środa, 31 grudnia 2014

"Zabić bobra", reż. Jan Jakub Kolski, PL, 2012, film, vod Orange

"Zabić bobra", reż. Jan Jakub Kolski, PL, 2012, film, vod Orange

Ni pies nie wydra, czyli wychodzi, ze bóbr i do tego uśmiercony.
Jan Jakub Kolski pozazdroscil (chyba) "Psów" Pasikowskiemu, ale nie wyszlo. A przecież inne filmy wychodzily i wcale niezle. Przywolam te, które tkwia w mojej pamięci w kolejności sily filmowego razenia: "Jasminum", "Jańcio Wodnik", "Afonia i pszczoly". A przecież było ich więcej, a wszystkie (pewnie, bo nie wszystkie widziałem) lepsze od "Zabic bobra".
Kreujacy glowna role E. Lubos jest moim zdaniem dobry, ale cala historia nie jest warta nośnika na którym ja zapisano.
Dlatego nie będę się dalej rozwodzil.
Dobrze, ze widziałem ten film krecac na trenazerze.
Dzieki temu nie mam poczucia straty czasu...
A przeciez wybierając ten film wiedziałem, ze dostal jakies nagrody (krajowe), a do tego tytularny BÓBR budzi u mnie calkiem przyjemne skojarzenia.
Przede wszystkim bobrowym sadlem smarowano rany Maćka, stryja Zbyszka z Bogdńca z "Krzyżaków", a przy wyławianiu ugodzonego strzala (strzelal Zbyszek, z kuszy) zwierzaka pomagala Zbyszkowi niejaka Jagienka, pierwszy nagi, kolorowy biust w PL kinematografii w pierwszym, polskim kolorowym(?) filmie "Krzyżacy" w reż. A. Forda. (zawsze uwazalem, ze Jagienka tak, Danusia nie)
Ponadto bobrowanie to rodzaj aktywności z którym spotykam się bardzo często, jezdzac na rowerku nad Świderem i Mienią.
Przemilcze, chociaż mile, inne bobrowe reminiscencje.
I pomimo tak wielu fajnych skojarzen, pozytywnego nastawienia - kicha.
"Zabić bobra" można sobie spokojnie darować.
Jest tyle innych, lepszych filmow.

niedziela, 28 grudnia 2014

"The Beatles", aut. Davies Hunter, biografia 1968, PL wydanie 2013

"The Beatles", aut. Davies Hunter, biografia 1968, PL wydanie 2013

Gdybym jej nie dostal w prezencie, pewnie bym nie przeczytal.
Ale dostałem, przeczytałem i się ciesze, bo to ciekawa, a dla fanow, którzy z pewnoscia dawno ja przeczytali w oryginale, wręcz obowiazkowa lektura.

Niedawno przeczytałem biografie Bruce Springsteena. Obawialem się, ze ta beatlesowska będzie podobnie nudnawa, bo.... autoryzowana. Na szczęście jest inaczej.
"The Beatles" Davisa Huntera  jest ksiazka, która powstawala w okresie szczytu kariery Beatlesow. To historia opisana piorem, widziana oczami insidera, faceta zprzyjaznionego z kapela, goscia, który miał nieograniczony dostep do wszystkich czlonkow zespołu. Po pierwszym wydaniu w 1968 roku nastepowaly kolejne wzbogacane przez autora przedmowami i aneksami. W odróżnieniu od wielu innych biografii TA nie jest historia spisana post factum, ale tworzona nieomal rowonolegle, live-zapisem zdarzeń, doswiadczen, które były udzialem The Fabulous Four.
Autor opisuje szereg perypetii związanych z potrzeba uzgodnienia finalnej wersji biografii podajc przy okazji kod, którym należy się posluzyc czytając ksiazke, żeby doczytać się bardziej smakowitych, pikantnych szczegolow z zycia kapeli. Mysle, ze potrzeba autoryzacji, która była warunkiem powstania tej biografii w konsekwencji niezmiernie ciazyla autorowi, a bolesny proces autoryzacji jest (nadal) dobrym tematem na oddzielna ksiazke.
"The Beatles" czytala się latwo, lekko i pomimo znacznej objetosci (ponad 500 str.) wchlonalem ja szybko i bezbolesnie. To z pewnoscia zasluga kilku czynnikow wśród których do najważniejszych zaliczam: fascynujaca historia, prosty/bezpośredni jezyk i dobre tłumaczenie (trochę na wyrost bo nie znam oryginalu). To sie po prostu dobrze czyta! A ze czyta sie o kapeli, która przewrocila owczesna muzyczna rzeczywistość do góry nogami, dala swiatu niezliczona ilość przebojow, której muzyka broni sie pomimo upływu czasu i jak widać nikogo podobnego nie widać, tym bardziej jest to lektura fascynujaca, warta poswiecenia jej paru dni.
Piszac tego posta oglądam jednym okiem nagrany wczoraj koncert niezyjacego już Joe Cockera.  Zbieg okoliczności, bo jak wszyscy pamietaja jego kariera zaczela sie od brawurowego wykonania "With a little help of my friends" Beatlesow wlasnie (tak, także wykonane na tym koncercie).
Joe Cocker zmarl tuz przed Swietami. Jak zauwazyl ktorys z naszych muzykow komentując smierc artysty: "odchodzą wielcy, a nastepcow nie widać".
Czy ktoś jest w stanie zastapic The Beatles?

sobota, 13 grudnia 2014

"Solidarność według kobiet", reż. Marta Dzido, PL, 2014, Trójka, Studio A. Osieckiej, film

"Solidarność według kobiet", reż. Marta Dzido, Piotr Śliwowski,  PL,  2014, Trójka, Studio A. Osieckiej, film

To jest dokument zrobiony przez kobiete o solidarnościowych kobietach "wygumkowanych" ze zdjęć, historii Solidarnosci. Marta Dzido, rocznik 1981, szuka kobiet-działaczek, które były i w niewytłumaczalny sposób zniknely, zostały pominięte w kolejnych przekazach o strajkach/pracach Zwiazku.

Od lewej: Piotr Śliwowski, Mara Dzido, Ewa Ossowska,
Janina Jankowska, Dariusz Bugalski,  Agnieszka Szydlowska.

 
Prawda uwieziona pomiędzy ksiazka S. Cenckiwicza "Wałesa, człowiek z teczki", a filmem A. Wajdy "Wałęsa, człowiek z nadziei" zaczela się nerwowo miotac żądając możliwości ponownej weryfikacji. Pytania, watpliwosci na które znalazłem odpowiedzi w książce S. Cenckiewicza wrocily do mnie.
Nie moglem ominąć anonsowanej przez Trojke przedpremiery "Solidarnosci według...". Intrygujacy tytul, swiadomosc roli kobiet w gdanskim strajku (chodzilo przecież o przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz) oraz cale mnóstwo innych powodow, których nie wymienie, żeby uniknąć pułapki patosu, kazaly mi pojsc na pokaz.
Formalnie film nie jest ciekawy. Gdajace glowy. Miałem z tym problem i 10-20 minut walczyłem z narastajaca sennoscia. Na siedząco spi się kiepsko, jakos to opanowałem, ale dziurke w odbiorze filmu mam. Mowia kobiety. Mowia duza i długo. Bywa, ze jest ciekawie, bywa, ze troszkę nudnawo. Sa jednak momenty porywające. Do nich należy wypowiedz Jadwigi Staniszkis, która przyznaje, ze kobiety, które miały swoje przysłowiowe 5 minut w okresie, kiedy faceci Solidarnosci byli internowani, a one przejely na siebie caly ciezar konspiry, wycofaly się do drugiego, trzeciego szeregu na WŁASNE ŻYCZENIE. Jedyna kobieta, która była obecna w Magdalence była Grażyna Staniszewska . Reszta nie chciał/nie mogla/nie została dopuszczona w podziale łupów jakim zdaniem wielu był Okragly Stol.
Nie ma sensu opowiadac filmu. Zachecam do jego obejrzenia. Niech wabikiem będzie wypowiedz Heleny Łuczywo, która stwierdzila, ze nie ma dnia, żeby nie myslala nad paradoksem Solidarnosci, która bedac motorem przemian, w konsewkwencji  doprowadzila do zamkniecia/zlikwidowania większości wielkich zakladow produkcyjnych, ostoi Solidarnosci...
W styczniu film ma byc dostępny w kinach studyjnych.

Ewa Ossowska z która rozmawiam, jest tą
kobieta (miał 19 lat), która stojąc na wozku
akumulatorowym zatrzymala stoczniowców,
po to by za chwile na ten sam wozek wskoczyl
L. Wałesa, zaistniał jako lider strajku;  strajk
zaczal się od nowa.
 
Dla mnie ważniejsze było to co dzialo się po projekcji. Po 21:00, emitowana live w Trojce zaczela dyskusja na temat filmu. Prowadzona przez Agnieszke Szydlowska i Dariusza Bugalskiego dyskusja nie wniosła zbyt wiele poza jednym: dano mowic zaproszonym do studia bohaterkom filmu: Ewie Ossowskiej i Janinie Jankowskiej. Odkryciem, wręcz hitem wieczoru była Ewa Ossowska (jedna z trzech dziewczyn obok A. Walentynowicz, A. Pieńkowskiej, które zatrzymaly stoczniowców, spowodawaly, ze strajk w Stoczni Gdańskiej był kontynuowany) i jej nieskażona oficjalna propaganda pamięć. Pani Ewa nie umiejąc odnalezc się w rzeczywistości końca lat 80-tych wyemigrowala do Wloch. Zostala wytropiona przez tworcow filmu, Pamieta dużo, ostro, a odcięcie od PL-rzeczywistości spowodowalo, ze fotograficzna pamięć tamtych dni, została czysta, swieza.
Pani Ewa mowi w filmie, ze od ponad 30 lat nosi w sobie pytanie-zadre/watpliwosc, które także w filmie nie zostaje wyartykuowane.
No to już wiecie o co zapytałem Pania Ewe natychmiast po projekcji:)

W drugim planie stoja tworcy filmu: Marta
Dzido i Piotr Śliwowski.
Marte Dzido - reżyser filmu - także odpytalem z tego co chodzilo mi po glowie w trakcie oglądania filmu.
Oni - tworcy filmu poswiecili 3 lata na stworzenie tego unikatowego projektu. Marta Dzido, Piotr Śliwowski spotkali i odpytali mase kobiet. Pani Marta powiedziała, ze NIKT TYCH KOBIET WCZESNIEJ NIE ODSLUCHIWAL. A one chciały mowic. Mowily godzinami...
Ala ja z uporem maniaka, zapytałem Pania Marte o Prawde. Tę, która wyziera z przekazow kobiet. Tę, która jest/była ich wiedza, która posiadły bo były na tyle blisko, ze widzialy/wiedziały, bo maja to cos nazwane kobieca intuicja, to cos co pozwala im widzieć dalej/glebiej. Bo można wiedzieć, ale nie mieć dowodow. Bo można wiedzieć, ale nie mowic...

Film w styczniu ma być w kinach studyjnych.
Dlaczego nie w prime time w TVP1?
Zasluguje na to. Nawet jeśli nie sam film, to temat. To przecież rzecz o 10-cio milionowym związku, który przenicowal owczesna rzeczywistość. Jego czescia były kobiety, które wierzyly w lepsze jutro, walczyly o nie na rowni z facetami. Pojdzcie, żeby zobaczyć absolutny rarytras - nigdy wcześniej nie publikowany material (2 min.) o zwalnianiu kobiet z kobiecego obozu dla internowanych (Gołdap), które tworcy filmu MUSIELI KUPIC od NBC.
Na moje oko film zniknie z kin zanim zdazy zaistniec.
Badzicie czujni. Spieszcie się.
Ten film to Prawda.
Czysta prawda w dobie, kiedy usiluje się skreslic temat "Solidarność" z lekcji historii. Prawda w czasie, kiedy podstawowy instrument demokracji - wybory, staje się przedmiotem manipulacji (w rozumieniu, ze jest cos na rzeczy), a ich wynik budzi watpliwosci. Prawda, która wymaga stalej czujności, której trzeba się domagać, demonstrować w jej obronie. Historia zatacza kolo? Rewolucja pożera własne dzieci?

wtorek, 9 grudnia 2014

"Sen o Warszawie", reż.Krzysztof Magowski, PL, 2014, właśnie w kinach

"Sen o Warszawie", reż.Krzysztof Magowski, PL, 2014, właśnie w kinach

"Czesiek! Dawaj qrwa dawaj!" wrzasnal nie calkiem trzeźwy, siedzacy na fotelu obok moj kolega Wojtek. W.
Był rok gdzies miedzy 1975-1977, Sala Kongresowa i koncert polskich kapel rockowych (młodzieżowych, jak się wtedy mowilo), a posrod nich, gwiazda - Czeslaw Niemen.

Zmarly w 2004 roku wokalista/kompozytor szybko stal się legenda, a jego dokonania uczynily go nr. 1 w większości rankingow typu "najlepszy polski wokalista wszech czasów".
"Sen o Warszawie" probuje przyblizyc osobe Czesława Niemena opowiadając jego historie od narodzin do śmierci, ale...
1. Film to w dużej mierze masa gadających glow. Do bolu!
2. Czy ten facet nie miał wad? Ideal?
3. Dziurawa jest ta biografia. Kompletnie pomija np. druga zone (od 1975) - Malgorzate Niemen. (Ale ona tam jest, na tylnim siedzeniu pilnując poprawności prezentowanego wizerunku meza...)
4. Film za mocno i za szeroko zajmuje się proba zdyskredytowania osoby Czeslawa Niemena. Zabraklo miejsca na inne fakty i smaczki.

Można snuc liste zarzutow. Jednak po wyjściu z kina (Kino KC), zaczerpnięciu swiezego, zimnego powietrza moglem stwierdzić - było warto.
To jest film dla mlodziakow, którzy dostali Niemena obudowanego w legendę i dla takich jak ja, dla których Niemen to mlodosc, a tę jak wiadomo wspomina się (zazwyczaj) milo.
To NIE jest film dla zagorzałych fanow Niemena. Oni to wszystko co jest w filmie wiedza od dawna.

Najciekawsze (dla mnie) były materialy dokumentalne dotyczące mlodosci Czeslawa Niemena, miejsca jego urodzenia, zwiazkow z kultura wschodnia, rosyjska. Znakomite zdjęcia Czeslawa z harmonia na tle żeńskiego choru, podobnie jak wczesne filmiki z wystepow w Polsce już po repatriacji. Bardzo ciekawa sekwencja poswiecona probie zaistnienia na rynku wloskim i oczywiście szalona milosc/związek z Farida - gwiazdka wloskiej estrady, która dzięki Niemenowi zaistaniala w PL, wydala LP, oraz wystapila w Spocie https://www.youtube.com/watch?v=Z5EpYnYpueI

"Czesiek! Dawaj qrwa dawaj!" wrzasnal nie calkiem trzeźwy koles siedzacy na fotelu obok i miał trochę racji...
Wlasnie w tym czasie (po 1975) Czeslaw Niemen uzbroil się w sporych rozmiarow wieloklawiszowy modul, zaczal wystepowac solo. Poszedl w kierunku długich, ciężkich kompozycji typu "Bema pamięci...".  Zapomnial o popowych wykoaniach "Papug...", "Czy mnie jeszcze...", "Stodole", "Dziwnym Świecie", itp. To nie była muzyka nadajaca się na estradę. To co było dobre na kameralne wykonania, sprawdzalo się jako pomysl na muzyke filmowa, teatralna, zupełnie zawodzilo na estradzie. Zwodzenie Czeslawa i zawod publiczosci powodowal, ze ta mogla zdzierzyc 1-2 kawalki. Zawodzila: "Dawaj qrwa....".

Wyprzedzil czas w którym zyl. Wydaje się, ze był artysta gotowym poswiecic dla muzyki (prawie) wszystko. Jak wynika z filmu zyl bardzo skromnie. Mogl sobie pozwolić na pelna artystyczna niezaleznosc dzięki osobie drugiej zony - Malgorzaty - wzietej modelki. O ich związku krazyly wowczas legendy, a jedna z nich mowila, ze kiedy nieletnia jeszcze Malgorzata po jednym z koncertow wyznala Niemenowi milosc, ten zapytal ja o wiek, zalecil zdanie matury i ewentulane powtorne zgłoszenie sie do niego. Się zglosila.
Był kolorowym ptakiem. Dziwolagiem, którego nienawidzil woczesny establishment. Ucielesnial wolność, niezaleznosc. Był celem sterowanych z KC kampanii mających zdyskretywoac Go jako człowieka i artyste. Prasa (a wówczas była tylko jedna) pisala o Jego rzekomych ekscesach. Był także wdzięcznym tematem plotek, a podstawowa była ta o kompletnym wylysieniu i licznych perukach, których miał rzekomo uzywac.
Film, chociaz nie jest kompletny warto zobaczyć.

Na targach komputerowych w Palacu Kultury (1985?) podszedł do mnie Czeslaw Niemen pytając o stabilizator napięcia. Wieloklawiszowe kombo zle reagowalo na spadki napięcia, a On jezdzil w trasy do małych miejscowości, gdzie 200 V w gniazdku było norma. Zaprosilem Go do firmy na szersza rozmowe o Jego potrzebach sprzetowych. Chyba nawet cos kupil. Miał kapelusz, długie wlosy, obfity zarost, fajny uśmiech, duzą, silna dłoń. Emanowal spokojem.

Film obejrzałem w Kinie KC.
Chichot historii.
Zle wywietrzone pomieszczeie, piątek 19:05, niewielka sala zapelniona w 50 (może) procentach.
Spieszcie się, jeśli chcecie zobaczyć ten film. Dlugo się nie utrzyma.

sobota, 29 listopada 2014

"Płynące wieżowce", reż. Tomasz Wasilewski, PL, 2013, film, vod Orange

"Płynące wieżowce", reż. Tomasz Wasilewski, PL, 2013, film, vod Orange

No i stało się! Sezon trenażerowy rozpoczęty! We czwartek zamiast: rower, lampa, las, postanowiłem uruchomić modul filmowy. Dluzsza chwile zajelo mi ponowne sparowanie urzedzen sieciowych,
reaktywowanie ustawien dekodera, który pozostawal uśpieniu od osmiu chyba miesięcy.
Dlatego, gdy wreszcie wszystko zaczelo dzialac zasadniczym kryterium wybru filmu stala się jego dlugosc. Padlo na "Płynace wieżowce": 1h33min, polski i tytul, który pamietalem z mediów.

Coz, "Tajemnica Brokeback Mountain" to to nie jest, chociaż temat jakby taki sam.
Ale czasu spędzonego z tym filmem nie uważam za stracony. 1.5h pedalowania, wiec do przodu.

Odwazna erotyka, której sporo w "Płynacych..." miała być chyba ratunkiem dla cienkiego scenariusza, którego autorem jest reżyser - Tomasz Wasilewski. 2w1 = za mało samokrytyki?
Duzo jezdzenia po parkingu, za mało dialogow/scen uwiarygodniających afekt bohaterow, przez co calosc sprawia wrazenie wątłe i płytkie. Tematem filmu nie jest homo-milosc, lecz stosunek  otoczenia do tego co się dzieje w zyciu/z życiem bohaterow, którzy bedac we w miare udanych związkach hetero (chociaż jeden z bohaterow lubi skoki na boki-eksperymenty w męskiej toalecie) oswiadczaja swoim rodzinom, ze sa homo...
Mlodzi, nieznani mi aktorzy radza sobie z niełatwymi zadaniami stawianymi im przez reżysera-scenarzyste, ale do klasy Jake Gyllenhaala z "Tajemnic Brokeback..." trochę im brakuje. Mocna erotyka przytłacza (chyba) chlopakow kreujących glowne role. To musiało być trudne, musialo wazyc na ich grze, stosunku do postaci, być ich problemem. Zbytnia, przesadna doslownosc nie jest dobra zwłaszcza, gdy zaczyna być ciezarem dla aktorow.
Ale to oczywiście moje wrazenia, mój odbior.
Odnotowuje ten film jako zaliczony na poczet początku sezonu zimowego.
I tyle.

wtorek, 25 listopada 2014

"Bogowie", reż. Łukasz Palkowski, PL, 2014, film właśnie na ekranach

"Bogowie", reż. Łukasz Palkowski, PL, 2014, film właśnie na ekranach...

I wlasnie doleciało do mnie, ze ma szanse osiaganc 2 mln widownie. Zebralem się wiec w sobie, poszedłem obejrzeć, żeby pomoc polskiemu filmowi osiagnac ten znakomity wynik.
Chcialem ten film zobaczyć natychmiast po ogłoszeniu wynikow tegorocznego Festiwalu w Gdyni.
"Natychmiast" trwalo do wczoraj. Odczepilem sila to cale orurowanie, uwolniłem z matrixu, udałem się do kina.
Nie zaluje (25 zl, Promenada).
To dobra historia, dobrze opowiedziana z dobra rola T. Kota, dobra muzyka i zdjęciami. Do tego dobre tempo, niezle dialogi i to wystarcza, żeby "Bogowie" mieli blisko (może już więcej) 2 mln widzow. I bardzo dobrze. Dobre bo polskie!

Producenci szacowali wyjście "na zero" przy około sześciuset tysiecznej widowni. Potem zysk, a z zyskow następne filmy. Kolejnym po "Bogach" ma być kryminal konkurujący z tymi zza oceanu.
Zycze P. Starakowi wszystkiego najlepszego. To duże wyzwanie.

"Bogowie" to film bardzo polski, o polskich realiach lat 80-tych, zrozumialy chyba tylko dla Polakow (i pewnie dla naszych pobratymcow z bylej RWPG). Dobrze się go oglada. Ma odpowiedni rytm, wlasciwie zbudowane napiecie. Pamietam, ze w jednym z wywiadow producent - Piotr Starak opowiadal o wysiłku wlozonym w nadanie filmowi odpowiedniego "flow". Przypomnialo mi to wywiad w którym wieki temu Waldemar Łysiak zdradzal przyczyny poczytności swoich książek. Wyznal, ze mnóstwo czasu zajmuje mu nadanie tekstowi rytmu. Jego dazeniem było uzyskanie lekkości/latwosci w czytaniu kolejnych zdan, widzenie strony jako naturalnej calosci, przez która czytelnik powinien przemknąć gładko, lekko i przyjemnie.
Cos z tego przepisu jest w "Bogach". Film dobrze się oglada. Film ma nerw podkreślony spora iloscia zdjęć, gdzie filmowy Religa, szybko, nerwowo chodzi, jeździ, gestykukuje. Do tego ci, którzy znali Relige osobiście, twierdza, ze Kot jest w 100% Religa... Widz podaza za Religa, utozsamia się z nim, razem z nim dazy do sukcesu bijac się siermiezna rzeczywistaoscia PRL-u.
Warto to zobaczyć.

Warto tez uswiadomic sobie, ze o ile medycyna zrobila przez 30 lat dzielących nas od pierwszych w PL przeszczepow serca ogromne postępy, o tyle tzw Sluzba Zdrowia nadal tkwi w glebokim PRL-u...
Uderzajace jest to, ze wnętrza szpitali i wnętrza (mentalność) ludzi pozostaly bez zmian. Dla większości społeczeństwa kontakt z Sluzba Zdrowia to przezycie traumatyczne, gdzie na byle badanie USG czeka się 6 m-cy. To samo badanie można zrobić natychmiast, ale za pieniądze, a te przecież zawsze się znajda, zwłaszcza, gdy w gre wchodzi zdrowie dziecka, rodzicow. Temu "systemowi" nie dal rady nawet Religa, kiedy został ministrem zdrowia. Nie umial, może nie chciał, może zwyczajnie nie podolal  zmienić chorego "systemu", gdzie lekarze pracują w tych samych godzinach na 2-3 etatach, gdzie na endoprotezę czeka się w kolejce 2-3 lata (albo 20 tys. z własnej kieszeni), na wizyte u specjalisty 6 m-cy + (albo od 150 zl. wzwyż z własnej kieszeni).  Nie, teraz (chyba) nie ma zastsowania PRL-owski dowcip: panie doktorze do której pan dzisiaj przyjmuje? do tej i tu wymowny gest wskazujący na wlasciwa kieszen fartucha. Teraz lekarze pracują w mnóstwie prywatnych przychodni, klinik, spoldzielni, a zdesperowani chorzy miast do kieszeni placa w kasie...
Sluzba Zdrowia to ogromne pieniądze. Srodowisko medyczne nie jest zainteresowane zadnymi zmianami, które naruszylyby istniejące status quo. Bo w mętnej wodzie poluje się najlepiej (na kase).
Ale "Bogowie" nie sa o tym.
Tak mi się ulalo.

piątek, 14 listopada 2014

Luxtorpeda, koncert, Trójka, niedziela 2014.11.09, live

Luxtorpeda, koncert, Trójka, niedziela 2014.11.09, live

"Mambałaga" na dobry początek, a potem już poleciało.
Było glosno! Nawet bardzo, za bardzo, zwłaszcza dla 3-4-letnich dzieciakow przywleczonych nie wiedzieć po co przez rodzicow, które bez słuchawek BHP musiały przezywac katusze. Gratuluje pomysłu i wroze rychla wizyte w Kajetanach w Inst. Patologii Sluchu.
Było prawie tak glosno jak na tegorocznym koncercie upamietnijacym rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego, ale tam stalem bardzo blisko wiezy kolumn - mialem glosno na własne zyczenie.
W Trojce było b. glosno z racji rozkręconego na maksa naglosnienia i niewielkiej jak na generowa moc kubaturę studia Agnieszki Osieckiej.
Nadmiar watow spowodowal, ze zginely gdzies słowa granych przez Luxtorpede utworow, a te sa przecież znaczace i ważne, wiec trochę szkoda. W "Trzech wymiarach gitary" Piotr Baron zagral jeden z numerow z tego wlasnie koncertu. Dźwięk był znakomity. Slyszalnosc tekstu także. Z tego prosty wniosek, ze pomiędzy tym co slychac w studio, a tym co na antenie jest ogromna roznica, a nadmiar watow w sali koncertowej to przegięcie przyluchego(?) dzwiekowca.
Nie moglo zabraknąć "Autystycznego"
- pierwszego hitu Luxtorpedy. 
Troszke się czepiam, bo koncert był znakomity, a Luxtorpeda potwierdzila swoja dominujaca pozycje na polskiej scenie rockowej oraz to, ze scena/estrada jest naturalnym środowiskiem dla 5 facetow z których Luxtorpeda jest zlozona.

Miałem na swiezo koncert Luxtorpedy zagrany z Muzeum Powstania Warszawskiego (tutaj), ale kiedy dolecialo do mnie, ze będą w Trojce bez wahania pognałem tamże na spotkanie z zywiolem jakim jest muzyka Luxtorpedy.
Ale...
W centrum red. Piotr Baron, któremu (i innym trojkowym
redaktorom) na koniec występu Luxtrpeda dziekowala,
klepala po plecach, robila wspólne foto, podnosząc zasługi
jakie dla istnienia kapeli ma Program Trzeci i jego ludzie.
Zrobilo się troszkę ckliwie, ale ze wzajemne uznanie było
autenyczne, a koncowka spontaniczna, wiec było milo i w
potopie pozytywnych wibracji nastapil definitywny koniec
koncertu. 
W Trojce slucha się koncertow "na siedząco". Już kiedyś o tym pisałem, ze jest taka muzyka, takie kapele, których siedząc sluchac się nie da. Luxtorpeda nalezy do tych zespolow, których odbior "na siedząco"  to gwałt na wyzwolonej przez muzyke atawistycznej potrzebie skakania, bujania się, potrząsania piórami, czyli tym co nazywają tancem. Bujanie nózia nie zapewnia właściwego uczestnictwa w koncercie, nie pozwala na interakcje z kapela. Ta przyzwyczajona do skaczących przed estrada fanow tez musiala się oswoic z nowa sytuacja.
Dali rade.
Wierzcie mi, było dobrze. Koncert z pewnoscia został nagrany i można go odsluchac grzebiąc w archiwum trójkowych koncertow.

Niestety. Nie udało mi się (kolejny raz) kupic plyt Luxtorpedy. Zaczepilem technicznego kapeli pytaniem o sprzedaż plyt po koncercie. Odparl: "mamy zakaz". Nie zglebilem przyczyn zakazu. Pomimo, ze tym razem przygotowałem się na kupno 3 cd (tyle Luxtorpeda ma w swoim dorobku) ponownie obszedłem się smakiem.
Bilecik na koncert kosztowal 5 zl plus trochę wysiłku związanego z jego zdobyciem. Takie rzeczy tylko w Trojce.
Dlatego place abonament.