztalciucha zmuszonego przez swój perfekcjonizm do opisywania skrzypniecia drzwi wlasciwymi dzwiekami, ewoluuje jako muzyk/człowiek gotowy grac wbrew sobie falszywa nute celem sprowokowania kolejnej mutacji w graniu free, z nadzieja i swiadomoscia, ze TO wlasnie jest wlasciwa droga muzycznych poszukiwan.
Oby ja znalazł i to możliwie szybko, bo free w obecnym wydaniu wydaje mi się być slepa sciezka muzycznej ewolucji. Trawie free w polaczeniu z obrazem, najchętniej takim jak "Milosc" wlasnie, bo patrzenie na muzykow pastwiących się nad instrumentami, wybaluszajacymi galy i mowiacymi otwarcie, ze sami nie wiedza o co w tym chodzi powoduje, ze czuje się ciut lepiej w dzwiekowym chaosie.
Jest rzecz, która mnie w "M" mocno wkurza - angielska sciezka dialogowa. Przez caly film pojawianie się napisow u dolu ekranu rozbijalo moja koncetrancje. Tak mam, ze jak sa napisy musze je czytac. Kiedy je czytam umyka mi czesc obrazu, czesc warstwy muzycznej.
Czyzby, film miał TYLKO jedna kopie?
Cala reszta jest znakomita.
Gdzies z mediów doleciało do mnie, ze jest taki dokument, ze muzyczny, ze dobry. Sprawdzilem na filmwebie ocene tzw. spolecznosci, a ze była/jest wysoka, nie bez pewnych obaw poszedłem zobaczyć. Obway dotyczyly znacznego entuzjazmu z jakim media wyrazalay się o tym filmie, okreslajac go jako "jeden z najwybitniejszych polskich filmow dokumentalnych ostatnich lat". Tego typu opinie zwykle okazują się mocno przesadzone. A fakt, ze film był/jest grany w jednym kinie w Warszawie tym bardziej usposabial mnie do niego sceptycznie.
Nieslusznie.
Film jest bardzo dobry, także moim zdaniem.
"Miłość" to nazwa zespołu o którym nigdy wcześniej nie slyszalem. Zalożony około 30 lat temu przez Tymona Tymańskiego miał w swoim skladzie Leszka Mżdżera, Mikołaja Trzaskę, Jacka Oltera, Macieja Sikale, a przez jakiś czas z "M" wspolracowal Lester Bowie - amerykański trębacz.
Grali muzyke, która nigdy do mnie nie przemowila, której nie rozumiem, nie czytam - free jazz.
Jednak film nie jest stricte o muzyce, chociaż jest jej wiele, ale o męskich przyjaźniach, fascynacjach, budowaniu zespołu i jego rozpadzie. Muzyka jest spoiwem, pasja, która powoduje, ze kilku ludzi, a każdy z innej bajki tworza calosc, zespol, który nagrywa plyty, wygrywa konkursy, jest rozpoznawalny.
Tymon Tymanski jawiący się w filmie jako muzyczny naturszczyk dazacy do bycia Iggy Popem polskiej sceny muzycznej naturalny spiritus movens nowopowstającej kapeli sciaga do niej muzykow o roznej wrazliwosci, roznych wizjach, umiejętnościach, wyksztalceniu.
Poskladana przez reżysera historia, w która umiejętnie wlaczono swietne materialy archiwalne, soczyste, wspolczesne, szczere (chyba) wypowiedzi muzykow oraz mnóstwo muzyki jest opisem powstania, rozkwitu i rozpadu idei, przedsiewziecia. Historia jakich mnóstwo wokół nas.
Bardzo podobala mi się osoba Leszka Mozdzera, który z pozycji muzyka-perfekcjonisty, prymusa-wyksztalciucha zmuszonego przez swój perfekcjonizm do opisywania skrzypniecia drzwi wlasciwymi dzwiekami, ewoluuje jako muzyk/człowiek gotowy grac wbrew sobie falszywa nute celem sprowokowania kolejnej mutacji w graniu free, z nadzieja i swiadomoscia, ze TO wlasnie jest wlasciwa droga muzycznych poszukiwan.
Oby ja znalazł i to możliwie szybko, bo free w obecnym wydaniu wydaje mi się być slepa sciezka muzycznej ewolucji. Trawie free w polaczeniu z obrazem, najchętniej takim jak "Milosc" wlasnie, bo patrzenie na muzykow pastwiących się nad instrumentami, wybaluszajacymi galy i mowiacymi otwarcie, ze sami nie wiedza o co w tym chodzi powoduje, ze czuje się ciut lepiej w dzwiekowym chaosie.
Jest rzecz, która mnie w "M" mocno wkurza - angielska sciezka dialogowa. Przez caly film pojawianie się napisow u dolu ekranu rozbijalo moja koncetrancje. Tak mam, ze jak sa napisy musze je czytac. Kiedy je czytam umyka mi czesc obrazu, czesc warstwy muzycznej.
Czyzby, film miał TYLKO jedna kopie?
Cala reszta jest znakomita.
piątek, 23 sierpnia 2013
"Po Syberii" (In Siberia), aut. Colin Thubron, ksiażka, 2011
"Po Syberii" (In Siberia), aut. Colin Thubron, ksiażka, 2011
"To nie jest Hugo-Bader, ale warto" - powiedziała kolezanka pozyczajac mi te ksiazke.
I nie jest.
Tym bardziej nie jest to Kapuscinski, bo to wlasnie jego "Imperium" ustawilo (moim zdaniem oczywiście) reportażową poprzeczke dotyczaca Rosji tak wysoko, ze nawet uwzgledniajac zarzuty Domoslawskiego niewielu jest w stanie te poprzeczke tknąć. Jedynym znanym mi reportażystą, który w moim przekonaniu jest rownie dobry, a jego książki o Rosji-Syberii podobnie fascynujące jest Jacek Hugo-Bader.
Na czwartej okładce "Po Syberii" czytam, ze Colin Thubron w roku 2008 został zaliczony przez dziennik "The Times" do pierwszej piećdziesiatki największych powojennych pisarzy brytyjskich.
Niezla rekomendacja, ale...to tylko piecdziesiatka...
Meczylem się z ta ksiazka. Nie wracałem do jej lektury z nadzieja na emocje jaka powinna dawac kazda kolejna przeczytana strona. Przyczyna moim zdaniem jest prosta. Colin jest tak zafascynowany faktem, ze pozwolono mu na swobodne zwiedzanie Syberii, ze ow fakt wprowadza go w zachwyt i nerwowe wibracje. Nauczyl się rosyjskiego co pozwala mu na odnalezienie się w syberyjskim interiorze, ale zachodnia metalnosc nie daje mu tej wlasciwej Hugo-Baderowi latwosci nawiązywania kontaktow z autochtonami. Dlatego Colin jest TYLKO podróżnikiem opisującym i doswiadczajacym Syberii przez okna pociągu, przez otoczke swoejej "zachodniości". Pisze o przyrodzie, o endemiczynych bajkalskich gatunkach fauny i flory, ale praktycznie nie dotyka najważniejszego - losu, historii ludzi rzuconych, lub/i urodzonych na Syberii.
A wlasnie ci ludzie, te historie sa w moim przekonaniu najciekawsze>>
http://prostozjeziora.blogspot.com/2012/02/dzienniki-koymskie-aut-jacek-hugo-bader.html
(+ nieprawdopodobna "Biala gorączka" i fascynujaca "W rajskiej dolinie wśród zielska" tego samego autora).
Nie będę się rozwodzil. Przeczytalem i wiem, ze "Imperium" R. Kapuścińskiego i w/w książki J. Hugo-Badera sa w moim przekonaniu lepsze.
"Po Syberii" to lektura uzupelniajaca.
Abecadło to R. Kapuścinski i J. H.Bader.
"To nie jest Hugo-Bader, ale warto" - powiedziała kolezanka pozyczajac mi te ksiazke.
I nie jest.
Tym bardziej nie jest to Kapuscinski, bo to wlasnie jego "Imperium" ustawilo (moim zdaniem oczywiście) reportażową poprzeczke dotyczaca Rosji tak wysoko, ze nawet uwzgledniajac zarzuty Domoslawskiego niewielu jest w stanie te poprzeczke tknąć. Jedynym znanym mi reportażystą, który w moim przekonaniu jest rownie dobry, a jego książki o Rosji-Syberii podobnie fascynujące jest Jacek Hugo-Bader.
Na czwartej okładce "Po Syberii" czytam, ze Colin Thubron w roku 2008 został zaliczony przez dziennik "The Times" do pierwszej piećdziesiatki największych powojennych pisarzy brytyjskich.
Niezla rekomendacja, ale...to tylko piecdziesiatka...
Meczylem się z ta ksiazka. Nie wracałem do jej lektury z nadzieja na emocje jaka powinna dawac kazda kolejna przeczytana strona. Przyczyna moim zdaniem jest prosta. Colin jest tak zafascynowany faktem, ze pozwolono mu na swobodne zwiedzanie Syberii, ze ow fakt wprowadza go w zachwyt i nerwowe wibracje. Nauczyl się rosyjskiego co pozwala mu na odnalezienie się w syberyjskim interiorze, ale zachodnia metalnosc nie daje mu tej wlasciwej Hugo-Baderowi latwosci nawiązywania kontaktow z autochtonami. Dlatego Colin jest TYLKO podróżnikiem opisującym i doswiadczajacym Syberii przez okna pociągu, przez otoczke swoejej "zachodniości". Pisze o przyrodzie, o endemiczynych bajkalskich gatunkach fauny i flory, ale praktycznie nie dotyka najważniejszego - losu, historii ludzi rzuconych, lub/i urodzonych na Syberii.
A wlasnie ci ludzie, te historie sa w moim przekonaniu najciekawsze>>
http://prostozjeziora.blogspot.com/2012/02/dzienniki-koymskie-aut-jacek-hugo-bader.html
(+ nieprawdopodobna "Biala gorączka" i fascynujaca "W rajskiej dolinie wśród zielska" tego samego autora).
Nie będę się rozwodzil. Przeczytalem i wiem, ze "Imperium" R. Kapuścińskiego i w/w książki J. Hugo-Badera sa w moim przekonaniu lepsze.
"Po Syberii" to lektura uzupelniajaca.
Abecadło to R. Kapuścinski i J. H.Bader.
środa, 31 lipca 2013
Osiecka na Bemowie, Monika Dryl, koncert live, Amfiteatr Bemowo, 2013.07.18
Osiecka na Bemowie, Monika Dryl, koncert live, Amfiteatr Bemowo, 2013.07.18
3x Osiecka. 3 koncerty: Stanislaw Soyka, Marcin Januszkiewicz i Monika Dryl własnie. Nie było mi dane być na wszystkich zorganizowanych przez Fundacje "Okularnicy" darmowych koncertach, które odbyly się w lipcu w Amfiteatrze Bemowo. Troszke zaluje zwłaszcza koncertu Soyki. Nigdy (chyba) nie slyszalem go w repertuarze Osieckiej. M. Januszkiewicza (1987), który jest laureatem 14 Konkursu "Pamietajmy o Osieckiej" slyszalem live na finale Konkursu w Teatrze Roma. Wygral go jako pierwszy w historii Konkursow facet z kawalkiem "Wybacz Mamasza", muz. Przemyslaw Gintrowski. Podobnie jak reszta konkursowiczow nie byl przypadkowym amatorem, ale zawodowym aktorem (T. Wpolczesny W-wa) i rzeczywiście byl OK.
Monika Dryl także jest zawodowa aktorka i laureatka Konkursu (6-stego)"Pamietajmy o Osieckiej". Nie jest latwo zwyciezyc w tym konkursie. W regionalnych eliminacjach startuje masa młodych nie tylko aktorow, usiłujących zaistnieć na scenie/estradzie. W każdym razie być laureatem swiadczy o odpowiednim poziomie, dlatego m.in. pojechałem jej posluchac.
Drobna blondynka, w długiej sukni obdarzona dobrym glosem spiewala glownie kawałki z repertuaru M. Rodowicz. Wiotkosc i kruchość Moniki sa pozorne. Ma silny glos, potrafi się wydrzeć! Poza piosenkami z tekstami Osieckiej spiewala także inne kawlki, a wśród nich, także na bis, przyjemna kompilacje "Dziwny jest ten swiat" z "It's a man's world" Jamesa Browna. Zaskakujace ile mocy ma w sobio to eteryczne dziewcze!
Monika wystepowala na bosaka. Jaks maniera, czy co? Ja rozumiem, ze Cesaria Evora musi na boska. Stopy ciut rozklepane, do każdego buta nie wejda. Ale Monika? W czasie spiewania fikala troszkę nóziami i widać był, ze stópki ma czarne jak przyslowiowa swieta ziemia. Ciekawe ile jej zajmuje domycie nog po takim koncercie? Ilekroc widze artystke wystepujaca boso, ZAWSZE moja pamięć przywoluje zdjecie z tygodnika "Perspektywy" przedstawiające zbliżenie stóp etiopskiego zolnierza (chodzili wówczas boso). Fakt, ze pamiętam je do tej pory (Perspektywy przestaly się ukazywać w 1969 roku) swiadczy o wrazeniu jakie na mnie te stopy zrobily. To był księżycowy krajobraz. Parowy, wąwozy, groty w korych czail się nigdy nie myty brud. Twarde, popękane, brudne. Fikaj Monisia na boska fikaj. Jeszcze trochę i żaden Scholl Ci nie pomoze!
Darmowy koncert rzadzi się swoimi prawami. Ludzie laza, gadaja, dzieciaki biegają, taka piknikowa atmosfera. I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, ze dziewczynki biegając piszcza. I to jak! Chlopcy nie, dziewczynki tak. Czyzby to Monika je tak nastrajała?
Nie ma jednak co narzekac. Osiecka, do tego za darmo!
Tylko Soyki mi szkoda...
Koncerty "Osiecka na Bemowie" maja już swoja trzyletnia tradycje.
Może za rok?
(Jeśli tak to z poduszka pod tylek. Lawki (drewniane) w Amfiteatrze sa koszmarnie niewygodne, nieergonomiczne. Nie sposób posadowic tylek tak, żeby w niego nie rżnęły).
3x Osiecka. 3 koncerty: Stanislaw Soyka, Marcin Januszkiewicz i Monika Dryl własnie. Nie było mi dane być na wszystkich zorganizowanych przez Fundacje "Okularnicy" darmowych koncertach, które odbyly się w lipcu w Amfiteatrze Bemowo. Troszke zaluje zwłaszcza koncertu Soyki. Nigdy (chyba) nie slyszalem go w repertuarze Osieckiej. M. Januszkiewicza (1987), który jest laureatem 14 Konkursu "Pamietajmy o Osieckiej" slyszalem live na finale Konkursu w Teatrze Roma. Wygral go jako pierwszy w historii Konkursow facet z kawalkiem "Wybacz Mamasza", muz. Przemyslaw Gintrowski. Podobnie jak reszta konkursowiczow nie byl przypadkowym amatorem, ale zawodowym aktorem (T. Wpolczesny W-wa) i rzeczywiście byl OK.
Monika Dryl także jest zawodowa aktorka i laureatka Konkursu (6-stego)"Pamietajmy o Osieckiej". Nie jest latwo zwyciezyc w tym konkursie. W regionalnych eliminacjach startuje masa młodych nie tylko aktorow, usiłujących zaistnieć na scenie/estradzie. W każdym razie być laureatem swiadczy o odpowiednim poziomie, dlatego m.in. pojechałem jej posluchac.
Drobna blondynka, w długiej sukni obdarzona dobrym glosem spiewala glownie kawałki z repertuaru M. Rodowicz. Wiotkosc i kruchość Moniki sa pozorne. Ma silny glos, potrafi się wydrzeć! Poza piosenkami z tekstami Osieckiej spiewala także inne kawlki, a wśród nich, także na bis, przyjemna kompilacje "Dziwny jest ten swiat" z "It's a man's world" Jamesa Browna. Zaskakujace ile mocy ma w sobio to eteryczne dziewcze!
Monika wystepowala na bosaka. Jaks maniera, czy co? Ja rozumiem, ze Cesaria Evora musi na boska. Stopy ciut rozklepane, do każdego buta nie wejda. Ale Monika? W czasie spiewania fikala troszkę nóziami i widać był, ze stópki ma czarne jak przyslowiowa swieta ziemia. Ciekawe ile jej zajmuje domycie nog po takim koncercie? Ilekroc widze artystke wystepujaca boso, ZAWSZE moja pamięć przywoluje zdjecie z tygodnika "Perspektywy" przedstawiające zbliżenie stóp etiopskiego zolnierza (chodzili wówczas boso). Fakt, ze pamiętam je do tej pory (Perspektywy przestaly się ukazywać w 1969 roku) swiadczy o wrazeniu jakie na mnie te stopy zrobily. To był księżycowy krajobraz. Parowy, wąwozy, groty w korych czail się nigdy nie myty brud. Twarde, popękane, brudne. Fikaj Monisia na boska fikaj. Jeszcze trochę i żaden Scholl Ci nie pomoze!
Darmowy koncert rzadzi się swoimi prawami. Ludzie laza, gadaja, dzieciaki biegają, taka piknikowa atmosfera. I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, ze dziewczynki biegając piszcza. I to jak! Chlopcy nie, dziewczynki tak. Czyzby to Monika je tak nastrajała?
Nie ma jednak co narzekac. Osiecka, do tego za darmo!
Tylko Soyki mi szkoda...
Koncerty "Osiecka na Bemowie" maja już swoja trzyletnia tradycje.
Może za rok?
(Jeśli tak to z poduszka pod tylek. Lawki (drewniane) w Amfiteatrze sa koszmarnie niewygodne, nieergonomiczne. Nie sposób posadowic tylek tak, żeby w niego nie rżnęły).
Subskrybuj:
Posty (Atom)