środa, 28 grudnia 2011
Osiecka (ksiazka) 2x: "Galeria Potworow" (1988-1992/2008), "Listy na wyczerpanym papierze" (2010)
Kto nie kocha Osieckiej? Dopiero niedawno dowiedzialem sie, ze moja nieswiadoma slabosc do niej datuje sie od lat szczeniecych. "Deszcze niespokojne" to jej tekst. Czolgiem jezdzili wowczas wszyscy, a odcinki "Czterech pancernych" byly oczekiwane nie mniej niz kolejne
przygody Hansa Klosa. Wlasnie mija rok, od kiedy w Och-Teatrze obejrzalem "Biala Bluzke", co bylo bezposrednia przyczyna obejrzenia/wysluchania tegorocznego finalu konkursu "Pamietajmy o Osieckiej" w "Romie".
Naturalna wiec konsekwencja bylo siegniecie po lekture Jej ksiazek. Od ktorych warto zaczac zapytalem moja niezawodna koleznake, ksiazko-maniaka oblatywacza, ktora przeczytala wszystko co zostalo wydane i warte przeczytania nie tylko w jezyku polskim, nie tylko na temat Osieckiej.
Od "Galerii potworow", odparla, a potem dorzuciala w prezencie, juz bez rekomendacji egzemplarz "Listow na wyczerpanym papierze", korespondencji Osieckiej i Jeremiego Przybory.
"Galeria..." to rzecz bardzo smakowita. Jest niczym innym jak galeria wlasnie, typow, postaci, osob na ogol powszechnie znanych, wywodzacych sie zwykle z owczesnej bohemy, swiata polityki, lub czelusci SPATiFU. Osiecka miala zdolnosc magnetyczne. Przyciagala mase roznych ludzi. Byla zapraszana, uczestniczyla w niepoliczlanej ilosci bibek, rautow, fajfow. Gdzies pomiedzy tworzyla, co takze bylo przycznkiem do spotkan, ktore czesto nieuchronnie ewoluowaly stajac sie bibkami... Prowadzila zatem zycie intensywane, miala o czym i o kim pisac. "Galeria..." jest swietna lektura traktujaca o latach 60/70/80. Sa tam sylwetki ludzi, ktorych znamy/znalismy. Obrazki i opisy zdarzen, miejsc... troche jak sentymentalna podroz po owczesnej Polsce widzianej oczami Osieckiej. Fajna cecha ksiazki jest jej warstwowa budowa. Przewracajac strone wzrok automatycznie koncentruje sie na zdjeciu (zdjec jest b. duzo) i podpisie pod nim, potem jest tekst, a na szerokich marginesach przypisy autorstwa Daniela Passenta, ktore poszerzaja znaczenia niektorych pojec, glebiej opisuja postaci wymieniane w tekscie. Ksiazka czyta sie bardzo szybko. Trudno sie z nia rozstawac.
Zgola inaczej czyta sie "Listy na wyczerpanym papierze". Zbior korespondencji wymienianej pomiedzy Osiecka, a Jeremim Przybora w okresie ich romansu zostal ulozony w calosc przez Magde Umer, za pozwoleniem dzieci: Agaty Osieckiej i Kota Przybory. Dwadziescia lat starszy, Starszy Pan wpadl byl jak przyslowiowa sliwka i uzywajac swej teksciarskiej sparwnosci zmiksowanej z lekko staromodnym stylem wzietym z Merry Old England tworzyl teksty godne starych mistrzow epistolografii. Osiecka nie pozostaje dluzna, wiec korespondencja ma charakter zgrabnego utworu pisanego na cztery rece. Te listy mozna smakowac chociazby ze wzgledu na bogaty jezyk, zgrabne skojarzenia, slowne kalambury. Mozna takze starac czytac sie je szybko (to moje podejscie), ale to proba skazana na niepowodzenie, bo szybko sie nie da i nie nada. Czytanie cudzej korespondencji, zwlaszcza takiej, z ktorej w wyniku autocezury autorzy listow usuneli co bardziej pikantne kawalki jest na dluzsza mete dosc nudne i zmudne (tak, tak moim zdaniem). Dlatego czytalem "Listy.." prawie 2 tyg.(200 str.) "Galeria.." to ksiazka dla wszystkich. "Listy..." wchodza trudniej. Moze latwiej jest je przelknac sluchajc dolaczonej do ksiazki plyty CD/mp3, gdzie autorom listow glosow uzyczyli: Magda Umer i Piotr Machalica. No, ale tak to juz jest, slow food rzadzi sie swoimi prawami, chociaz "Galeria.." tez nie jest popcornem.
sobota, 14 listopada 2015
"Listy do M. 2", reż. Maciej Dejczer, PL, film, właśnie w kinach
Zamiast "11 minut", w wyniku blednej informacji na Filmweb obejrzałem "Listy do M.2".
Nie podobala mi się czesc 1-sza.
Widziana przez przypadek czesc 2-ga jest żałośnie słaba, nieudolna, chaotyczna, nie ratuje jej udział czolowki PL aktorow.
Ot, knot (czyli gniot).
piątek, 30 grudnia 2016
"Everest. Góra gór", aut. Monika Witkowska, 2013, książka
Wlasnie pomyslalem sobie, ze usiade i napisze posta o książce, która przeczytałem już jakiś czas temu. Krążąc po domu zastanawielm się od czego zacząć. Przeciez Everest, wspinaczka na Gore Gor to takie oczywiste, teraz wręcz powszednie. Co w tym, w tej książce jest ciekawego, innego, ze warto po nia siegnac, poswiecic czas na jej przeczytanie.A tu w Trojce (piątek - lista przebojow) zagrali Leonarda Cohena. Zatrybilo mi w glowie i bezwiednie przypomniał mi się wywiad z L. Cohenem emitowany na antenie Trojki w bloku bodaj Piotra Metza, gdzie tuz po wydaniu ostatniej plyty, niewielka grupa dziennikarzy zadawala pytania Mistrzowi. Pamietam, ze pierwsze wyslyszane dotyczyło obietnicy L. Cohena o rzuceniu palenia (na plycie jest jego foto z papierosem). Odpowiedz Cohena brzmiała (uruchomcie wyboraznie, usłyszcie ten głęboki, charakterystyczny glos i wolno, od niechcenia rzucone) - "You know, there are some guys you can't trust". A zaraz potem pytanie o opinie Cohena na wlasnie-co-opublikowana informacje o Noblu dla Boba Dylana.
I odpowiedz: "To tak, jakby na najwyzsza gore wnieść i przybic tabliczke Najwyzsza Gora"....
Najwyzsza gora jest jedna i najwazniesza. Ksiazka Moniki Witkowskiej nie traktuje o heroizmie, walce, konaniu z zimna itp. Jest raczej rodzajem zgrabnego, napisanego dość prostym jezykiem reportazu o decyzji wejścia na Everest i realizacji tego postanowienia. Tym ciekawsza, ze rozszerzona o krótkie, zwiezle wtręty (wyróżnione innym kolorem, zwykle dwie kartki) dotyczące np. jakow, Szerpow, skrocony słownik szepsko-polski, ilości osiemdziesialatkow którzy weszli na Everest itp.
Czyta się to latwo. Autorka skupia się na technicznej stronie znaczącego jednak przedsiewziecia jakim jest wejście na Gore Gor. Dowiadujemy się ile kosztuje uczestnictwo w takiej wyprawie, ile trzeba mieć na to czasu, z jakiech agencji korzystać, jakie ciuchy/buty trzeba mieć. Nie mniej ciekawy jest problem siusiania i sposoby jego rozwiazywania, miejsca w necie gdzie można kupic stosowne, sluzace do tego akcesoria. Tlen, butle, maski - tutaj także znajdziemy wskazówki czego uzywac, co odrzucić.
Ksiazka ma nowoczesna konstrukcje, co oznacza, ze kolejne rozdzialy sa krótkie, zwarte, przeplecione specjlanie oznaczonymi stronami-wrzutami poglebiajacymi wiedze o temacie rozdzialu, a dobrej jakości zdjęcia ilustrują/uzupelniaja tekst. Nie wiem, czy strona formalna książki, sposób jej zredagowania to pomysl autorki czy wydawnictwa. Mnie się TO podobalo.
"Everest. Góra gór" fajnie mi się czytala.
Dobrze się ja oglda. Zawiera mnóstwo autorskich zdjęć. Stanowia dodatkowa wartość.
Przeczytalem i przeczytam sporo książek o gorach, wlazeniu na nie i mogę ja polecić każdemu, kto (a na pierwszym miejscu listy Trojki Leo Cohen - "You want it darker") lubi góry, kogo interesują dokonania polskich himalaistów, dla kogo Kukuczka i Rutkiewicz to osoby rozpoznawalne, znane.
Autorka "Everest. Góra gór" znalazła wlasny, autorski sposób na opowiedzenie swojej historii wejścia na Everest. To jest jedna z wartości tej książki. Inne jej zalety najlepiej ocenicie sami czytając 319 stron tej ciekawej moim zdaniem książki.
Myslalas(es) o wejściu na Everest?
Przeczytaj ZANIM podejmiesz wyzwanie.
Koniecznie!
piątek, 12 grudnia 2025
"Norymberga" (Nurenberg), reż. James Vanderbilt, USA, 2025, w kinach
"Norymberga" (Nurenberg), reż. James Vanderbilt, USA, 2025, w kinach
Jeśli będziecie w Centrum Handlowym, w którym jest kino, i będą się Wam rzucać w oczy ludzie robiący z ust "dziubka" (górna warga na dolną, przy jednoczesnym złożeniu ust "w ciup") to jest to niemylny znak, że mijacie się z tymi, którzy wyszli z seansu filmu "Norymberga". Taką mimiką posługuje się kreujący jedną z głównych ról Rami Malek. Jest go w filmie dużo, a mimika tak sugestywna, że niektórym widzom ten grymas może zostać na zawsze... Chociaż dziubek sam w sobie, niczego sobie. Spróbujcie poćwiczyć :)"Norymberga" zwłaszcza w pierwszym "oglądzie" to całkiem dobry film. Po dłuższej chwili zastanowienia nie mogę mu jednak przyznać więcej niż 5/10 (średni) w skali filmweb...
Film, w odróżnieniu od np. łyżwiarstwa figurowego otrzymuje (na filmweb) tylko jedną notę. Nie ma oddzielnych ocen za styl, wykonanie itp. Nagradzanie poszczególnych wybranych elementów to domena nagród takich jak np. Oscar. Tutaj jest ich bez liku, ale i tak najważniejsze są dwie może trzy: najlepszy film, reżyseria, scenariusz. Jaki sposób oceny jest lepszy? Nie wiem. Na szczęście wiem co mnie uwiera w przypadku "Norymbergii".
Przyjezdna koleżnaka, mieszkająca na stale w USA Polka, po seansie jednoznacznie skomentowała film z przekąsem mówiąc: "Hollywood do bólu". I dalej, że ma po kokardę takich gładkich, zamaszystych, łatwowchodzących, szybko wypadających z głowy produkcji z taśmy fabryki snów. Że woli oglądać kino europejskie, bo wiadomo, tego made in USA ma wystarczająco dużo mieszkjąc tamże. Koleżanka miała racje. Film ma wszystko, co dobry film mieć powinien: świetną obsadę, bezbłędną reżyserię, znakomite zdjęcia (aut. zdjęć Dariusz Wolski), perfekcyjną postprodukcję, dobrą muzykę, a i sam temat także interesujący, intrygujący.
Oglądało się go całkiem dobrze do momentu, gdy z filmowej narracji zaczęło się przebijać, że praktycznie jedynym poszkodowanym w II Wojnie Światowej narodem jest naród żydowski... Jako Polaka "mającego polskie obowiązki" zabolało mnie, że w czasie trwającego 2,5h filmu w niemieckich obozach koncentracyjnych zdaniem twórców "Norymbergii" ginęli praktycznie tylko Żydzi. O polskich i rosyjskich ofiarach niemieckiego bestialstwa wspomina się w filmie bodaj 1x. Rzeczownik "Żyd" odmieniany przez wszystkie przypadki jest najczęściej używanym słowem w filmie. Wielokrotnie mówi się o 6-ciu milionach żydowskich ofiar systemowej, niemieckiej eksterminacji zapominając, że około 50% z nich było Polakami... Co gorsza zapomina się także, że obok 3 milionów polskich Żydów Niemcy wymordowali kolejne 3 miliony etnicznych Polaków, a liczbę ofiar po stronie ZSRR szacuje się na około 27 milionów, w tym około 9 milionów ludności cywilnej...
Oglądało mi się gładko i przyjemnie, gdy dopadła mnie myśl, że ten film, w tej konwencji, w tym ujęciu niemieckich zbrodni to kolejne rozwadnianie niemieckiej odpowiedzialności, innymi słowy bezczelne wręcz fałszowanie historii. Ujęci przez aliantów niemieccy zbrodniarze to w większości fajni, sympatyczni faceci. H. Goring znakomicie grany przez Russella Crowe to kochający ojciec, zręczny negocjator, władający dobrym angielskim lekko przymulony nadmiarem używek tłuścioszek. Atrakcyjna, czuła żona, kochająca córka, listy pełne serdeczności i zero jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Prawdą jest, że dziesięciu(tylko!) zbrodniarzy powieszono (Goring uniknął stryczka), ale cała reszta, rzesze, tysiące SS-manów, dziesiątki, setki tysięcy niemieckich zbrodniarzy uszło z życiem, gdyż okazało się, że mogą być przydatni w obliczu wieszczonej, nieuchronnej konfrontacji Wschód-Zachód. Do relatywizowania niemieckiego bestialstwa przyczynił także "program" Paperclip w ramach którego do USA sprowadzono około 2 tys. niemieckich i austriackich naukowców, którzy oczywiście nie czerpali korzyści z istnienia/działania obozów koncentracyjnych i niewolniczej pracy więźniów. Nawet o nich nie wiedzieli (SIC!) (np. Wernhern von Braun)
"Norymberga" kończy się ostrzeżeniem-konkluzją, że ten poziom zezwierzęcenia (w filmie jest kilka przebitek dokumentalnych pokazujących straszną prawdę o obozach koncentracyjnych) nie jest przypisany narodowi niemieckiemu, że taka lub podobna historia może zdarzyć się wszędzie, jeśli dopuści się do upodlenia, dehumanizacji zwykle słabszej, mniej licznej grupy społecznej, którą wskaże się jako winną wszelkiego zła.
Film, jak wynika z końcowych napisów, które dopowiadają do końca losy m.in. psychologa Douglasa Kelleya (Rami Malek) bazując na faktach nie jest filmem dokumentalnym. Brakuje w nim jednak rzetelnych, twardych danych o ofiarach zbrodni niemieckich innych niż ofiary żydowskie. Brakuje w nim istniejących w archiwach dokumentalnych zdjęć z wyzwalanych przez aliantów obozów koncentracyjnych, gdzie alianccy żołnierze-oswobodziciele na widok bezmiaru bestialstwa stawiali niemiecką obsługę pod ścianą i kosili ją seriami z broni maszynowej. Brakuje informacji, że dawano więźniom "wolną rękę" w wymierzeniu sprawiedliwości wobec tych zbrodniarzy, którzy zakładając obozowe łachy usiłowali udawać więźniów...
Ten film to czysty hollywood.
Niby jest strasznie, ale tylko troszkę, bez przesady.
Najgorsze jednak jest to, że z tego filmu, nie z autentycznych filmów dokumentalnych będą czerpać "wiedzę" miliony widzów na całym świecie.
Bo dzięki udziałowi Russella Crowe, Johna Slattery (Mad Men), Rami Raleka (Bohemian Rapsody), Michaela Shannona (451 Fahrenheit) będą go ogładać miliony.
Bo "Norymberga" zwłaszcza w pierwszym "oglądzie" to całkiem dobry film...
PS 2025.12.19
Kolega, Malina podrzucił mi link do opinii historyka-fachowca, prof. Grzegorza Kucharczyka, na temat filmu "Norymberga". To zwięzła, 16-sto minutowa wypowiedź profesjonalisty. Warto posłuchać, wiedza nie boli :)
https://youtu.be/G0L8a3X-0pI?si=PYk_ZUZdIuC1N9CG
wtorek, 14 czerwca 2022
Red Box, koncert, Studio A. Osieckiej, Trójka, niedziela 2022.06.12
Red Box, koncert, Studio A. Osieckiej, Trójka, niedziela 2022.06.12
| Red Box |
Nie jest to pierwszy trójkowy postpandemiczny koncert na którym byłem w tym roku. Poprzednie na których byłem, wylistowane w tekście wraz z foto, były grane w warunkach, kiedy pandemia nie została oficjalnie odwołana. Publiczność w maseczkach, część potencjalnych widzów być może zrezygnowała w uczestnictwa w koncercie w obawie o swoje zdrowie. Dlatego powstrzymywałem się od komentarzy o słabej frekwencji, porównań, które narzucały mi się po kolejnych wizytach w Studio A. Osieckiej na Myśliwieckiej 3/5/7, kiedyś przecież "najlepszym radiowym adresem na świecie...". Od dawna jednak korciło mnie, żeby napisać więcej o fenomenie net-anten, Radia 357 w szczególności. To, że zdecydowałem się podjąć temat porównania Trójki z Radiem 357 właśnie teraz, został w pewnym stopniu sprowokowany przez lidera Red Box - Simona Toulsona Clarka, który poprosił o przekazanie pozdrowień Piotrowi Kaczkowskiemu. Wróciłem do domu, włączyłem Radio 357. Tam, nie kto inny tylko Piotr Kaczkowski* o 21:00 rozpoczął prowadzenie swojego niedzielnego bloku "MAX 357"...
Nie potrafię precyzyjnie podać jaka część zespołu Trójki zasiliła szeregi Radia 357, ile osób znalazło pracę w Radiu Nowy Świat (inicjatywa Wojciecha Manna i Magdy Jethon), a ile zostało na Myśliwieckiej. Od ponad roku słucham głównie Radia 357. Czasami włączam Trójkę. Kiedyś, na próbę usiłowałem także słuchać Radia Nowy Świat. I... Nawet jeśli jakaś część redakcji "starej" Trójki w Trójce została, to moim zdaniem trójkowy "duch" w całości przetransferował się do Radia 357.
| DiANTI - 2021.09.19 |
| Volentiles - 2021.10.24 |
| Ankh - 2021.12.12 |
| Hedone - 2022.01.02 |
| Closterkeller - 2022.01.16 |
| Natalia Sikora - 2022.01.23 |
| Ania Dąbrowska - 2022.02.13 |
Radio 357 zatrudnia sporo ludzi, a programy są prowadzone przez licznych redaktorów. Nie wszystkich lubię. Nie wszystko w tym radiu mi się podoba. Jednak moim zdaniem trójkowy duch rozumiany jako szczególne, rozpoznawalne poczucie humoru, duch słyszalny w kulturze prowadzących wyrażanej także kulturą języka, duch odczuwalny jako wrażliwość na nieciekawą zwłaszcza ostatnio rzeczywistość, został przeniesiony do Radia 357. Ten duch to także szczególna mieszanka różnych audycji od tych muzycznych, przez znakomite reportaże, wywiady, sprawozdania, których spectrum tematyczne jest w stanie nie tylko zainteresować praktycznie każdego, ale także zainspirować, zachęcić do działania.
A koncert Red Box?
| Red Box |
Przeczytałem to co napisałem. Myślę sobie, że być może ten tekst nie ma sensu. Wszak taka jest kolej rzeczy: zmiany, zmiany, zmiany... Panta rhei... Ale takiemu Bułatowi Okudżawie gdy było żal ..."że po Moskwie nie suną już sanie"... to nawet popełnił o tym balladę. Mnie także żal. Tak beznadziejnie i zwyczajnie. Że to se ne vrati... Zupełnie jak Bułatowi :)
* Uznałem, że jednak nie każdy czytelnik bloga musi wiedzieć kim jest Piotr Kaczkowski. a zatem jak symptomatyczne jest to, że Piotr Kaczkowski pracuje dla Radia 357. Piotr Kaczkowski miał status ikony, filaru Trójki. Rocznik 1946, rozpoczął pracę w Trójce w 1963, gdzie prowadził szereg autorskich programów muzycznych, w tym niebywale popularny "Minimax - minimum słów, maximum muzyki". (TU) Więcej o Piotrze Kaczkowskim.
sobota, 16 stycznia 2016
"Stryjeńska. Diabli nadali", aut. Angelika Kuźniak, 2015, książka
Bardzo mi się podobala. Ksiazka.
Bohaterka mniej, ale przecież ksiazka nie bylaby tak ciekawa, gdyby nie postac, osobowość Zofii Stryjeńskiej, malarki, artyski na "śmierć i życie".
Nie wiedziałem o niej do czasu, kiedy w Trojce Angelika Kuźniak, autorka książki zaanonsowala ukazanie się biografii na rynku. W barwny, dowcipny sposób przedstawila bohaterke swojej pracy. Na tyle ciekawy i intrygujący, ze niezwłocznie ksiazke zamowilem (to łatwe) i sprawnie (zdecydowanie trudniejsze) przeczytałem.
Zofia Stryjeńska była/jest ucieleśnieniem pojęcia "artystka". Tworzyla glownie w okresie międzywojennym. Osiagnela wówczas szczyt popularności. Przez około 10 lat nalezala do panteonu polskich artystow. Jej sztuke wyroznialy: głęboki patryjotyzm rozumiany jako bezwzgledna apoetoza słowńaszczyzny, zdecydowana, mocna kolorystyka oraz zgeometryzowana forma malowanych postaci. Atrakcyjna kobieta, fatalna matka, beznadziejna, chorobliwie zazdrosna zona. Poza okresem międzywojennej prosperity zyjaca w niedostatku, w wiecznych długach, na granicy ubóstwa. Postac szalenie barwna swietnie wpisujaca się w owczesna krakowsko-warszawska boheme.
"Stryjeńska. Diabli nadali" jest ksiazka, której baza jest pamiętnik Zofii Stryjeńskiej. W sumie to on, zapis zycia, czasów bohaterki stanowi o jakości książki. Bo ow pamiętnik jest czyms więcej niż zwykłym sztambuchem z osobistymi zapisami jego autorki. To rodzaj kolażu, gdzie Zofia Stryjeńska poza uwagami dotyczącymi wlasnego zycia wklejala artykuly z gazet, pocztówki, listy tworząc (chyba) mimowolnie rodzaj kapsuły czasu, świadectwo swojego zycia, tamtej epoki.
A wszystko ubrane w humor ze znaczna domieszką autoironii i samokrytyki autorki pamiętnika.
Ksiazkę czyta się znakomicie. Angelika Kuźniak wykazala się (moim zdaniem) sporym wyczuciem ograniczając swój udział do roli "operatorki", która z finezją, ograniczając własna ingerencje do minimum, sklada w calosc wspomnienia rodziny i znajomych z fragmentami pamiętnika artystki.
Kochała błękit, mężczyzn z błękitnymi oczmi. Jej miłość do błękitnego była aberracją, która kazała jej zamowic sztuczna szczękę w tym właśnie kolorze... Kochała malarstwo tak bardzo, ze za cene wyrzekniecia się swojej płci, w męskim przebraniu, z paszportem brata zdała i studiowala przez ponad rok na Akademii Sztuk Pieknych w Monachium (kobiety nie mogly być studentkami tej uczelni [1913]).
Jak wygladala z błękitną szczęką?
Czy jej męski kamuflaż został odkryty?
Jak żyła, kim byla sypiąjaca w wannie artystka o wielkim, niedocenionym talencie, która zmarla calkiem niedawno (1976) w wieku 85 lat.
Czytajcie.
Czyta się nie gorzej niż "Dziewczyna z Pociagu".
środa, 13 stycznia 2021
"Nietakty. Mój czas mój jazz", aut. Zofia Komedowa Trzcińska, PL 2015, książka
"Nietakty. Mój czas mój jazz", aut. Zofia Komedowa Trzcińska, PL 2015, książka
Przefiltrowalem szybko zasoby mojej lokalnej biblioteki i wsrod tytulów, ktore zostaly na filtrze znalazly sie m.in. "Nietakty". Przeczytalem te liczaca 328 stron ksiazke bardzo szybko. Nie moglem sie od niej oderwac. Uwazam ja za szalenie interesujaca, wrecz pasjonujaca. Mysle, ze bez wiekszego ryzyka moge ja rekomendowac kazdemu, kto interesuje czasem, gdy "piekni dwudziestoletni" usilowali, być i żyć "pod prąd", w cieniu socrealistycznej szarosci. Zaleta ksiazki jest to, ze wnosi wiele nowego do mojej dotychczasowej wiedzy o tamtych ludziach/czasach. Pomimo tego, ze przeczytalem kilka ksiazek napisanych przez A. Osiecką, M. Hłasko, R. Polańskiego oraz ksiażek-biografii o nich traktujacych, to "Nietakty" sa swieże i interesujace. Dostarczaja wiedze i spostrzeżenia z perspektywy osoby, ktora bedac czescia krakowsko-warszawskiej bohemy, uosabiala postac "aniola stróża" swojego meża oraz duzej czesci srodowiska jazzowego i arytystycznego, nie bedac artystka. Ta szczegolna pozycja pozwalala jej na obserwowanie ludzi, ich zachown z innej, niz "artystyczna", perspektywy. Fakt, ze byla zona K. Komedy, agentem i managerem klubow i kapel jazzowych, osoba, ktora placila rachunki, powoduje, ze jej czesto kąśliwe wypowiedzi maja silny watek ekonomiczny. Zofia Komedowa Trzcińska nie oszczedza swoich znajomych, czesto koleżanek piszac: ..."Wiedziałam! Te wredne kurwy wszystkim sie chwalily! I goniły za nim jak jakieś pijawki czujace świeża krew. Zapamiętale ścigały, używając przeróżnych cwanych podstępów, aby usidlić! Wiele miał do zaoferowania. Talent, pozycje i karierę. Sławę!"... Cześć tych "wrednych kurew" poznajemy z imienia i nazwiska, ale to tylko drobny cytat "na zachęte".:) Od Zofii Komedowej Trzcińskieh dowiadujemy sie m.in. dlaczego Jerzy Skolimowski mial przezwisko "daj ugryźć", skąd wziął sie nick Krzysztofa Trzcińskiego - "Komeda", jak reagowal Tadeusz Kantor, gdy byl proszony o udostepnienie Krzysztoforów na jazz-impreze. Nie brakuje w tej ksiazce jej opinii na temat R. Polańskiego, Wojciecha Frykowskiego, Piotra Skrzyneckiego oraz wielu, wielu innych postaci ze swiata polityki, biznesu i sztuki.
Wady? Ksiazka napisana przez Zofię Komedową Trzcińską daje nam wglad w tamtem swiat widziany Jej oczami. Jej postac jako zony i agentki K. Komedy, rola i udzial w tworzeniu owczesnej sceny jazzowej w Polsce nie sa zdaniem wielu jednoznacznie pozytywne. Calkiem niedawno (2018) zostala wydana ksiazka "Komeda. Osobiste życie jazzu", aut. Magdaleny Grzebałtowskiej. Nie czytalem jeszcze tej ksiazki, ale z podrzuconych mi przez koleżankę opisow i wywiadów (TU, TU) jasno wynika pewna oczywistość. "Nietakty" sa autorska wizja Zofii Komedowej Trzcińskiej, przedstawiajacej jej opinie oraz jej sposob widzenia samej siebie jako żony, agentki, współtwórczyni ówczesnej, jazzowej sceny muzycznej. Autorska wizja przeszlosci nie jest wadą. Wadą (moim zdaniem) jest to, ze zgodnie z informacja na skrzydelku ksiazki, jest to ..."zbiór pasjonujacych wspomnień Zosi, które opracował jej syn"... Uprawnione jest domniemanie, ze syn wygladzil niektore opinie, być moze takze usunal mocniejsze fragmenty kreujac w pewien sposob postac Matki zgodnie ze swoim wyobrazeniem o Niej, zgodnie ze swoimi o Niej wspomnieniami... Tak, czepiam się, ale... Mam wrazenie graniczace z pewnoscia, ze wszedzie tam, gdzie: wyboru/szlifu/opracowania dokonuja dzieci, a finalne wydawnictwo/film ma ich akceptacje/autoryzacje wizerunek opisywanej postaci jest co najmniej "skorygowany". Wrażenie takich "korekt" mialem czytajac m.in. korespondencje Osiecka-Przybora - "Listy na wyczerpanym papierze" (TU), takie mam wrazenie ogladajac serial TV "Osiecka", tak odbieram wszystkie autoryzowane biografie/wspomienia.
Pomimo (domniemanych) wizerunkowych korekt ksiazka jest znakomita. Pochłonęła mnie całkowicie. Sugestywnie opisna przez autorke historia powstania muzyki do "Noża w wodzie" byla powodem do ponownego zachwytu nad tym filmem, kazala mi siegnac po telefon, bezzwlocznie uruchomic na Spotify sciezke dźwiękową... Sluchalem muzyki, czytalem powtornie o procesie jej tworzenia, tam, nad jeziorem Kisajno, w ośrodku Almaturu, z zacumowaną przy pomoście "Christine"...
poniedziałek, 19 czerwca 2017
"Boogie Street", Leonard Cohen, Teatr Stary, Lublin, piątek 2017.06.09, godz. 17:00
Mam slabosc do tego faceta, do tekstow jego piosenek. Nie znaczy to, ze zachwyca mnie wszystko czego się dotknął. Często zdarza mi się myslec i mowic o Nim w lekkim, kpiarskim tonie, drwic z jego deklaratywnej slabosci do kobiet, która jak się okazało była faktem, bolesnym, gdy jego astystentka uwolnila go pare lat temu z niebagatelnej kwoty kilku milionow USD, co zmusilo Leonarda do ruszenia w trase koncertowa. Był wowoczas w Polsce, a bilety na Torwar kosztowaly 500 zl. Nie poszedłem. Uznalem, ze ta cena to przesada. Dzisiaj zaluje.
Troszkę.
Wiesc o muzycznym spektaklu "Boogi Street" dotarla do mnie za pośrednictwem Trojki, w postaci tytułowej piosenki wykonywanej przez Renate Przemyk. Było to pare miesięcy temu i wówczas nie był to wystraczająco mocny bodziec do tego, żeby kupic bilety, pojechać do Lublina. Tym co wyzwolilo te potrzebe, była uslyszana także w Trojce informacja, ze spektakl został zaakceptowany przez L. Cohena. To zadzialalo, uruchomilo proces. Zaczalem myslec o "Boogie Street" jak o swoistym epitafium, przekazie ważnym, znaczącym, być może ostatnim spektaklu, ktorego układ, wybor tekstow zaaprobowal sam autor, który wkrótce potem przeszedł na tamta strone. Wiem, ze to brzmi troszkę mistycznie, ale...
...nie wokal Renaty Przemyk, która lubie, nie aranzacje Krzysztofa Herdzina, którego ostatnio pelno w polskiej muzyce, nawet nie piosenki/piesni L. Cohena, ale wlasnie personalne dotkniecie niezyjacego już poety, zdalny, teraz w pełni mistyczny autorski nadzor nad "Boogie Street" był glowna przyczyna, dla której pojechalm do Lublina.
Czy było warto?
Nie mam prostej odpowiedzi.
Mnie się podobalo i ogolne wrazenie jest na TAK.
Mysle, ze mogę polecić każdej fance/fanowi Leonarda Cohena wycieczke do Teatru Starego w Lublinie. Nie będziecie zalowac, chociaż spektakl nie odkrywa niczego nowego, powiela znane od lat reżyserskie zabiegi, gdzie zagubiony, rozfilozofowany Poeta zestawiany jest z Muza/Muzami, które wyzwalając jego natchnienie wodza go na manowce i pokuszenie.
Poeta zgodnie ze swoim przeznaczeniem recytuje poetycka proze z "Ksiegi tęsknoty" autorstwa L. Cohena i przyznam, ze glebia tych tekstow nie była dla mnie zrozumiala, tym bardziej przekonujaca. Mysle sobie, ze Leonard Cohen jako artysta sprawdzal się lepiej w krótkich, zwartych formach jakimi sa wiersze/piesni, niż w szerszych wprawkach filozoficzno-egzystencjalnych. To co jest sila jego wierszy rozmywa się w dłuższych, pisanych poetycka proza wywodach.
Być może ciężkie gatunkowo teksty trzeba czytac samemu? Nawet teksty piesni L. Cohena sa przedmiotem kolejnych tlumaczen, nowych interpretacji. Często one także wymagają przeczytania, chwili zastanowienia.
To oczywiście moje zdanie.
W każdym razie Poeta miotal się w piekle swych wątpliwości, a ja czekałem na kolejne wejście Renaty Przemyk, która wraz z chórkiem i live-kapela wykonywala kolejnie songi Mistrza. Renata Przemyk ma charaktersytyczny, rozpoznawalny glos, który lubie. Wsparta glosami dwóch chórzystek brzmiała mocno i czysto. Podobaly mi się aranzacje K. Herdzina, który na pierwszy plan wydobyl rockowo brzmiaca gitare. Zaskakujacy (czasami) układ choreograficzny był fajnym urozmaiceniem, dopełnieniem calosci. Jednym słowem było dobrze.
Jeśli już wycieczka do Lublina, to warto być tam dluzsza chwile, przejść się po odnowionej Starowce (Teatr Stary jest jej czescia) usiasc w jednej z licznych knajpek. Fajne, klimatyczne miejsce podobnie jak sam teatr.
W drodze powrotnej do Warszawy wlaczylem radio, a z trójkowej listy przebojow doleciała do nas "Boogie Street" w wykonaniu Renaty Przemyk... Uznalismy z kolezanka, ze to dobry omen i szybko poszukałem w telefonie innej plyty z piosenkami L. Cohena w wykonaniu Michała Łanuszki -
"Łanuszka/Cohen". Jest ciekawa także dlatego, ze teksty sa w nowych tłumaczeniach Michała Kuźmińskiego, a zaraz potem innej plyty, gdzie Cohena spiewa Lora Szafran w przekładzie Macieja Zembatego.
Było fajnie.
czwartek, 1 sierpnia 2024
"Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu", aut. Maciej Czapliński, PL 2011, książka
"Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu", aut. Maciej Czapliński, PL 2011, książka
Tę książkę pożyczyła mi koleżanka wiele lat temu. Miała to nieszczęście, że wpadła za pierwszy rząd stojących na regale książek (książka, nie koleżanka) skutecznie kryjąc się przed moim wzrokiem. Gdy jakiś czas temu, w wyniku porządków ujawniła swoją obecność niezwłocznie zadzwoniłem do koleżanki prosząc o przebaczenie i prawie natychmiast zabrałem się do lektury.Lubię takie książki-reportaże. Pisane przez ludzi owładniętych podróżniczą pasją zwykle nie pretendują do miana literackich dzieł, ale są za to autentyczne i bezpretensjonalne. Ich siłą jest relacja bezpośredniej obserwacji, własnych doświadczeń przeniesiona na papier bez silenia się na oryginalność. Dobrym przykładem takiej książki jest "Hostel Nomadów" (TU), którą jakiś czas temu rekomendowałem na blogu. "Afryk...." ma jednak jeszcze jeden szczególny walor. Podróż przez kontynent odbywa się na rowerach! Czytelnicy "prostozjeziora" wiedzą, że rower lubię, że jazda na rowerze jest moją pasją. Nigdy jednak nie jeździłem turystycznie, z sakwami. Być może dlatego właśnie opisy wypraw takich jak ta w "Afryce...." działają na moją wyobraźnie.
Inspiracją rowerowych podróżników "Afryki..." był Kazimierz Nowak, który w latach 1931-36 pokonał samotnie Afrykę z północy na południe po to, aby po osiągnięciu Przylądka Dobrej Nadziei skierować swój rower na północ i pokonać kontynent afrykański z powrotem... Kazimierz Nowak przebył ponad 40 tys km używając do tego celu różnych środków lokomocji, ale podstawę stanowił rower. Jest autorem książki "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936". Jeszcze nie czytałem :)
Autor "Afryki. Przerój podłużny..." Maciej Czapliński wraz z dwoma kolegami przebyli trasę od Egiptu do Republiki Południowej Afryki trzymając się wschodniego skraju Czarnego Kontynentu, przemierzając głównie te kraje, które były niegdyś angielskimi koloniami. Książka utrzymana w duchu "dziennika z podróży" pozwala na szczegółowe śledzenie postępów wyprawy mierzonej ilością przebytych kilometrów, zmieniających się krajobrazów, spotkaniami z miejscową ludnością. To byłą wyprawa niskobudżetowa. To co i jak jedli, pili, jak biwakowali jej uczestnicy miało kapitalne znaczenie dla postępów wyprawy, a każdy żywieniowy błąd skutkował problemami, które mogły decydować o fiasku przedsięwzięcia. Znakomite są relacje ze spotkań z ludźmi pracującymi dla organizacji charytatywnych. Autor "Afryki...." podobnie jak jego rozmówcy nie przebiera w słowach opisując postępujące uzależnienie niektórych nacji od błędnie lokowanej/rozumianej pomocy humanitarnej. W czasie kiedy powstawała książka opacznie rozumiana "poprawność polityczna" jeszcze nie obowiązywała w takim stopniu jak teraz. Tym ciekawsza jest ta książka, a ostrość opinii stanowi w znacznej mierze o jej wartości. Niektóre jej fragmenty przypominają mi przeczytaną dawno "Gdzie krokodyl zjada słońce" (TU). Zadziwiająco mało jest w "Afryce. Przekrój podłużny..." informacji o rowerach... Autor praktycznie wcale nie pisze czy i jakie problemy sprawiał sprzęt, jak sobie z tym radzili. Brakowało mi także informacji o specyfice, niuansach długodystansowej jazdy w upale, doborze strojów, nakryć głowy, obuwia, itp. Ale to mój rowerowy "przechył", który być może dla większości czytelników "Afryki...." nie ma znaczenia. Bo znaczenie ma oczywiście droga wyznaczona kreską horyzontu, nowym dniem niosącym niewiadome...
"Afryka..." troszkę mnie męczyła stosunkowo mała czcionką i ciasną interlinią. Ale treść wzbogacona sporą ilością zdjęć była na tyle nośna, że przeczytałem książkę z dużym zainteresowaniem. Jest godna polecenia zwłaszcza tym, którzy nie dysponując dużym budżetem marzą o poznawaniu świata. Maciej Czapliński i jego "Afryka. Przekrój podłużny. Rowerowe safari z Kairu do Kapsztadu" są dowodem, że nie trzeba być krezusem, żeby odważyć się na taka wyprawę. Bardziej pożądane są cechy inne niż kasa, i o tym, czyli specyfice charakteru obieżyświata sporo w tej książce.
środa, 6 stycznia 2016
"Służby specjalne", reż. Patryk Vega, PL, 2014, dvd
Uciekl mi, kiedy był na ekranach. Dogonilem go dzisiaj na trenazerze - pierwszy film obejrzany na rowerku w tym sezonie zimowym.
Dalem mu 7/10 i goraco polecam.
Zgrabnie skonstruowana akcja, dobre tempo, duzy ladunek autentyzmu, znajomość realiów, dobrzy, dobrze obsadzeni aktorzy, wszystko to czyni z "Służb specjalnych" stylowy dreszczowiec political fiction. Do tego jest zdecydowanie ciekawszy niż podobne np. amerykańskie produkcje, gdyż odnosi się polskich realiów wziętych z najnowszej historii. Z historii trwajacej nadal: planowane opublikowane listy agentow WSI, podsłuchy dziennikarzy ujawanione przez Radio ZET, tasmy ze studia nagran "Sowa i przyjaciele", slynna ksiazka W. Sumlińskiego. W tle inny, także dobry film "Układ zamknięty" i przeciętny "Uwiklanie".
Pytanie kto pociąga za sznurki, kto kogo i w jakim celu nagrywa, rozgrywa, pozostaje aktualne.
"Slużby Specjalne" to przerazajacy obraz naszej, polskiej rzeczywistości, gdzie rzadza ci, którzy maja haki, bo haki to szantaż, a szantaż to wladza. Nawet pobieżny obserwator polskiego piekiełka odnajdzie w postaciach z filmu osoby, które rzeczywiście zginely, popelnily samobójstwo. Film nadaje faktom inna perspektywę, kaze myslec szerzej o przyczynach, które mogly doprowadzic do śmierci ludzi znanych z pierwszych stron gazet. Można odebrać ten film jako kompletna fikcje. Można także myslec o np. A. Jagiełło, glownym swiadku w węglowej aferze korupcyjnej [2014] (sprawa korupcji ciagle w sadach), który zdaniem prokuratury popelnil samobójstwo, można się troszkę cofnac w czasie i przywolac dziwna smierc [1991] Michała Falzmanna oraz paru innych osob tropiących afere FOZZ.
Czy istnieja sily, które maja wpływ na politykow, media, biznes?
Czy "gruba kreska" była bledem, a brak weryfikacji, odtajnienia akt, ujawnienia agentow elementem okraglostolowego ukladu?
Czy film opisujący role sluzb specjalnych to opis rzeczywistości, czy fikcja?
Warto mieć własne zdanie.
czwartek, 21 kwietnia 2016
Fryderyki 2016; Taco Hemingway - "Umowa o dzieło", hip-hopowym albumem roku!
Taco razem z Rumakiem wzięli 1-sze miejsce na wczorajszej Gali otrzymując najważniejsza nagrodę rodzimej branzy muzycznej - Fryderyka.
Jakis czas temu byłem na jego koncercie, pisałem o wrażeniach >>>
http://prostozjeziora.blogspot.com/search?q=Taco
Był nie tylko moim faworytem.
Przez 1-2 tygodnie kawalek "Następna stacja" był na czele Listy Przebojów Trójki.
Komu umknelo może legalnie pobrać mp3 z jego strony >>>
http://tacohemingway.com/


