"Upadłe anioły", aut. Noël Coward, sztuka, OCH-Teatr, poniedziałek 2015.01.12
O ile "Shirley Valentine" TRZEBA zobaczyć, o tyle "Upadle anioły" można, co nie znaczy, ze nie warto. To popis dwóch pań: Magadaleny Cieleckiej i Mai Ostaszewskiej, którym towarzyszy trzech panów, którzy sa tylko tlem dla talentu aktorek.
Nigdy wcześniej nie widziałem zadnej z pan live na deskach teatru. O Mai Ostaszewskiej nawet nie slyszalem. Magde Cielecka widziałem w Teatrze Telewizji. Tutaj tworza zgrany duet stanowiący oś troszkę przydługiej (130 min.) klasycznej komedii traktującej, a jakze, o sprawach damsko-męskich.
Premiera sztuki miała miejsce w grudniu 2014. Spektakl pomimo poniedzialku był grany przy pelnej widowni, której większość stanowily kobiety. To nie przypadek tylko konsekwencja, gdyż
ta komedia to w dużej mierze rzecz, która zawsze jednoczy kobiety, rzecz o robieniu facetow w trąbę. To co smieszylo damska czesc widowni, mnie jakos niekoniecznie i odwrotnie. Ci faceci, którzy się rechotali wraz z paniami sadzili pewnie, ze sytuacja bedaca tematem komedii ich nie dotyczy. A to nie było do smiechu, tylko jak mowi moja wiedza wespół ze skormnym doświadczeniem, do placzu.
Calosc troszkę za dluga. Zwlaszcza ta czesc w której panie się upijają i ze stanu podchmielenia przechodzą w stan godny pożałowania, jest moim zdaniem do skrocenia. A może się czepiam? Może nie smieszy mnie widok pijanych kobiet nawet wtedy, kiedy gadaja smiesznie i od rzeczy. Nawet jeśli to tylko teatr.
W każdym razie bawiłem się niezle i mogę polecić te komedie jako cel i powod do oderwania się od kanapy i wyjścia z domu.
Techniczne.
Nie liczcie na zaparkowanie wzdłuż Grojeckiej. Szukajcie miejsca w bocznych uliczkach, także tych vis-a-vis teatru. Dlatego dajcie sobie dodatkowe 15 min. na znalezienie miejsca i dojscie do teatru. Unikniecie zbędnej wymiany zdan z osoba towarzyszaca i nerwowego biegu po nierównym trotuarze.
sobota, 17 stycznia 2015
piątek, 16 stycznia 2015
"Shirley Valentine", aut. Willy Russell, sztuka, Teatr Polonia, wtorek 2015.01.13
"Shirley Valentine", aut. Willy Russell, sztuka, Teatr Polonia, wtorek 2015.01.13
Boska Shirley Valentine w Białej Bluzce.
Mialbym duzy problem, gdybym był zmuszony odpowiedzieć, która z tych kreacji Krystyny Jandy była lepsza, która bardziej lubie. A przecież jest jeszcze wiele innych, których nadal nie widziałem, które czekaja na moja decyzje, ze może wlasnie dzisiaj...
"Shirley Valentine" na decyzje czekala od 1990 roku. Wtedy wlasnie odbyla się prapremiera tej sztuki w Teatrze Powszechnym. Natychmiast uzyskala status sztandarowego dokonania Krystyny Jandy, stala się podobnie jak "Boska" i "Biała Bluzka" wizytowka Pani Krystyny. Przeniesiona do Teatru Polonia po jego otwarciu 10 lat temu, jest zelazna pozycja w repertuarze tej sceny, grana oszczędnie 1-2 razy w miesiącu. O bilety (drogie) nie jest latwo. Sztuka jest grana przy pelnej widowni na której gromadzi się kilka pokoleń fanow teatru, fanow Krystyny Jandy.
To co robi Krystyna Janda z tragikomicznym tekstem W. Russela to majstersztyk. Gra brawurowo, a fakt, ze jest kobieta dojrzałą (rocznik 1952) nadaje tekstowi i całej roli dodatkowej wagi, dokłada jej charakteru.
Nie będę psul papieru zachwycając się swietnym tekstem, w którym każdy znajdzie swoje odbicie, jego uniwerslanym przeslaniem, znakomita gra Krystyny Jandy, bo to wszystko można przeczytać w relacjach fachowcow od teatru i kina (jest także film pt. Shirley Valentine, tyle, ze nie gra w nim K. Janda).
O odbiorze Sztuki decydują emocje, które Sztuka potrafi, lub nie, wzbudzić, rozpalić, wskrzesić. Zapewniam Was, ze tutaj emocji jest cale mnóstwo. Przyznam, nie jestem obiektywny, gdyż zwyczajnie i po prostu podziwiam Krystyne Jande (podziw wielowymiarowy od momentu kiedy zobaczyłem ja pierwszy raz w "Człowieku z Żelaza [1981]) i staram się brac poprawke na mój afekt, ale wierzcie mi, "Shirley Valentine" TRZEBA widzieć. Wiem, ze brzmi to smiesznie, rzecz jest w teatrze od 25 lat, ale ma tutaj zastosowanie: lepiej pozno niż wcale. Mysle także (to moje domniemanie, które nie jest wsparte twardymi dowodami), ze tekst przeszedł ewolucje, ze teraz jest mocniejszy niż 25 lat temu, bardziej bezpośredni, w niektórych momentach bywa, ze wrecz dosadny, personalny, emocjonalny. Sadze wiec, ze Shirley sprzed 25 lat jest trochę inna niż obecnie, jest podrasowana wersja siebie samej na miare XXI wieku.
Raz jeszcze, TRZEBA zobaczyć.
Techniczne.
Miałem slabe, dalekie miejsca. Było kiepsko slychac (a slyszec trzeba) tym bardziej, ze dzwoni mi w uszach. Pozyczylem w szatni bezprzewodowe słuchawki systemu, w który jest zaopatrzony Teatr Polonia. Dziala swietnie. Nie uroniłem nawet jednego słowa.
Zapomnijcie o zaparkowaniu blisko teatru. Jeśli jednak przyjedziecie 1,5h wcześniej macie szanse, a wtedy wpadnijcie na Hożą 62 do knajpki "W Gruncie Rzeczy". Fajne, smaczne wegańskie jedzenie za przystepna cene. (tylko te dziewczyny z obsługi z czarnymi kolczykami w nosach i tatuażach... dlaczego sobie to robia?)
Boska Shirley Valentine w Białej Bluzce.
Mialbym duzy problem, gdybym był zmuszony odpowiedzieć, która z tych kreacji Krystyny Jandy była lepsza, która bardziej lubie. A przecież jest jeszcze wiele innych, których nadal nie widziałem, które czekaja na moja decyzje, ze może wlasnie dzisiaj...
"Shirley Valentine" na decyzje czekala od 1990 roku. Wtedy wlasnie odbyla się prapremiera tej sztuki w Teatrze Powszechnym. Natychmiast uzyskala status sztandarowego dokonania Krystyny Jandy, stala się podobnie jak "Boska" i "Biała Bluzka" wizytowka Pani Krystyny. Przeniesiona do Teatru Polonia po jego otwarciu 10 lat temu, jest zelazna pozycja w repertuarze tej sceny, grana oszczędnie 1-2 razy w miesiącu. O bilety (drogie) nie jest latwo. Sztuka jest grana przy pelnej widowni na której gromadzi się kilka pokoleń fanow teatru, fanow Krystyny Jandy.
To co robi Krystyna Janda z tragikomicznym tekstem W. Russela to majstersztyk. Gra brawurowo, a fakt, ze jest kobieta dojrzałą (rocznik 1952) nadaje tekstowi i całej roli dodatkowej wagi, dokłada jej charakteru.
Nie będę psul papieru zachwycając się swietnym tekstem, w którym każdy znajdzie swoje odbicie, jego uniwerslanym przeslaniem, znakomita gra Krystyny Jandy, bo to wszystko można przeczytać w relacjach fachowcow od teatru i kina (jest także film pt. Shirley Valentine, tyle, ze nie gra w nim K. Janda).
O odbiorze Sztuki decydują emocje, które Sztuka potrafi, lub nie, wzbudzić, rozpalić, wskrzesić. Zapewniam Was, ze tutaj emocji jest cale mnóstwo. Przyznam, nie jestem obiektywny, gdyż zwyczajnie i po prostu podziwiam Krystyne Jande (podziw wielowymiarowy od momentu kiedy zobaczyłem ja pierwszy raz w "Człowieku z Żelaza [1981]) i staram się brac poprawke na mój afekt, ale wierzcie mi, "Shirley Valentine" TRZEBA widzieć. Wiem, ze brzmi to smiesznie, rzecz jest w teatrze od 25 lat, ale ma tutaj zastosowanie: lepiej pozno niż wcale. Mysle także (to moje domniemanie, które nie jest wsparte twardymi dowodami), ze tekst przeszedł ewolucje, ze teraz jest mocniejszy niż 25 lat temu, bardziej bezpośredni, w niektórych momentach bywa, ze wrecz dosadny, personalny, emocjonalny. Sadze wiec, ze Shirley sprzed 25 lat jest trochę inna niż obecnie, jest podrasowana wersja siebie samej na miare XXI wieku.
Raz jeszcze, TRZEBA zobaczyć.
Techniczne.
Miałem slabe, dalekie miejsca. Było kiepsko slychac (a slyszec trzeba) tym bardziej, ze dzwoni mi w uszach. Pozyczylem w szatni bezprzewodowe słuchawki systemu, w który jest zaopatrzony Teatr Polonia. Dziala swietnie. Nie uroniłem nawet jednego słowa.
Zapomnijcie o zaparkowaniu blisko teatru. Jeśli jednak przyjedziecie 1,5h wcześniej macie szanse, a wtedy wpadnijcie na Hożą 62 do knajpki "W Gruncie Rzeczy". Fajne, smaczne wegańskie jedzenie za przystepna cene. (tylko te dziewczyny z obsługi z czarnymi kolczykami w nosach i tatuażach... dlaczego sobie to robia?)
czwartek, 15 stycznia 2015
"Pani z przedszkola", reż. Marcin Krzyształowicz, film, PL, 2014, właśnie w kinach
"Pani z przedszkola", reż. Marcin Krzyształowicz, film, PL, 2014, właśnie w kinach
Film-kalejdoskop, czyli taka tuba z kartonu, w niej trochę kolorowych szkiełek, lustra, dziurka z jednej, a matowe szklo z drugiej strony. Wystarczylo potrzasnac tuba, a szkiełka wraz z lustrami dawaly kolejny, przypadkowy wzor. Zwykle atrakcyjny, bo kolorowy, ale chaotyczny, nieprzewidywalny. Taki jest ten film.
Bron boze komedia.
Ratuje go swietna obsada i pomysl ulokowania akcji w PRL-u. Poza Krystyna Janda, Agata Kulesza, Adamem Woronowiczem i Marianen Dziędzielem cieszy oko nadal zjawiskowa Karolina Gruszka.
Reszta filmu to oczekiwanie, ze cos się zacznie; do smiechu, placzu, byle sie kurde, zaczelo.
Po dobrej "Obławie" tego samego reżysera zwabiony znakomita obsada oczekiwałem czegos mocniejszego.
Nie było mocno.
Było nieprzewidywalnie, kolorowo, czasami do uśmiechu (nie smiechu).
Film-kalejdoskop, czyli taka tuba z kartonu, w niej trochę kolorowych szkiełek, lustra, dziurka z jednej, a matowe szklo z drugiej strony. Wystarczylo potrzasnac tuba, a szkiełka wraz z lustrami dawaly kolejny, przypadkowy wzor. Zwykle atrakcyjny, bo kolorowy, ale chaotyczny, nieprzewidywalny. Taki jest ten film.
Bron boze komedia.
Ratuje go swietna obsada i pomysl ulokowania akcji w PRL-u. Poza Krystyna Janda, Agata Kulesza, Adamem Woronowiczem i Marianen Dziędzielem cieszy oko nadal zjawiskowa Karolina Gruszka.
Reszta filmu to oczekiwanie, ze cos się zacznie; do smiechu, placzu, byle sie kurde, zaczelo.
Po dobrej "Obławie" tego samego reżysera zwabiony znakomita obsada oczekiwałem czegos mocniejszego.
Nie było mocno.
Było nieprzewidywalnie, kolorowo, czasami do uśmiechu (nie smiechu).
środa, 14 stycznia 2015
Dla Frania
Dla Frania
Myslicie nad przekazaniem 1% swojego podatku na konkretny cel?
Mój 1% idzie dla Franka.
http://www.dlafrania.pl
Franek jest synem moich dobrych znajomych: Magdy i Rafała Saczuków.
Warto im pomóc.
Frankowi pomóc trzeba.
Myslicie nad przekazaniem 1% swojego podatku na konkretny cel?
Mój 1% idzie dla Franka.
http://www.dlafrania.pl
Franek jest synem moich dobrych znajomych: Magdy i Rafała Saczuków.
Warto im pomóc.
Frankowi pomóc trzeba.
niedziela, 11 stycznia 2015
Narty nie, rower tak!, styczeń 2014, rowerowe
Narty nie, rower tak!, styczeń 2014, rowerowe
Nie ma sniegu pod narte? Jest pod rower!
Nie ma sniegu pod narte? Jest pod rower!
sobota, 10 stycznia 2015
"Ameryka po kaWałku", aut. Marek Wałkuski, 2014, książka
"Ameryka po kaWałku", aut. Marek Wałkuski, 2014, książka
To kolejna po "Wałkowanie Ameryki" ksiazka Marka Wałkuskiego, korespondenta Polskiego Radia, mieszkającego 12 lat w USA. "Wałkowanie..." było o fundamentach np.: o prawie do posiada broni, o systemie edukacji, o religii itp., zas "Ameryka po kaWałku" to kolaż skladajacy sie z mnóstwa obserwacji ujętych w krótkie, zwarte opowieści pokazujące amerykanska roznorodnosc. Każdy rozdzial/reportaż funkcjonuje niezależnie dzięki czemu ksiazke można czytac otwierajc ja w przypadkowym miejscu. Cecha wspolna obu książek jest fascynacja Ameryka do której zresztą autor otwarcie sie przyznaje oraz brak jakichkolwiek negatywow.
Widzenie cokolwiek jednostronne, ale licentia poetica, wiec nie ma co dyskutować, tylko zabrać sie za lekturę. Zapewniam, ze jest ciekawa.
Podobnie jak "Wałkowanie..." Marek Wałkuski wspiera niektóre z mini-opowieści/reportaże ciekawymi danymi statystycznymi. Kiedy pisze o zupie pho, a przy okazji o roznych wcieleniach amerykańskich fast-foodow dorzuca garść twardych danych o udziale kosztów zywnosci w budzecie J. Smitha, porownuje z wydatkami na zwynosc w roznych rejonach swiata podkreslajac przy okazji, ze zywnosc w USA jest najtansza na swiecie. Znakomite sa obserwacje dotyczące infrastruktury sportowej, ilości i dlugosci sciezek rowerowych, cen wynajmu kortow tenisowych i kosztu gry w golfa, ponownie wsparte twardymi danymi o rynku wtornym pilek golfowych. Wiele z tych obserwacji to w sposób oczywisty oraz fascynacji american way of life, która staje sie udzialem autora. Z dużym ladunkiem humoru pisze o swoich doświadczeniach związanych z kupnem Harleya-Davidsona, wycieczkach po parkach narodowych, wizytowaniem garażowych wyprzedaży, podróżami po Stanach i tym co widać przez okna samochodu. Oddzielny rozdzial poswieca Fordowi Crown Victoria - legendarnemu modelowi samochodu używanego przez amerykanska policje. W jednym z rozdzialow podkresla, ze w Ameryce wszystko jest większe (domy, zmywarki itd.) a w konsekwencj wieksza jest także strefa, która Amerykanin uważa za prywatna, ktorej naruszenie każe mu zrobić krok wstecz (M. Wałkuski ocenia, ze dla Amerykaniana ta strefa to okrag około 1.20 cm, a dla Europejczyka około 90 cm). Takie i mnóstwo innych ciekawostek wspartych solidna dawka danych statystycznych stanowi zawartość książki.
Książka - patchwork.
Wszystkie łatki w cieplych kolorach, przyjemne w dotyku. W sam raz na polski deszczowy styczeń.
To kolejna po "Wałkowanie Ameryki" ksiazka Marka Wałkuskiego, korespondenta Polskiego Radia, mieszkającego 12 lat w USA. "Wałkowanie..." było o fundamentach np.: o prawie do posiada broni, o systemie edukacji, o religii itp., zas "Ameryka po kaWałku" to kolaż skladajacy sie z mnóstwa obserwacji ujętych w krótkie, zwarte opowieści pokazujące amerykanska roznorodnosc. Każdy rozdzial/reportaż funkcjonuje niezależnie dzięki czemu ksiazke można czytac otwierajc ja w przypadkowym miejscu. Cecha wspolna obu książek jest fascynacja Ameryka do której zresztą autor otwarcie sie przyznaje oraz brak jakichkolwiek negatywow.Widzenie cokolwiek jednostronne, ale licentia poetica, wiec nie ma co dyskutować, tylko zabrać sie za lekturę. Zapewniam, ze jest ciekawa.
Podobnie jak "Wałkowanie..." Marek Wałkuski wspiera niektóre z mini-opowieści/reportaże ciekawymi danymi statystycznymi. Kiedy pisze o zupie pho, a przy okazji o roznych wcieleniach amerykańskich fast-foodow dorzuca garść twardych danych o udziale kosztów zywnosci w budzecie J. Smitha, porownuje z wydatkami na zwynosc w roznych rejonach swiata podkreslajac przy okazji, ze zywnosc w USA jest najtansza na swiecie. Znakomite sa obserwacje dotyczące infrastruktury sportowej, ilości i dlugosci sciezek rowerowych, cen wynajmu kortow tenisowych i kosztu gry w golfa, ponownie wsparte twardymi danymi o rynku wtornym pilek golfowych. Wiele z tych obserwacji to w sposób oczywisty oraz fascynacji american way of life, która staje sie udzialem autora. Z dużym ladunkiem humoru pisze o swoich doświadczeniach związanych z kupnem Harleya-Davidsona, wycieczkach po parkach narodowych, wizytowaniem garażowych wyprzedaży, podróżami po Stanach i tym co widać przez okna samochodu. Oddzielny rozdzial poswieca Fordowi Crown Victoria - legendarnemu modelowi samochodu używanego przez amerykanska policje. W jednym z rozdzialow podkresla, ze w Ameryce wszystko jest większe (domy, zmywarki itd.) a w konsekwencj wieksza jest także strefa, która Amerykanin uważa za prywatna, ktorej naruszenie każe mu zrobić krok wstecz (M. Wałkuski ocenia, ze dla Amerykaniana ta strefa to okrag około 1.20 cm, a dla Europejczyka około 90 cm). Takie i mnóstwo innych ciekawostek wspartych solidna dawka danych statystycznych stanowi zawartość książki.
Książka - patchwork.
Wszystkie łatki w cieplych kolorach, przyjemne w dotyku. W sam raz na polski deszczowy styczeń.
"Whiplash", reż. Damien Chazelle, USA, film, 2014, właśnie w kinach
"Whiplash", reż. Damien Chazelle, USA, film, 2014, właśnie w kinach
No i co z tego, ze wygral Sundance 2014? Nie jest moim zdaniem taki rewelacyjny. Dalem mu 7 (dobry) na 10 (arcydzielo) w rankingu filmweb.
Ale od początku.
Miałem isc i poszedłem na koncert M. Maleńczuka w Trojce. Niestety. Nie udało mi sie dostać wejsciowek, ale jako plan alternatywny było kino i "Whiplash" wlasnie. Bo film to może nie stricte muzyczny, ale o muzyce, z muzyka w tle, wiec jako ew. ekwiwalent - jak znalazł.
Poza wszystkim niewiele jest filmow muzycznych, lub/i o muzyce, wiec niezależnie od okoliczności i tak bym go obejrzał.
Fabula "Whiplash" jest cieniutka, wątlutka bo i nie ona jest najwazniejsza. Najwazniejsze sa charaktery i muzyka, ale forma jest w moim przekonaniu klisza tego co wielkokrotnie widzielismy w wielu filmach, takze wojennych, zwłaszcza amerykańskich.
Sierżant-twardziel, tutaj dyrygent, rekruci-nieudacznicy, tutaj muzycy, kompania kotow, tutaj jazz-band i musztra-trening do bolu, do, krwi, do autodestrukcji.
Jeśli pamiętacie "Full metal jacket", demonicznego sierżanta i zbryzgana krwia laznie - już znacie klimat "Whiplash".
Dazenie do sukcesu za wszelka cene, az do autodestrukcji to leitmotiv tego filmu, podobnie jak w znakomitym "Czarnym łabędziu". Ale ogladajac "Whiplash" miałem także skojarzenie z "Dyrygentem" A. Wajdy, gdzie poszukiwanie perfekcji prowadzi do katastrofy zawodowej i osobistej, granego przez A. Seweryna dyrygenta (w roli zony-skrzypaczki, wówczas zona w realu - K. Janda).
Ktos moglby powiedzieć, ze wszystko już było...
"Whiplash" jest moim zdaniem filmem bardzo amerykańskim doskonale obrazującym procesy zachodzące w tamtym (i nie tylko) społeczeństwie. Tonia Harding - amerykanska gwiazda lyzew figurowych nie cofnela sie przed zleceniem fizycznego wyeliminowania Nancy Kerrigan, konkurentki do reprezentacji olimpijskiej USA. Uderzenie palka miało pogruchotać nogi konkurentce...
Epatowanie krwia splywajaca z dloni perkusisty i jego katorzniczny trening nie robily na mnie wrazenia. Natomiast podobali swietni aktorzy, kapitalnie poprowadzona kamera, no i Muzyka!
Dlatego pomimo wrazenia, ze film jest do pewnego stopnia kompilacja "zapozyczen" oceniam go jako dobry i warty obejrzenia.
Dobre kino z dobra muzyka w tle.
No i co z tego, ze wygral Sundance 2014? Nie jest moim zdaniem taki rewelacyjny. Dalem mu 7 (dobry) na 10 (arcydzielo) w rankingu filmweb.
Ale od początku.
Miałem isc i poszedłem na koncert M. Maleńczuka w Trojce. Niestety. Nie udało mi sie dostać wejsciowek, ale jako plan alternatywny było kino i "Whiplash" wlasnie. Bo film to może nie stricte muzyczny, ale o muzyce, z muzyka w tle, wiec jako ew. ekwiwalent - jak znalazł.
Poza wszystkim niewiele jest filmow muzycznych, lub/i o muzyce, wiec niezależnie od okoliczności i tak bym go obejrzał.
Fabula "Whiplash" jest cieniutka, wątlutka bo i nie ona jest najwazniejsza. Najwazniejsze sa charaktery i muzyka, ale forma jest w moim przekonaniu klisza tego co wielkokrotnie widzielismy w wielu filmach, takze wojennych, zwłaszcza amerykańskich.
Sierżant-twardziel, tutaj dyrygent, rekruci-nieudacznicy, tutaj muzycy, kompania kotow, tutaj jazz-band i musztra-trening do bolu, do, krwi, do autodestrukcji.
Jeśli pamiętacie "Full metal jacket", demonicznego sierżanta i zbryzgana krwia laznie - już znacie klimat "Whiplash".
Dazenie do sukcesu za wszelka cene, az do autodestrukcji to leitmotiv tego filmu, podobnie jak w znakomitym "Czarnym łabędziu". Ale ogladajac "Whiplash" miałem także skojarzenie z "Dyrygentem" A. Wajdy, gdzie poszukiwanie perfekcji prowadzi do katastrofy zawodowej i osobistej, granego przez A. Seweryna dyrygenta (w roli zony-skrzypaczki, wówczas zona w realu - K. Janda).
Ktos moglby powiedzieć, ze wszystko już było...
"Whiplash" jest moim zdaniem filmem bardzo amerykańskim doskonale obrazującym procesy zachodzące w tamtym (i nie tylko) społeczeństwie. Tonia Harding - amerykanska gwiazda lyzew figurowych nie cofnela sie przed zleceniem fizycznego wyeliminowania Nancy Kerrigan, konkurentki do reprezentacji olimpijskiej USA. Uderzenie palka miało pogruchotać nogi konkurentce...
Epatowanie krwia splywajaca z dloni perkusisty i jego katorzniczny trening nie robily na mnie wrazenia. Natomiast podobali swietni aktorzy, kapitalnie poprowadzona kamera, no i Muzyka!
Dlatego pomimo wrazenia, ze film jest do pewnego stopnia kompilacja "zapozyczen" oceniam go jako dobry i warty obejrzenia.
Dobre kino z dobra muzyka w tle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
