czwartek, 31 marca 2022

M Liga MTB Maraton 1 etap - Łódź, niedziela 2022.03.27

 M Liga MTB Maraton 1 etap - Łódź, niedziela 2022.03.27

Zapowiedź dobrej, słonecznej pogody także
miała znaczenie w procesie podejmowania decycyzji.
Było rześko, słonecznie, idealne warunki do jazdy.

O wyjeździe do Łodzi myślałem od dłuższej chwili. Mam tam priv obowiązki, które powodują, że staram się łączyć przyjemne z pożytecznym. Jednak decyzję podjąłem w ostatniej chwili. Świadomość, że jest to początek sezonu, a trasa jak na początek wymagająca, powodowała zwłokę z podjęciem finalnej decyzji. Dystans nie był problemem - 60 km. Do myślenia dawała suma przewyższeń wynosząca około 1200 m. To więcej niż na rasowym górskim mtb-maratonie! Byłem w Parku Łagiewnickim parę lat temu przy okazji zawodów rowerowych syna. Pomimo tego, że to przecież środek Polski trasy rowerowe są mocno pofałdowane. Podjazdy nie są zbyt długie, ale wymagające, często o sporym nachyleniu. Uzyskanie 1200 m przewyższeń oznacza tyle co dwukrotny wjazd na Szrenicę, czyli praktycznie rollercoaster. Potrzeba wypełnienia priv obowiązków zaważyła - pojechałem. 

Początek sezonu, plus przyjazna pogoda zgromadziły na starcie dużo jak na kameralne imprezy M Ligi, zawodników. Wydaje mi się, że we wszystkich konkurencjach wzięło udział dobrze ponad 400 osób. Numery na najdłuższy dystans 60 km - "challenge", wzięło ponad 100 zawodników, w tym 2 dwóch "młodzieńców" z kategorii M5 czyli dino. Dzięki temu miałem gwarantowane miejsce na pudle:) Byłem II-gi w kategorii M5 (urodzeni 1961 i strasi).

Końcowe kilometry. Ciężko...

W klasyfikacji open przyjechałem na pozycji 74. Pocieszające jest to, że nadal nie było to miejsce ostatnie do którego dzieliło mnie około 20 pozycji. Ujechałem się nieludzko. To z pewnością efekt błędu w żywieniu - powinienem więcej jeść na 2-3 dni przed imprezą. Żele i batony jedzone w trakcie ścigania nie są w stanie uzupełnić wzmożonego zapotrzebowania na kalorie, które oceniam na około 3000 kcl (jechałem 3h34min). Na ostatnich 20 km zwyczajnie brakowało mi siły. Organizacja jak zwykle bez szwanku, chociaż wyraźnie niedoszacowano frekwencji i zabrakło gorącego posiłku dla wszystkich kończących dystans "challenge". Mnie przypadły "wyskrobki" z dna kotła, którymi podzieliłem się z innym, wygłodniałym zawodnikiem. Ale to drobiazg. Było ciężko, ale znakomicie!

piątek, 18 marca 2022

"Samo-loty", aut. Marek Stokowski, audiobook, 2022, czyta Adam Bauman

 "Samo-loty", aut. Marek Stokowski, audiobook, 2022, lektor Adam Bauman




No i stało się! "Samo-loty" zostały wydane w ver. audio. Kolejne pozycje z e-wznowienia (TU): "Stroiciel lasu" i "Kino krótkich filmów" zostały także nagrane i już za chwilę będą dostępne na rynku. "Samo-loty" w ver. audio kupiłem TU. Zgodnie zapowiedzią z poprzedniego posta lektorem jest Adam Bauman, zawodowy aktor znający i czujący prozę Marka. Adam jest fachowcem, który udzielił głosu wielu filmowym i radiowym postaciom. (TU o Adamie w wiki. UWAGA! Jest dwóch aktorów o tym samym imieniu i nazwisku). Adama znam prawie tak długo jak Marka. Miałem okazję być na jego spektaklu dyplomowym. To byli "Clowni" - zgrabne połączenie teatru, pantomimy, ze szczyptą kabaretu, w reż. Andrzeja Strzeleckiego z 1983 roku, brawurowo grani na małej scenie Teatru Powszechnego. W moim przekonaniu był to rodzaj "wprawki-pilota", którego dobre przyjęcie zaowocowało kolejnym dyplomowym spektaklem "Złe zachowanie" (1984) także w reż. A. Strzeleckiego, które cieszyło się znacznym powodzeniem, wręcz sławą. Autorem choreografii do "Złego zachowania" był Janusz Józefowicz. Stąd już tylko mały kroczek do musicalu "Metro" (1991)... 

Piszę dużo o Adamie, gdyż jego osoba, profesjonalizm połączony z wiedzą na temat czasu i miejsca akcji "Samo-lotów" są rzeczywistą wartością dodaną do tekstu Marka Stokowskiego. Marek rekomendował wydawnictwu Adama, jako lektora swoich książek. To był dobry pomysł! "Samo-loty" są opowieścią ulokowaną w latach 70-tych na warszawskim Okęciu. To był czas kiedy 13-letnim dzieciakom do zabawy wystarczał podwórkowy trzepak i nieograniczona wyobraźnia. Bezpośrednie sąsiedztwo międzynarodowego lotniska, widok odlatujących samolotów determinował wyobraźnie bohaterów książki pozwalając im "odlatywać" w wyimaginowanych statkach powietrznych, których wzorem, obiektem marzeń była smukła Caravelle, pierwszy francuski odrzutowy samolot pasażerski i pierwsza na świecie konstrukcja z silnikami umieszczonymi w tyle kadłuba. Z jednej strony siermiężne lata 70-te, gdzie rarytasem były kubańskie pomarańcze, z drugiej zaś, na niebie, samoloty unoszące ludzi w inne, egzotyczne światy... 
Nie mieszkałem na Okęciu, chodziłem tam do szkoły i znam/pamiętam doskonale opisywane przez Marka ulice, atmosferę tamtych lat, smak piwa pitego w lotniskowej kawiarni, widok samolotów, wsiadających do nich pasażerów obserwowanych ze specjalnej platformy widokowej ulokowanej obok głównego budynku dworca lotniczego. Książka Marka umyka łatwej klasyfikacji. To rodzaj wykreowanego fantazją bohatera książki bajkowego komediodramatu, w którym dzieją się rzeczy nieprawdopodobne, fantastyczne, ale jeśli damy się uwieść opowiadanej historii jesteśmy skłonni uwierzyć i zaakceptować te fantazje. Odlatując wraz z bohaterami w kokpicie Caravelle w barwach AirFrance wiemy przecież, że nasz odrzutowiec napędzany jest siłą imaginacji, pragnień, że gdzieś tam jest szarość, beznadziejność, pośród której, w końcu, jednak będziemy musieli wylądować. Ale póki co... Chwilo trwaj! Jest w tej książce mnóstwo optymizmu, humoru, zabaw językowych, zaskakujących skojarzeń, czyli to, co tak bardzo podobało mi się w pierwszej przeczytanej przeze mnie  książce autorstwa Marka - "Sny dla dorosłych i dla dzieci" (1998). "Samo-loty" to także kobiety i dziewczyny, a zwłaszcza ona - Gośka Dyngus, która pojawia się w istotnych dla Marcina - bohatera książki momentach, wkraczając do akcji w krótkiej sukience, eksponując opalone nogi. Mało tego, że dobrze wygląda, to jeszcze gra w nogę i nieźle jeździ na rowerze. Sporo, jak na jedną Gośkę :) 

Jestem w trakcie słuchania audiobooka. Mam za sobą 6 z 17 odcinków (na tyle podzielony jest plik mp3). Adam interpretuje tekst Marka po mistrzowsku (moim zdaniem). "Samo-loty" to pierwszy audiobook, który kupiłem/ściągnąłem na telefon. Proces był długi i żmudny. Po zaakceptowaniu wszystkich zgód, w tym rezygnacji z prawa zwrotu(!), po kliknięciu "pobierz" nie działo się NIC. "Nic" trwało na tyle długo, że zdążyłem zadzwonić, wyrazić swoją dezaprobatę odnośnie procesu kupowania, wysłuchać, że pani konsultant nie ma pojęcia o audiobookach, aby po około 5-8 min, w trakcie rozmowy, pod pustym polem przeglądarki pojawiła się niebieska linia, która bez żadnej informacji o stanie/postępie pobierania ślamazarnie przesuwała się ku prawemu brzegowi ekranu... Jeszcze tylko kolejne 5 min. i miałem plik w telefonie. (To ku przestrodze/informacji dla niecierpliwych :))


poniedziałek, 7 marca 2022

Ukraina. https://pomagamukrainie.gov.pl/

Ukraina. #PomagamUkrainie

Kędzierzyn-Koźle. Mural ul. Przechodnia.
Przeżywamy dramat Ukrainy. Trudno jest się odnaleźć w obliczu tragedii dziejącej się niecałe 300 km od Warszawy. Świat za cenę iluzorycznego spokoju patrzy na rzeź i cieszy się, że Putin stracił czarny pas... Ale mu dopieprzyliśmy! 

Łzy wypłakane, słowa wypowiedziane, przekleństwa rzucone! Liczą się tylko czyny.  Na stronie >>> #PomagamUkrainie jest szereg rzeczowych rad dotyczących możliwości niesienia pomocy. Warto jest przeczytać aktualną listę potrzeb oraz przestudiować zalecenia psychologów odnośnie traktowania uchodźców. Wówczas pomoc będzie miała większą wartość i sens.

Z piątku ma sobotę byłem z kolegą Jackiem dwoma samochodami w punkcie recepcyjnym w Hrubieszowie >>>> Punkt Recepcyjny dla Obywateli Ukrainy | Miasto Hrubieszów (hrubieszow.pl) Zabraliśmy do W-wy 10 kobiet i dzieci, plus pies, dla których znaleźliśmy noclegi w jednym z warszawskich hosteli. Jednej z kobiet córka opłaciła miejsce w hotelu. Docelowym punktem podróży reszty "naszych" Ukrainek była Ustka. Tam miały rodzinę/znajomych mieszkających/pracujących w Polsce. 

Punkty recepcyjne nie są noclegowniami. Tutaj uchodźcy znajdują pierwszą pomoc, mogą odpocząć, zjeść, otrzymać podstawowe środki higieniczne, uzupełnić garderobę. Potem trzeba ich przetransportować w głąb kraju, aby w punkcie recepcyjnym nie robił się ludzki zator. Z większych ośrodków miejskich, które są lepiej skomunikowane z reszta kraju (i świata) łatwiej się im dostać do miejsc docelowych. W punktach recepcyjnych w sposób oczywisty panuje zamieszanie. Jednak miejscowi wolontariusze robią świetną robotę. Zgłosiliśmy nasz przyjazd przypadkowej dziewczynie w żółtej kamizelce określając kierunek transportu, oraz ilość miejsc w samochodach. Reakcja wolontariuszki była profesjonalna, błyskawiczna. Natychmiast powiedziała, że ma jedną duża rodzinę, która została przywieziona z granicy i właśnie jest w tracie gorącego posiłku, plus jedna kobietę, która jest już gotowa do jazdy. Po 15 min. mieliśmy wszystkich w samochodach. Przy pomocy wolontariuszki wypełniliśmy (względy bezpieczeństwa) papiery (dane kierowców, nr rej. nr. telefonów, miejsce docelowe oraz nazwiska i nr. paszportów Ukrainek) z których jeden egz. zostaje w punkcie kontroli obsługiwanym przez policje przy wyjeździe z terenu punktu recepcyjnego, a drugi odbierają ludzie w punkcie docelowym. Po 20-25 min. od przyjazdu do Hrubieszowa byliśmy w drodze powrotnej do W-wy.

czwartek, 17 lutego 2022

"Druga strona medalu: Skandal w amerykańskiej gimnastyce." (At the Heart of Gold: Inside the USA Gymnastics Scandal), reż. Erin Lee Carr, USA, 2019, film, HBO

 "Druga strona medalu: Skandal w amerykańskiej gimnastyce." (At the Heart of Gold: Inside the USA Gymnastics Scandal), reż.  Erin Lee Carr, USA, 2019, film, HBO

Sprawa lekarza-pedofila - Larrego Nassara, zagnieżdżonego w amerykańskim związku gimnastycznym jest dość stara (2019), powszechnie znana. Obejrzałem ten film, gdyż nie śledziłem kolejnych etapów dochodzenia, znałem tylko jego końcowy wynik. Jednak bezpośrednim impulsem, który spowodował, że wybrałem ten właśnie film ma wieczorną sesję na ergometrze jest nasza, lokalna, polska sex-afera, która miała miejsce w środowisku kolarek górskich. Chwilę temu sąd ogłosił nieprawomocny wyrok skazujący znanego trenera Andrzeja P. na 4,5 roku bezwzględnego więzienia. Andrzej P. był wieloletnim trenerem  kobiecej grupy mtb jeżdżącej w barwach "CCC", gdzie jeździły m.in. Maja Włoszczowska, Anna Szafraniec, Ola Dawidowicz i mnóstwo innych dziewczyn stanowiących absolutny czub kobiecego mtb w Polsce. Potem, kiedy właściciel CCC, Dariusz Miłek przeniósł swoje zainteresowanie na kolarstwo szosowe, Andrzej P. był trenerem i dyr. sportowym kobiecych grup mtb jeżdżących w barwach "Halls" oraz "4F". W międzyczasie piastował różne funkcje, w tym dyr. d/s sportowych w PZKOL. Był także pieszczochem mediów komentując m.in. Tour de Pologne w TVP użyczając swojej twarzy różnym przedsięwzięciom związanym z kolarstwem nagłaśnianym w mediach tradycyjnych i w necie. (TU o Andrzeju P. w wiki) 

Oskarżenie o molestowanie zawodniczek przez Andrzeja P. padło kilka lat temu (2018), a finał w postaci wyroku sądu miał miejsce 2-3 tyg. temu. Te dwie afery: US Gymnastic i Andrzeja P. mają trochę inny ciężar gatunkowy. W Ameryce była to afera pedofilska. Ofiarami były dzieci. W Polsce ofiary to młode, ale jednak pełnoletnie dziewczyny. Inny jest paragraf, inne kary, być może nawet inny poziom obrzydliwości/potworności czynów. To co mnie uderza i intryguje, to zupełnie inne podejście wymiaru sprawiedliwości w USA i Polsce do kwestii winy. Otóż w USA oskarżenia i wyroki objęły także osoby, którym udowodniono, że wiedziały, ale tuszowały przestępstwa lekarza Larego Nassara, a odszkodowania we wstępnej wysokości 500 mln. USD dla około 300 (!!!) poszkodowanych kobiet wypłacił Uniwersytet Stanu Michigan, stanowiący kwaterę główną US Gymnastics, gdzie pracował Larry Nassar. Natomiast w Polsce nie dość, że w mediach tradycyjnych informacja o procesie Andrzeja P. jest więcej niż skąpa, to nikt nie mówi/pisze o ludziach którzy prawdopodobnie wiedzieli o seksualnym wykorzystywaniu zawodniczek, ale woleli milczeć, nie reagować. A przecież milczenie, zamiatanie pod dywan, jest nie mniejszą zbrodnią niż czyny, których winni są pedofile/przestępcy seksualni. To dzięki tym "milczącym" tacy ludzie jak Larry N. i Andrzej P. mogą całymi latami czynić zło. Tragiczne jest to, że na skargi dzieci nie reagują także ich rodzice, traktując ich wyznania jak chore konfabulacje obciążające "wspaniałego człowieka i sąsiada jakim był Larry".  "Druga strona medalu..." to film bardzo gorzki, wręcz straszny, ale także "ku przestrodze". Podobnie jak "Spotlight" (TU) ujawnia sposób działania dewiantów seksualnych, rysuje ich portrety psychologiczne, dowodzi, że zło jest często pochodną zmowy milczenia, hipokryzji otoczenia. 

Przejmujący, szokujący film dla ludzi o mocnych nerwach.

wtorek, 8 lutego 2022

"Samoloty", "Stroiciel lasu", "Kino krótkich filmów", aut. Marek Stokowski, 2022, ebooki

 "Samoloty", "Stroiciel lasu", "Kino krótkich filmów", aut. Marek Stokowski, 2022, ebooki

Dzielę się bardzo świeżą informacją, która doleciała do mnie w niedziele 2022.02.06. Od kilku dni dostępne są w najważniejszych net-księgarniach (np. TU) w formie ebooków trzy "stare" książki Marka Stokowskiego: "Samoloty" (2005), "Stroiciel lasu" (2010), "Kino krótkich filmów" (2014). 

Przeczytałem dwie z nich: "Samoloty" i "Stroiciel lasu". Było to tuż po ich wydaniu, czyli zanim zacząłem ośmielony zachętami znajomych pisać bolga. Stąd brak postów dotyczących tych tytułów. Lubię te książki, zwłaszcza "Samoloty". Jednak moim ulubionym (jak dotąd) tytułem, który wyszedł spod pióra Marka i kredki (ilustracje) Mariusza Stawarskiego są humoreski "Sny dla dorosłych i dla dzieci" (1998) - książka, której stałe miejsce jest na mojej nocnej szafce. Lubię do niej zaglądać przed snem:) Marek napisał także szereg szalenie interesujących książek edukacyjnych traktujących o Zakonie Krzyżackim i zamku w Malborku, którego jest kluczowym pracownikiem, chociaż niekoniecznie klucznikiem:) (TU o Marku w wiki)

Książki i humoreski Marka były jakiś czas temu obecne na antenie Trójki, gdzie "Samoloty" i "Kino krótkich filmów" czytał kabaret "Mumio", a humoreski interpretował m.in. Zbigniew Zamachowski. (Sprawdzam w necie, widzę, że łatwo można je znaleźć na YT i w archiwum Trójki). W czasie kiedy były emitowane w radiu czekałem na godz. 13:50, żeby posłuchać o "Zbyszku leżącym na leżąco", a pogodne mini opowieści o dokonaniach i doznaniach Zbyszka zawsze wprowadzały mnie w dobry nastrój. Wiem z pierwszej ręki - znamy się z Markiem od czasów licealnych, że trwają prace nad wersjami audio jego książek. Czekam na te audiobooki niecierpliwie. Aktorskie interpretacje tekstu, puls muzyka/efekty dźwiękowe często pozwalają w znanych, czytanych wcześniej fragmentach okryć nowe znaczenia, docenić słowne niuanse i figle, które czasami umykają nam, gdy czytamy książkę pośpiesznie, fragmentami. Lektorem książek Marka będzie prawdopodobnie aktor - kolega Marka, który świetnie zna, czuje prozę Marka i mając doskonały "radiowy" głos znakomicie włada słowem. Oczekuję prawdziwej uczty! 

czwartek, 3 lutego 2022

"Biała ciemność" (The White Darkness), aut. David Grann, USA 2021, książka

 "Biała ciemność" (The White Darkness), aut. David Grann, USA 2021, książka

Tkwię w arktycznym przechyle. Stąd kolejna arktyczna lektura, która odwołując się do heroicznych wypraw Ernesta Shackletona jest w 100% współczesnym reportażem o dokonaniach Henrego Worsleya - wnuka dowódcy statku Shackletona - Franka Worsleya. "Biała ciemność" to także książka o fascynacji, pasji, która przeradza się obsesję, stając się fatum Henrego Worsleya. 

Książkę ku mojemu zdziwieniu (jest bardzo świeża - 2021) znalazłem w swojej lokalnej bibliotece. Wcześniej zwróciłem na nią uwagę dzięki okładce, która wbrew pozorom nie przedstawia podróżnika/odkrywcy z początku XX wieku, ale jest  zdjęciem bohatera książki - Henrego Worsleya z roku 2015. Opakowanie sprzedało produkt :)

Książka jest stosunkowo krótka. Tylko 208 stron zapisanych przez profesjonalnego reportera, dziennikarza i pisarza Davida Granna. Dobry, zwarty tekst, interesująca opowieść z historią w tle. Inspiracją bohatera książki jest postać Ernesta Shackletona, który będąc do pewnego stopnia postacią tragiczną zapisał się w annałach wypraw polarnych jako świetny organizator, znakomity dowódca, niezłomny, dotrzymujący słowa, zawsze  ratujący z opresji swoich ludzi, lider. (.."Jeśli chodzi o dowodzenie wyprawą badawczą, dajcie mi Scotta; jeśli chcesz, żeby wyprawa przebiegła szybko i sprawnie - Amundsena, ale jeśli jesteś w beznadziejnym położeniu, w sytuacji bez wyjścia, padnij na kolana i módl się o Shackletona"... - powiedział jeden z polarników). Tragizm zaś polega na tym, że nigdy nie osiągnął wyznaczonych celów, bieguny zdobyli inni, a on sam zmarł w wyniku ataku serca w czasie próby opłynięcia Antarktydy...  Niezrażony niepowodzeniami Shackletona bohater "Białej ciemności" wraz dwoma innymi potomkami członków ekipy legendarnego polarnika postanowili w 100-tną rocznicę wyprawy Shackletona mającej na celu zdobycie bieguna południowego (Shackleton wycofał się 180 km od bieguna, zabrakło mu żywności) powtórzyć jego wyczyn tym razem zdobywając biegun. Henry Worsley został wyposażony przez wnuczkę Shackletona w szczególny talizman - oryginalny, mosiężny kompas jej dziadka. Udało się! Trójka "sentymentalnych" podróżników osiągnęła biegun, oraz, co nie mniej istotne wróciła do domu cało i zdrowo. Kompas też. Pewnie gdzieś w tym czasie, to co było pasją zaczęło przeradzać się w obsesję. Siedem lat później, 55-cio letni Henry Worlsley postanowił zmierzyć się ze swoją nemezis. Zaopatrzony przez żonę w kanapki i maksymę: "lepszy żywy osioł niż martwy lew" wyruszył na wyprawę mającą na celu przejście Antarktydy pieszo, bez wsparcia...

wtorek, 25 stycznia 2022

"Białe. Zimna wyspa Spitsbergen", aut. Ilona Wiśniewska, PL 2017, książka

 "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen", aut. Ilona Wiśniewska, PL 2017, książka

Złapałem arktyczny przechył. Powody: książka "Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie" (TU) i serial "Na wodach północy" (TU). Pogrzebałem chwilę w zasobach mojej lokalnej biblioteki, podumałem i wyszło mi, że kolejną lekturą będzie "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen". 

Nawiązywanie relacji z nową książką jest zawsze loterią. Zwykle zaczynam od info na skrzydełkach. To przeważnie noty o autorze, jego dokonaniach. Potem 4-ta okładka. Tam różne pochlebstwa i zachęty wsparte nazwiskami, które powinno się znać plus nazwy własne gazet/tygodników, w których pochlebstwa zostały zamieszczone; nie znasz tych tytułów - jesteś kiep:) Potem pierwsze kartki i albo, albo... czuję, że jest dobrze i będzie lepiej, albo brnę dalej z nadzieją, że będzie lepiej... (jest niewiele książek, których lekturę przerwałem; zwykle nawet jeśli to bolesne staram się doczytać do końca). "Białe..." należy do tej kategorii, gdzie czytając pierwsze strony chce się natychmiast więcej, a przeczucie, że dalej będzie dobrze szybko staje się pewnością. "W Arktyce wiatr ustala zasady" - pada gdzieś na początku książki, która jest praktycznie poszerzonym reportażem o największej wyspie norweskiego archipelagu Svalbard - Spitsbergenie. Przywołanie przez autorkę wiatru natychmiast przywiało wspomnienie o innej wietrznej opowieści-reportażu, także o wyspach - Wyspach Owczych ("81:1. Opowieści z Wysp Owczych", gorąco polecam), które są miejscem, gdzie miejscowi na określenie różnych rodzajów deszczu mają 250 słów, natomiast wiatr, jego różne wcielenia opisują trzystoma słowami...                                                                                                                                                                                          "Białe...." to książka przyjazna, uśmiechnięta. Jakże jej nie lubić, kiedy autorka pisze, że odpowiedzią na standardowe pytanie ze strony wścibskich turystów, traktujących autochtonów jak małpy na wybiegu, pytających, co miejscowi robią w czasie nocy polarnej (1/2 roku) jest: ..."uprawiamy seks, dlatego dużo tu przedszkoli"...  Książka emanuje sympatią do szczególnej społeczności jaka mieszka w stolicy archipelagu - Longyearbyen. To przypadkowa zbieranina różnych narodowości. Ludzi, którzy w wyniku kaprysu, zbiegu okoliczności znaleźli się w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu starając się, z różnym powodzeniem, ułożyć sobie życie. Autorka dużo widzi, ma zmysł obserwacji. Zawodowo zajmuje się pisaniem co powoduje, że potrafi swoje spostrzeżenia lekko, dobrą polszczyzną przenieść na papier. "Białe...." dobrze się czyta. To z pewnością zasługa warsztatu i długiej pracy nad tekstem. Zero zbędnych słów, zdań, które niczego nie wnoszą. Rzeczowo, na temat, a do tego z dystansem do swojej o osoby i dużym poczuciem humoru. "Uśmiechnięta książka" - powiedziała koleżanka rekomendując "81:1. Opowieści z Wysp Owczych". W ten sam sposób mogę polecić lekturę "Białe....". Są tu skondensowane opowieści o tych, którzy ulegli magii archipelagu. O tych co chcieliby tam zostać i jednocześnie uciec z miejsca, gdzie hierarchia zależna jest od ilości przeżytych nocy polarnych. Jest o bezwzględnych rybitwach dziobiących w głowy intruzów podchodzących zbyt blisko gniazda i o tych, którzy chcą zdobyć biegun północny minimalnym nakładem sił - ..."im grubszy masz portfel, tym mniej kroków musisz zrobić".... Są tam czysto techniczne uwagi o tym jak miejscowi radzą sobie z utylizacją ekskrementów podczas pobytu w hyttcie i wskazówki jak wybiec na szybkie siku, gdy nie dość, że jest cholerycznie zimno, ciemno to jeszcze pi...i jak w kieleckiem. Znajdziemy tam także relację naszego podróżnika - Wojtka Moskala o niezapowiedzianej wizycie u znanego, norweskiego trapera - Haralda. I nie ma się co dziwić, że autorka - Polka, tak dużo wie, tak głęboko wniknęła w lokalną społeczność. Mieszka tam z górą 10 lat, jest żoną lokalnego dziennikarza, autora książki o Haraldzie - Birgera Amundsena, a przecież jeśli polarna noc trwa 1/2 roku, to widać czasem, poza seksem, w przerwach, rozmawia się na lokalne tematy. Stąd, z tych przerw jak sądzę, ta książka :)