czwartek, 20 lipca 2023

Tash Sultana, Letnia Scena Progresji, Fort Wola 22, Warszawa, sobota 2023.07.15, godz. 20:00, koncert

Tash Sultana, Letnia Scena Progresji, Fort Wola 22, Warszawa, sobota 2023.07.15, godz. 20:00, koncert

Na 1h przed koncertem miałem
poczucie, że znalazłem się na
Lesbos. Wrażenie wyobcowania
ustępowało w miarę zapełniania
się widowni :)
Nie wahałem się zbyt długo, gdy w newsletterze od eventim pojawiła się informacja o koncercie Tash Sultany. Niezwłocznie kupiłem bilety (marzec 2023) w obawie, że błyskawicznie się wyprzedadzą. Pomimo, że to co muzycznie robi Tash jest dość dalekie od bluesowo-rockowych klimatów, których gdy mam wybór słucham najchętniej, to znając wąski wycinek jej dokonań zdecydowałem, że warto. Jej sztandarowe jak dotąd dokonanie "Jungle", które usłyszałem w Radiu 357 ma na dzień dzisiejszy 231 mln odsłuchań na Spotify, a reszta innych po kilkadziesiąt milionów. Ale to nie siła liczb była przyczyną dla której zdecydowałem się na wydanie pieniędzy na ten właśnie koncert. Są artyści cieszący się większą popularnością bijący na głowę Tash w ilości odsłuchań. Byle k-popowy girls/boysband ma zdecydowanie lepsze statystyki, gdzie ilość odtworzeń lekko sięga 0,5 mld i więcej. Przyczyną dla której poszedłem na Tash jest muzyka, jej jakość, tudzież osoba samej artystki, która jest multiinstrumentalistką, kompozytorką, inżynierem dźwięku, performerką w jednym. Muzyka, którą gra Tash jest szalenie trudna do zdefiniowania. To autorski, międzygatunkowy mix wielu stylów. Jest tam wszystko: rockowy riff, reggae rytm, bluesowy zaciąg, bit rodem z drum&bass, sporo electro-popu i oczywiście hip-hopowe frazowanie. 

Nieduża, dobrze zorganizowana scena. Napakowana najnowszą
elektroniką. Dzięki techologii Tash może na żywo tworzyć, ale
także skakać po estradzie mając pełną, bieżącą kontrolę nad
procesem powstawania i prezentacji utworu.
Ciekawy koktail, który na żywo, na scenie miksowany był przez samą Tash dzięki użyciu wszelkich możliwych gadgetów elektronicznych służących do bieżącego nagrywania, zapętlania, nadgrywania kolejnych instrumentów. Po zbudowaniu rytmu, dograniu dodatków Tash sięgała po wiodący instrument, którym mogła być gitara, trąbka, puzon czy mandolina, aby na tle zbudowanej przez siebie muzycznej ściany zagrać partie wiodące i solowe. Mocne! Imponujące!

Stałem wystarczająco blisko, żeby widzieć szczegóły tego co
dzieje się na estradzie. Jednak LED-y, zwłaszcza centralny,
gdzie poza obrazem samej Tash widzianej przez kilka kamer
wyświetlano grafiki i wizualizacje, robią robotę. Ponadto
fajne światła i to co najważniejsze - znakomicie zbalansowane
nagłośnienie. Na otwartej przestrzeni dźwięk był moim zdaniem
znakomity! Chyba na dobre wyleczyłem się z koncertów
stadionowych!
Tash prezentując swoje multiinstrumentalne możliwości siła rzeczy troszkę się miota zmianiając instrumenty. Zwłaszcza na początku każdego kawałka ma ręce dosłownie pełne roboty, bo nie dość, że zmienia gitary podawane przez obsługę, dogrywa partie perkusji i klawiszy, to jeszcze przecież bywa, że coś dośpiewuje, a w międzyczasie(!) podskakuje i klaszcze zachęcając widownie do aplauzu. Huk roboty! Na szczęście po kilku pierwszych utworach (zaczęła od "Jungle") na estradę wyszła grupa wsparcia w osobach dziewczyny na klawiszach, bass-gitarzysty i perkusisty, którzy wzięli na siebie część zadań pozwalając Tash na więcej swobody w fikaniu po scenie i prezentację biegłości w opanowaniu innych instrumentów, gitary zwłaszcza. Koncert trwał około 1,45h. Na koniec było ponownie "Jungle", dłuuuugo nic poza publicznością domagającą się bisu i wreszcie spektakularny bisowy koniec. O ile troszkę mnie drażniło domaganie się, może nawet wymuszanie przez artystkę aplauzu (dłoń przy uchu) to koncert był moim zdaniem znakomity. Pozytywny odbiór to z pewnością wynik wielu czynników: dobra pogoda, świetne nagłośnienie, dobre miejsce do słuchania/obserwacji, nieoczywiste miejsce ulokowania sceny (na tyłach Progresji otoczeniu lekkiego bałaganiku magazynowo-postindustrialnego). Ale to były tylko dodatki do jakości jaką dostarczyła Tash Sultana. Była zwyczajnie i po prostu z n a k o m i t a!

Tash Sultana (foto net)


O samej Tash nie wiedziałem nic poza tym, że jest z Australii. Znałem tylko jej muzykę w towarzystwie bodaj jednego clipa widzianego na yt. Już po koncercie pogrzebałem chwilę w necie zaczynając od wiki (TU). Jakiś czas później koleżanka podrzuciła mi wywiad z Tash (TU) z komentarzem: "Oscar za tłumaczenie". Warto przeczytać. Ekwilibrystyka tłumacza jest zabawna :) Z pewnością w necie na jej temat, jej muzyki i koncertów jest zdecydowanie więcej. Nowej muzyki, nowych młodych wykonawców jest całe mnóstwo. Przebić się do świadomości słuchaczy nie jest łatwo. Zaistnieć globalnie jeszcze trudniej. Fajnie, że Tash się udało, zwłaszcza, że muzyka którą tworzy i wykonuje ma niebywale szeroką bazę. Mówi w wywiadzie, że robi to co lubi, w sposób jaki ją kręci nie schlebiając niczyim gustom. Chyba mówi prawdę...:) 

czwartek, 13 lipca 2023

Pozowane, podpatrzone. Fotografie Wojciecha Plewińskiego, Dom Spotkań z Historią, Warszawa, Karowa 20, wystawa


Pozowane, podpatrzone. Fotografie Wojciecha Plewińskiego, Dom Spotkań z Historią, Warszawa, Karowa 20, wystawa

Wojciech Plewiński był przez kilka dziesięcioleci jednym z głównych fotografów tygodnika "Przekrój". Kto pamięta ten wie, czym był "Przekrój". Dla tych którzy mają szczęście nie pamiętać tamtego okresu niech zachętą do odwiedzenia wystawy będzie informacja, że był to jeden z najważniejszych tygodników w dusznych czasach siermiężnego socjalizmu. Szeroka, przekrojowa formuła pisma społeczno-kulturalnego, kreatywny zespół redakcyjny, stali współpracownicy w osobach m.in. J. Waldorffa, L. Kydryńskiego, czy K.I. Gałczyńskiego czyniły z "Przekroju" tytuł po który do kiosków "Ruchu" ustawiały się dluuugie kolejki. Nie do przecenienia jest rola "Przekroju" w kreowaniu opinii i gustów środowisk inteligenckich oraz jego wpływu na poglądy aktywu robotniczego ze szczególnym uwzględnieniem znaczenia dla kształtowania postaw chłopstwa pracującego:) To na tyle o "Przekroju". Więcej można znaleźć w necie. Szkoda, że już go nie ma, ale jest wystawa zdjęć Wojciecha Plewińskiego. 

Panie kuratorki wystawy: A. Brzezińska i K. Sagatowska dokonały wyboru zdjęć i zgrupowały je w kilka tematycznych zbiorów. Zdjęć jest 150. Warto zarezerwować sobie około 1,5h na spokojne obejrzenie prezentowanych prac. Czarno-biała estetyka zdjęć automatycznie przenosi widza w minioną epokę, a doznanie podróży w czasie potęgowane jest scenami zarejestrowanymi przez aparat fotografa. Znamy zarówno większość portretowanych osób, podobnie jak klimaty Warszawy i małych miejscowości odwiedzanych przez autora zdjęć w latach 60-tych. To co zostało zatrzymane w kadrze kilkadziesiąt lat temu, a wdziane z dzisiejszej perspektywy prowadzi do porównań tamtej rzeczywistości z dniem dzisiejszym, skłania do zadumy. Zadziwiają: spostrzegawczość autora, czystość kadru oraz techniczna doskonałość zdjęć. Zamieszczone niżej zdjęcia K. Komedy i Kory to tylko nikła próbka/zachęta. Znakomitej większości prezentowanych na wystawie zdjęć nigdy wcześniej nie widziałem. Oglądałem je z prawdziwą przyjemnością.

Kora - Maanam

Krzysztof Komeda wraz z żoną.

Adres Karowa 20 to kamienica tuż za Hotelem Bristol. Wewnątrz poza wystawą (wejście darmowe) także kawiarnia z umiarkowanymi cenami. Dobry pomysł na uzupełnienie spaceru po Krakowskim Przedmieściu. Nieopodal, po przeciwnej stronie Krakowskiego Przedmieścia pod nr. 7 duża i zasobna księgarnia im. Bolesława Prusa. Też warta odwiedzenia.



wtorek, 11 lipca 2023

"Osiem gór" (Le otto montagne), reż. Felix Van Groeningen, Charlotte Vandermeersch, Włochy, Belgia, Francja, 2022, film

 "Osiem gór" (Le otto montagne), reż. Felix Van Groeningen, Charlotte Vandermeersch, Włochy, Belgia, Francja, 2022, film

Warto się pospieszyć, żeby zdążyć obejrzeć ten film, zanim spadnie z ekranów. To nie jest lekki film na czas wakacji, a właśnie teraz wszedł na ekrany. To film dla kin studyjnych, gdzie takie tytuły znikają szybko, nagle, bez uprzedzenia. Podobał mi się. Obejrzałem go w kinie Promu Kultury w zaskakująco licznym towarzystwie wypełniającym w 3/4 niewielka salę kinową. Oceniam film na 7, czyli "dobry" w 10-cio punktowej skali filmweb.

Nieoczywista historia męskich relacji syn-ojciec, kolega-przyjaciel traktuje o wyborach, nieuchronności losu, konieczności wypełnienia ról narzucanych przez życie determinowanych wzorcami wynoszonymi z dzieciństwa. To także opowieść o próbie życia poza głównym nurtem, szukaniu równowagi między tym co oferuje współczesna cywilizacja, a wewnętrzną potrzebą harmonii pchającą bohaterów ku przyrodzie, prostemu życiu, które, jak to życie, nie chce być proste. "Osiem gór" jest jedną z tych opowieści, gdzie praktycznie każdy może znaleźć coś swojego, coś dla siebie. Bo chociaż na pozór jest to historia typu "nie dajesz rady jedź w Bieszczady" to składa się z wielu warstw, które żmudnie, w czasie nieomal 2,5-godzinnej projekcji są widzowi odsłaniane prowokując do zadumy nad wyborami bohaterów, ich sposobem myślenia. Śledząc tę niespieszną historię stawiamy się w roli filmowych postaci myśląc co MY byśmy zrobili na ich miejscu. Bywa, że ich wybory budzą uśmiech, lub zwyczajnie denerwują. Życie...

Jest w tym filmie taka wydawać by się mogło oczywista prawda, że nasze "ja" składa się z mnóstwa drobiazgów, kawałków zdarzeń, myśli, nauk, gdzie jest miejsce na kolorowe szkiełka schowane w jakiejś dziurce w postaci "sekretu" (robiliście w przedszkolu "sekrety" z koleżankami/kolegami?) jak i pocięte do krwi pierwszym scyzorykiem bolące palce. Zadziwiające, jak wiele pamiętają nasze dzieci, jak dzisiaj oceniają nauki, które wkładaliśmy im do głowy w czasie gdy usiłowaliśmy im tłumaczyć świat. "Osiem gór" opowiada o sile relacji ojciec-syn i o tym, że męskie przyjaźnie często są proste, mogą się obywać bez zbędnego słowotoku. Nie, nie ma tutaj żadnego maczyzmu. Przeciwnie. Oglądajc ten film odniosłem wrażenie, że jego przesłanie zgrabnie mieści się w kwestii wypowiedzianej przez Juliette Binoche w  filmie "Zapiski z Toskanii" (o filmie TU): "gdybyśmy bardziej tolerowali słabości każdego z nas nie bylibyśmy tak samotni".

Mądry film z alpejską przyrodą w tle. Film jakich coraz mniej.

piątek, 23 czerwca 2023

"We Will Rock You", Teatr Roma, 2023.06.21, music-hall, właśnie na deskach

"We Will Rock You", Teatr Roma, 2023.06.21, music-hall, właśnie na deskach

Dobrze jest być blisko sceny.
Strefa od rzędu 1 do 11 jest
moim zdaniem najlepsza;
widać mimikę aktorów.
Premiera tego music-hallu miała miejsce w Londynie w 2002. Polska prapremiera odbyła się 2023.04.15 w Teatrze Roma. Ponad 20-cia lat. Szmat czasu. Prawdopodobnie wcześniejsze wprowadzenie tego tytułu do repertuaru Romy było niemożliwe ze względu na cenę licencji. Jednak nie oglądając pierwowzoru mogę się domyślać, że nie wyszło to polskiemu spektaklowi na złe. To co w dramaturgicznym wątku 20-cia lat temu mogło wyglądać na czyste sci-fi stało się dzisiaj praktycznie naszą codziennością, a dystopijna, orwellowska rzeczywistość jaka jest tłem "We will rock you" wyziera ze wszystkich bieżących programów informacyjnych. To uwiarygadnia wizję autora. Jest w warstwie fabularnej coś z ponurej atmosfery "The Wall" Pink Floyd, lekkości bytu konfrontowanego z brutalną rzeczywistością z "Hair" tudzież delikatnej, ale jednak kpiny z plastiku jakiego pełno w k-popie, którego niezłym reprezentantem jest film "Blackpink. Light Up the Sky". Jest tam także w warstwie wizualnej i tekstowej szereg smaczków odnoszących się do naszej lokalnej sceny rockowej, ale nie będę listował tych, które spostrzegłem. [Jednak muszę (bo się uduszę), podzielić się spostrzeżeniem, że patrząc na niektóre śpiewające Panie wehikuł czasu przeniósł mnie do okresu kiedy w Lombardzie front-wokalistką była Małgorzata Ostrowska; to efekt podobnego do M.O. tembru głosu, charakteryzacji, ruchu scenicznego i gabarytów wokalistki z Romy; Lombard, "Stan gotowości" TU]. Przyjemność szukania innych detali-niuansów zostawiam tym, którzy jeszcze nie widzieli "We will rock you". Siłą "We will rock you" jest oczywiście muzyka Queen. Bo o ile stworzony przez Bena Eltona na potrzeby spektaklu scenariusz raził mnie w niektórych momentach swoja sztampowością, może nawet wtórnością o czym pisałem wcześniej, a padające ze sceny dowcipy drażniły mnie (odnosi się do 2 żartów) zbytnią dosłownością, to tak, muzyka jest znakomita. Doliczyłem się (z programu, 30 zł) 25 utworów Queen wplecionych w spektakl. Teksty przetłumaczone są na polski, a znakomity wręcz zespół muzyczny wymiata poszczególne kawałki z siła pierwowzoru. Gitarowe partie za które w Queen-oryginale odpowiada Brian May brzmią w Romie, w wykonaniu zespołu Romy fantastycznie. Pomimo, że nigdy nie zaliczałem się do fanów Queen to słucha się tego znakomicie. Uzupełnieniem muzyki jest świetna, wykorzystująca najnowsze technologie (mnóstwo ekranów LED, ruchome rampy, zapadnie) scenografia, Ekipy: (są trzy, bo spektakl grany jest "na okrągło") muzyczna, wokalna i taneczna robią świetna robotę, ze wskazaniem na kapelę. Tu jest zasadnicza moc, siła, potęga. Reszta jest dobra, ale jednak pozostaje dodatkiem do muzyki.

Obowiązuje zakaz robienia zdjęć, filmowania i nagrywania
w trakcie spektaklu. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby
zrobić zdjęcie finału, po którym NIE było bisów pomimo
zachęt rozgrzanej publiczności.

Chwilę temu, o czym we wcześniejszym wpisie, byłem na Requiem W.A. Mozarta. I chociaż trudno jest porównywać nieporównywalne, to warto, żeby organizatorzy koncertów nawet tych muzyki sakralnej zaczerpnęli niektóre pomysły ze spektakli muzycznych takich jak "We will rock you". Ostatecznie jedno i drugie to dzieła muzyczne, których celem jest działanie na zmysły/emocje, widowni/słuchaczy. Sugerując to nie mam na myśli skąpo ubranych tancerek, ruchomych ramp, czy wymyślnych fryzur i charakteryzacji. Zacząłbym od zaopatrzenia ławek kościelnych w miękkie poduszki. Takie płaskie, pod pupę. Potem, za powiedzmy tysiąc lat, ekrany LED ze stosowną wizualizacją dusz pokutujących w czyśćcu, lub jako memento trawionych przez męki piekielne. A jeszcze potem mogą być diablice-tancerki. Oczywiście ku przestrodze. Jednak na dobry początek - poduszki. Fotele w Teatrze Roma, pomimo szczupłości przestrzeni pomiędzy rzędami są naprawdę wygodne:)

I jeszcze jedno. Jadąc do Romy samochodem zapomnijcie o parkowaniu na Nowogrodzkiej lub w bezpośredniej okolicy. Lepiej jest zostawić samochód na parkingu Dworca Centralnego. Dystans do teatru kobieta w szpilkach pokonuje w około 12 min. :)

środa, 21 czerwca 2023

Requiem, Wolfgang Amadeus Mozart, 2023.06.16, Bazylika Św. Krzyża Warszawa, koncert

 Requiem, Wolfgang Amadeus Mozart, 2023.06.16, Bazylika Św. Krzyża Warszawa, koncert


Kościół Św. Krzyża. Najlepszym miejscem do odbioru muzyki sakralnej jest kościół, a gdy
wykonawcą jest Zespół Wokalny Warszawskiej Opery Kameralnej w towarzystwie
Orkiestry Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej to obecność na takim
koncercie jest nieomal obowiązkiem. Dlatego kiedy kolega Malina zadzwonił z info, że ma do
 odstąpienia bilety nie zwlekałem z decyzją. Niezwłocznie potwierdziłem wolę wzięcia obowiązku
na siebie. Nie jestem specem od muzyki sakralnej. Requiem w ilości 1 szt. wysłuchałem jakiś czas
temu na Spotify i było to "Requiem Polskie" Krzysztofa Pendereckiego. Zrobiło na mnie wrażenie.
Potężne, monumentalne dzieło, być może najważniejsze osiągnięcie kompozytora, ale mające
z klasycznym requiem niewiele wspolnego. Requiem W.A. Mozarta jest inne, zdecydowanie bardziej
 kameralne, trzymające się kanonu, czyli jest mszą-wołaniem, która ma wspomagać duszę zmarłego
w drodze do Nieba. Mozartowskie Requiem nie "zabrało" mnie ze sobą. Nawet pomimo wiedzy o
 ciekawej i skomplikowanej historii powstania utworu (TU) i bladego wspomnienia o Requiem ze
 znakomitego filmu "Amadeusz" Milosa Formana byłem troszkę nieobecny. Po około 30 min. koncertu
 doszedłem do wniosku, że siedzę chyba na niewłaściwej ławce, bo ta rżnęła mnie niemiłosiernie w
 siedzenie będąc prawdopodobnie ławką dla pątników-grzeszników. Twarda, nieprzyjazna nieomal
kanciasta. Przygotowalnia-przedsionek dla grzesznej duszy w drodze do czyśćca. Kiedy wierciłem się
 szukając właściwej pozycji dotarło do mnie, że jeszcze trochę, a będę musiał odwiedzić toaletę. To 
 wzbudziło mój niepokój, spotęgowało cierpienia i jak sądzę spłyciło doznania estetyczne:) A
 wszystko zaczęło się do żmudnego dojazdu na koncert w korku spowodowanym meczem Polska-
Niemcy na Stadionie Narodowym. Powrót w tym samym korku, tylko w drugą stronę. Ale
 podsumowując: na przekór kanciastej ławce, korkom i pęcherzowi - było warto!  

czwartek, 15 czerwca 2023

"Vermeer. Blisko Mistrza" (Dicht bij Vermeer), Dania, 2023, film dokumentalny, właśnie na ekranach

 "Vermeer. Blisko Mistrza" (Dicht bij Vermeer), Dania, 2023, film dokumentalny, właśnie na ekranach

Kolejny film  z cyklu "Wielka sztuka na ekranie". Tym razem film jest duński (cykl został zainicjowany przez producenta z Wielkiej Brytanii, gdzie reżyserem jest zwykle David Bickerstaff; te filmy cenię najwyżej) więc odbiega od angielskich pierwowzorów tego cyklu, a tym bardziej od włoskich produkcji mieszczących się w formule "wielkiej sztuki na ekranie".  Oś filmu stanowi przygotowanie do największej wystawy dzieł  J.Vermeera w amsterdamskim Rijksmusesum (skończyła się na początku czerwca 2023), na której organizatorom udało się zgromadzić 28 spośród 37 współcześnie istniejących dzieł holenderskiego mistrza. Holendrzy mają w swoich zasobach raptem cztery obrazy, reszta rozsiana jest po świecie i jest eksponowana głównie w muzeach i galeriach w USA (1/3 z 37) oraz Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Jeden obraz znajduje się w rękach prywatnych. Film jest praktycznie zapisem podróży kuratora wystawy pukającego do drzwi właścicieli obrazów z prośbą o ich wypożyczenie. W główny wątek wplecione są zdjęcia rozmów-negocjacji, w czasie których strony przekonują się nawzajem o emocjach jakie budzą w nich dzieła "Sfinksa z Delft" (tak czasami mówi się Veremeerze z racji jego tajemniczości), jak wielkimi znawcami jego dzieł są rozmówcy, którzy jednak mają problem z ustaleniem autentyczności jednego z obrazów - "Dziewczyna z fletem" z zasobów Widenera w Waszyngtonie. I właśnie ta historia jest chyba najciekawszym elementem w tym filmie. Pomimo, że część speców definitywnie twierdzi, że autorem obrazu nie jest J. Vermeer to jednak zawiśnie na wystawie jako jego dzieło... Fachowcy oceniają, że około 30% znajdujących się w muzeach i galeriach dzieł różnych artystów to fałszywki... Wiszą tam pomimo, że właściciele tych instytucji mają świadomość i wiedzę, że prezentują podróbki... Czym się kierują, z czego to wynika, dlaczego "Dziewczyna z fletem" prezentowana była jako oryginalne dokonanie J. Vermeera? Na te pytania film nie odpowiada, a jego autorzy nie drążą tematu zadowalając się końcowym sukcesem organizatorów wystawy, która jest największą w historii prezentacją dzieł (i fałszywek?) Mistrza z Delft.

Film oceniam na 5 (średni) w 10-cio punktowej skali filmweb. W mojej ocenie film nie wnosi nic nowego do ogólnej wiedzy na temat malarstwa J. Vermeera. Kamera podąża za kuratorem wystawy, który kolęduje do różnych miejsc i instytucji z prośbą o wsparcie w jego dążeniu do stworzenia wyjątkowej wystawy. Fajna robota, zwłaszcza, że jeździ z asystentką:) za pieniądze muzeum. Są tam oczywiście emocje, targi, obietnice wzajemności wypożyczenia: "wy nam teraz, my wam potem", ale w moim odczuciu po obejrzeniu tego filmu nie jesteśmy "bliżej mistrza". 

Kolejnym, komplementarnym filmem z cyklu jest "Nowy Vermeer. Wystawa wszech czasów", który opowiada o wstawie i szczegółowo zajmuje się wybranymi, reprezentatywnymi dla różnych okresów toworzenia obrazami J. Vermeera. Ten jest zrobiony przez D. Bickerstaffa i rzeczywiście przybliża widzowi osobę J. Vermeera - człowieka i malarza. O tym filmie za chwilę:)

środa, 14 czerwca 2023

Zalew Czorsztyński-Dunajec-Szczawnica, 2023.06.01-04, rowerowe

 Zalew Czorsztyński-Dunajec-Szczawnica, 2023.06.01-04, rowerowe

Z Białki Tatrzańskiej do Zalewu Czorsztyńskiego można dojechać samochodem w ciągu 20 min.
Można także rowerem, ale dojazd ruchliwą drogą krajową bez pobocza nie jest przyjemny, więc
wybrałem wariant samochodowy. Zostawiłem samochód pod kościołem w miejscowości Frydman
skąd ruszyłem w objazd Zalewu trasą Green Velo. Pętla liczy około 25-30 km i mogę ją polecić
każdemu rowerzyście. Północny odcinek trasy biegnie przez kilka kilometrów wzdłuż drogi krajowej,
ale na esowatej części tego odcinka doklejono kawałek pobocza i jazda na rowerze jest względnie
bezpieczna. Będąc w Zakopanem można się wybrać tutaj na całodzienny wypad z całą rodziną/ekipą.
Nie trzeba mieć własnego roweru, gdyż sprzęt zapewniają miejscowe wypożyczalnie, a liczne
bary, kawiarnie zachęcają do odpoczynku i kontemplacji urokliwego krajobrazu.


Przystań YKP Zakopane. Nie miałem pojęcia, że górale żeglują. Myślałem, że zajęci są głównie
łupieniem ceprów, jazdą na nartach i wyrobem oscypków:) A tu proszę! Widać zbójnickiego
można zatańczyć także na pomoście!

Trzy Korony. Następnego dnia trochę krótszy wypad wzdłuż Dunajca. To iście spacerowa trasa.
Jakiś czas temu byłem tutaj z kolegami łącząc jazdę na rowerze ze spływem tratwami. Teraz 
zostawiłem samochód w Niedzicy i ruszyłem rowerem trasą Green Velo w kierunku Szczawnicy.
Trasa jest szalenie malownicza. Jest niewiele miejsc w Polsce, które mogą konkurować z przełomem
Dunajca w kategorii uroda krajobrazu. Myślę, że w sezonie jest tutaj mnóstwo turystów, ale w dzień
powszedni, na początku czerwca było względnie cicho i spokojnie. 

Przełom Dunajca można podziwiać z poziomu rzeki z tratwy, pontonu
 i kajaka. Można także z brzegu idąc, lub jadąc na rowerze. Niezależnie
skąd i jak się patrzy, widok zachwyca swoją urodą.  

Wypożyczalnia w Sromowcach Wyżnych. W dali nad linią drzew widoczne Tatry z białymi
akcentami leżącego w żlebach śniegu. 

Dunajec poniżej zapory pod Niedzicą. Łąkowy akcencik na koniec wycieczki. Można sobie
skręcić szyję pasąc oczy widokami rozbuchanej przyrody. Gdy już się jest w Zakopanem
warto ruszyć się kawałek dalej i zamiast łazić po Krupówkach zrobić wypad nad Dunajec,
Zalew Czorsztyński, zahaczyć o Szczawnicę. To fajna alternatywa dla tatrzańskich dolin, 
wjazdu na Kasprowy i spaceru nad Morskie Oko.