poniedziałek, 19 maja 2025

"BlackBerry", reż. Matt Johnson, Kanada 2023, film, Netflix

 "BlackBerry", reż. Matt Johnson, Kanada 2023, film, Netflix

Film jest od niedawna na Netflix. Oceniam go na 6 w skali filmweb, czyli niezły. Filmweb klasyfikuje ten film jako "komediodramat biograficzny" i pewnie ma rację. Jednak dla mnie jest fabularyzowanym dokumentem opowiadającym historię gwałtownego wzlotu i spektakularnego upadku firmy, która wprowadziła na rynek pierwowzór smartfona pod marką Blackberry. Jeśli widzieliście oscarowy "Big Short" [TU] (nie widzieliscie, musicie :)) to "BlackBerry" ma z "Big short" wiele wspólnego jeśli chodzi o sposób narracji, środowisko, w którym dzieje się akcja, tudzież ogólne przesłanie dotyczące biz-okoliczności. Jest od "Big Short" słabszy aktorsko. Zdecydowanie nie jest to "Wilk z Wall Street" :), ale całkiem nieźle się ogląda. Dla mnie duże znaczenie określające wartość filmu "BlackBerry" ma faktografia. To jest film dokumentalny, więc zgodność z autentyczną historią jest szalenie ważna. Pamiętam doskonale rewolucyjną zmianę jakiej dokonała firma Research in Motion wprowadzając Blackberry na rynek. Ta marka nie dość, że miała około 50% rynku smartfonów, to stała się atrybutem każdej będącej w biz osoby. Byłaś/byłeś bizneswoman/biznesmanem - miałaś/miałeś Blackberry! Znakiem rozpoznawczym posiadaczy Blackberry było używanie kciuka do scrollowania ekranu. Charakterystyczny ruch kciukiem jednoznacznie dawał otoczeniu sygnał: jestem w biz, jestem kimś, mam Blackberry :) Film jest dość długi - 2h. Być może nie zainteresuje szerokiej widowni, ale warto jest wiedzieć, że zdobył sporo znaczących nominacji i jest jak czytam w wiki najczęściej nominowanym filmem w historii Canadian Screen Awards. Mnie się podobał.

poniedziałek, 12 maja 2025

Kaczki, lokalne bajorko, niedziela 2025.05.11, rowerowe

 Kaczki, lokalne bajorko, niedziela 2025.05.11, rowerowe

Niedzielna, rutynowa, rowerowa przejacha. Zahaczyłem o lokalne oczko wodne, a tam! Oj! Dzieje się! 

Niski poziom wody spowodował, że to co było pomostem, być nim przestało. Żeby dostać się
do wody, trzeba wykonać nieomal samobójczy skok z wysokości stanowiącej "na oko"
10-cio krotną wysokość kaczuszki. To jak dla nas skok z około 5-tego piętra... Ale co tam!
Mama skoczyła, skoczyła siostra, skaczę i ja :) Zaznaczony kółkiem, uchwycony w locie kaskader
daje przykład reszcie rodzeństwa, które nie jest skore do popisów, ale w rezultacie.... 

....wszystkie kaczątka osiągają cel, którym jest woda. Tutaj radzą sobie lepiej niż na lądzie...

...i radośnie popiskując podążają za mamą. Nad bajorkiem mieszkają dwie kacze rodziny.
 Są na tyle ufne, że nie uciekają w popłochu. Dumne mamy pozwalają na przyglądanie się
ich potomstwu. Natomiast panowie kaczki, jak to faceci, zebrani koło śmietnika radzą
co by tu wrzucić do dzioba. 

niedziela, 4 maja 2025

Mazury, kwiecień 2025, żeglarskie


 Mazury, kwiecień 2025, żeglarskie

W tym roku podjęliśmy z Maliną decyzje o wcześniejszym niż zwykle czarterze żaglówki, ruszeniu na Mazury już 24-tego kwietnia. Było znakomicie!

Jez. Bełdan. Płyniemy na silniku, szukamy miejsca na nocny postój.
O tej porze roku nie ma z tym praktycznie żadnego problemu.
Nieomal wszystkie zatoczki, bindugi są puste, a głębokość i ukształtowanie dna jeziora
pozwala na zaparkowanie łódki rufą do brzegu, co z kolei umożliwia komfortową
 komunikację łódka/ląd.


Byliśmy w tym sezonie PIERWSZĄ żaglówką, która została
prześluzowana na śluzie Guzianka w drodze na jez. Nidzkie.
To niezły wyczyn i fajna informacja od sympatycznego
śluzowego, który przy okazji powiedział nam, że w sezonie
śluzowanych jest około 11 tys. jednostek pływających!
Po spędzeniu 2 dób na jez. Nidzkim śluzowaliśmy się w drodze
powrotnej i wówczas dowiedzieliśmy się, że po nas przez śluzę
przepłynęło jeszcze 14 jednostek.


Jez. Nidzkie. W pierwszym i drugim dniu pływania byliśmy jedyną żaglówką na jeziorze. 
Klimat jak z Noża w Wodzie! Co prawda Nóż kręcono w lipcu i na innych jeziorach (Śniardwy,
Kisajno, Mikołajskie, Jagodne w 1961 r), ale absolutna pustka, brak ludzi, żaglówek, łodzi itp.
przywoływał natychmiast kadry z filmu. Tym, co dominowało potęgując wrażenie odosobnienia
 samotności był absolutny brak innych niż naturalne dźwięków. Wiał mocny, świeży wiatr około
 5 w skali B. i TO w takielunku było słychać. Na jez. Nidzkim obowiązuje zakaz używania silników
 spalinowych. Mieliśmy dodatkowy silnik elektryczny służący nam do manewrowania właśnie na
tym jeziorze. Cisza!...

Wokół tylko natura. Wieczorny powiew wiatru na wysokim brzegu porośniętego sosnami półwyspu
i zjawiskowy widok na kompletnie puste jezioro...

Jez. Bełdan. Upału nie było :) Jednak nawet o 5 rano brak szronu na pokładzie żaglówki
świadczył o tym, że temperatura nie spadała poniżej ZERA :) Kłębiące się rano mgły
były dowodem na to, że było rześko, czyli około 2-3 stopni. W ciągu dnia, w słońcu, które 
towarzyszyło nam przez cały tydzień, przy odrobinie samozaparcia dało się, nawet na wodzie
poruszać po pokładzie w krótkich spodniach. Ale ze względu na silny wiatr konieczne były swetry
 i kurtki.   



Bar u Pani Grażynki w Piaskach (TU) jest miejscem, które zawsze odwiedzamy, które polecamy.  Jest wszystko czego żeglarz potrzebuje do właściwego funkcjonowania. W tym roku powodowany impulsem oblatywacza smakującego regionalne, kraftowe napitki spróbowałem widocznej na foto "Pigwoniady" z miodem (TU). Nie polecam. Smakuje jak miód rozpuszczony w wodzie, a pigwa jest tylko wabikiem, niespełnioną obietnicą dla naiwnych. Reszta widocznych na foto napitków - i owszem. Jako stali klienci zostaliśmy poczęstowani przez Panią Grażynkę kotletami z dzika w towarzystwie ogórków małosolnych. Korespondujące napitki nie wchodziły w skład poczęstunku. Chcesz zachować stosowny poziom pobudzenia niezbędny do walki z żywiołami? Chcesz być dziki jak dziki wiking eksplorujący nieznane? Kotlet z dzika zjedzony
na śniadanie dostarczy Ci  niezbędnej dzikości na cały dzień. My zjedliśmy kotlety  w porze późnego lunchu. Dzikość wielka trzymała nas do południa następnego dnia wyrażona dzikim apetytem na pieczona kiełbasę i towarzyszące jej konsumpcji trunki :)
Poza dzikiem Pani Grażyna oferuje całą gamę znakomitych pierogów, tudzież tradycyjne mięsiwa i ryby. W Piaskach, z widokiem na marinę jest także wielce klimatyczna restauracja "Tatarak" (TU). Miejsce godne polecenia. Ciekawe menu, szalenie miła obsługa, przyjemna aranżacja wnętrza, rozległe, zadaszone tarasy, ale... Bar Pani Grażynki funkcjonował przez cały nasz pobyt. "Tatarak" był czynny tylko w niedzielę 27.04, by rozpocząć normalne funkcjonowanie od 1szgo maja. A i godziny odjazdu zdecydowanie późniejsze niż u Pani Grażynki :)




Kilka dość przypadkowych migawek z naszego żeglarskiego wypadu. W jednym z filmików kadry z Mikołajek, gdzie w perspektywie biegnącej do portu uliczki dominuje plakat z R. Trzaskowskim. Ogromny! Ciekawe, czy to wyraz przekonań mieszkańców Mikołajek, którzy sfinansowali kandydatowi na prezydenta tę plakatową miejscówkę z nadzieją na to, że R.T. wygra i zafunduje żeglarskim Mikołajkom obóz integracyjny dla imigrantów. Z pewnością w jakimś sensie imigranci pasują do tego miasteczka pretendującego do miana Stolicy Mazur. Wszak są wybitnymi wodniakami, którzy na pontonach przebyli Morze Śródziemne. Ciekawe jak szybko okażą się być bezwzględnymi piratami siejącymi zamęt, burdy, sprawcami gwałtów i morderstw...


niedziela, 20 kwietnia 2025

"Święty Leonard z pól", aut. Marek Stokowski, 2025, czytany na antenie II Program Polskiego Radia od poniedziałku 2025.04.21 9:30-9:40



"Święty Leonard z pól". Współczesny Don Kichot, który daje nadzieję



Nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazała się nowa książka Marka Stokowskiego pt. "Święty Leonard z pól". Wybrane fragmenty lektury na antenie Dwójki od Wielkanocnego Poniedziałku czytać będzie Łukasz Lewandowski. Zapraszamy.
Łukasz Lewandowski z książką Marka Stokowskiego pt. Święty Leonard z pól
Łukasz Lewandowski z książką Marka Stokowskiego pt. "Święty Leonard z pól"Foto: Krzysztof Świeżak/PR

Poprzednią książkę Marka Stołowskiego, "Lotnicho" z 2024 rokurównież prezentowaliśmy na naszej antenie w cyklu "To się czyta". Najnowszą, zaraz po jej ukazaniu się, jedna z czytelniczek tak zrecenzowała:

To książka balsam – pięknie napisana opowieść o dobrych ludziach, którzy wbrew współczesnemu światu starają się żyć w harmonii z przyrodą i sobą nawzajem. To doskonała odtrutka na dzisiejszy świat. Mnie sprawiła radość, bo czytając ją, czułam wiatr we włosach, zapach pól i trawy oraz słyszałam brzęczenie pszczół. To książka kojąca i bardzo dobrze, że nadal ktoś takie piękne książki pisze i wydaje.

"Nie mam ambicji – mówi autor – żeby moja literatura otwierała nowe przestrzenie kosmiczne. Wolę opowiadać historie, które mogą komuś uczynić dzień lepszym".

A w tych historiach jest wszystko. I współczesny Don Kichot, który jeździ na rowerze po polach nad brzegiem dolnej Wisły, i niesie pomoc tym, którzy tej pomocy potrzebują. I nie są to tylko ludzie. Mierzy się z okrucieństwami świata, ale i własnymi biedami. Staje zawsze po stronie słabszych i odtrąconych. Walczy z wiatrakami, ale i… sieje nadzieję.

Te piękne, wzruszające opowieści czyta na antenie Dwójki Łukasz Lewandowski.

***

Na audycję "To się czyta" zapraszamy od poniedziałku do piątku (21-25.04) w godz. 9.30-9.40. Cykl przygotowała Elżbieta Łukomska.

Wielkanoc 2025 - Wszystkiego Najlepszego!

 Wielkanoc 2025 - Wszystkiego Najlepszego!

Wszystkim zaglądającym tutaj, prosto z lokalnej fabryki świątecznych jaj,
zajęcy -
Wszystkiego Najlepszego! 
"Najciekawsze dopiero przed nami" 

Święta, w czasie których spotykamy się z rodziną, znajomymi, to także sposobność do wymiany poglądów, dyskusji, sporów, swarów, kłótni, skakania sobie do oczu, śmiertelnych obraz, zniewag, gróźb, wyzwisk, nienawiści aż po grób, itp.  A przecież zamiast się brać i kłócić, lepiej usiąść w kupie i zgodnie zanucić (Czad Komando Tilt, muzyka/txt Tomek Lipiński - Nie wierzę politykom)[1981]:

>>>>> YT >>>>> TU

Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom
Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom

To oni wytyczyli granice
To oni zbudowali mur
To oni podzielili nas
To oni patrzą na nas z góry

To oni mają swoje sprawy
O których my nic nie wiemy
To oni wywołują wojny
Na których to my giniemy

Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom
Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom

Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha
Ciągle jeszcze mamy parę metrów do dna
Ho, ho, ho, ho, ho, ho, ho
Ciągle spadamy to jeszcze nie jest dno

We własnym domu trudno być prorokiem
Ale mówię to, co widzę ze swoich okien
I nie chcę was straszyć, ale zobaczycie sami
Że najciekawsze dopiero przed nami

Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom
Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom

Nie wierzę
Nie wierzę
Nie wierzę
Nie…

Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom
Nie wierzę politykom, nie
Nie wierzę politykom


Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,tilt,nie_wierze_politykom.html

wtorek, 15 kwietnia 2025

"Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt", aut. Elżbieta Sieradzińska, PL 2022, książka

"Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt", aut. Elżbieta Sieradzińska, PL 2022, książka

Bezpośrednim impulsem do przeczytania tej książki był film "Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa" (2024). Widziałem go jakiś czas temu. Chociaż drażniła mnie jego geneza (poszukiwanie śladów Wandy Rutkiewicz pomimo jej wyraźnie wyartykułowanej woli zakazującej poszukiwań) to uzmysłowiłem sobie jak niewiele wiem o kobiecie, która do tej pory uchodzi za jedną z najlepszych alpinistek wszech czasów. Film nie jest zły. Zawiera sporo materiałów dokumentalnych, których nigdy wcześniej nie widziałem. Być może napiszę o nim kilka słów, bo chociaż drażniący, to jednak ze względu na unikalne archiwalia warty rekomendacji.

Książka jest moim zdaniem ciekawa, dobrze napisana, a dla osób interesujących się alpinizmem jest lekturą obowiązkową. "WR. Jeszcze.." jest szczegółową biografią. Jej lektura na samym początku lekko mi zgrzytała. Chronologia nie jest linearna, a taki sposób opowiadania historii nie należy do moich ulubionych. Jednak dość szybko zacząłem doceniać niebywałą jakość pracy autorki, która z jednakową dociekliwością potraktowała życie prywatne i sportowe dokonania Wandy Rutkiewicz. Szalenie ciekawy jest czas dorastania, kiedy ujawnia się sportowa pasja późniejszej zdobywczyni Mount Everest. Nie mniej interesujące są szczegóły pierwszych, alpejskich i norweskich wypraw, gdzie spotyka inne panie, które starają się wspinać razem usiłując pokazać panom(?)/udowodnić sobie(?) siłę kobiecego alpinizmu. Myślę, że dla wielu czytelników szalenie ciekawe będą te fragmenty książki, które bardzo szczegółowo opisują perturbacje związane z organizacją wypraw, ich finansowaniem. W tamtym czasie, a były to lata 70-te zgromadzenie potrzebnych funduszy, zwłaszcza części dewizowej, było zadaniem karkołomnym. Wyprawa na Gaszerbrumy to koszt blisko 100 tys. USD plus około 2 mln pln... Dzisiaj zakłada się "zrzutkę". Wówczas W. Rutkiewicz zakładała garsonkę i ruszała na obchód dyrektorskich i partyjnych gabinetów. Wyprawy docierające do Nepalu, Pakistanu samochodami ciężarowymi były jednocześnie karawaną przemytniczą. "Do" wiozło się proste, dostępne w Polsce urządzenia elektryczne, "z" kamienie półszlachetne, ciuchy. Polscy uczestnicy wypraw wnosili swój udział w postaci aportów rzeczowych: kurtek puchowych, środków transportu itp. Wanda Rutkiewicz była praktycznie permanentnie zadłużona, a miejscem gdzie mogła zapomnieć o nękających ją troskach były góry. Nie wątpię, że w tamtych, szarych, siermiężnych czasach wyjazd w Polski, wyprawa w góry były formą ucieczki od przytłaczającej socjalistycznej rzeczywistości. Każdy, kto zasmakował innego życia, innej rzeczywistości chciał tam, w góry, wracać. Na to wszystko nakładała się pasja, zauroczenie górami. Książka świetnie wydobywa ten szczególny klimat powodujący, że jedynym miejscem gdzie Wanda Rutkiewicz czuła się spełniona były góry. Książka zawiera także masę wypowiedzi, opinii kolegów-alpinistów. Często gorzkich, wręcz dosadnych, przyrównujących styl wspinania W. Rutkiewicz do stąpania po polu minowym. Była atrakcyjną kobietą w bardzo męskim środowisku. Była wybitną alpinistką osiągającą więcej niż większość jej kolegów. Forsowała idee czysto kobiecego wspinania. Praktycznie wszyscy wyprawowi faceci byli zawiedzeni, że nie chce z nimi dzielić śpiwora. Zaś ten, którego wybrała, który nie był alpinistą zginął na jej oczach towarzysząc jej w wyprawie na Broad Peak...    Wspinaczka z pasji stała się obsesją. Książka liczy blisko 600 str. To iście monumentalne dokonanie. Z jednej strony zapis życia bohaterki biografii, z drugiej rodzaj przestrogi. Podejmowanie wyzwań nieuchronnie wiąże się z zagrożeniem porażką. Nie każda porażka oznacza śmierć, ale gdy pasja przechodzi w obsesję trudniejsze staje rozróżnienie smakowania życia od igrania ze śmiercią.

Wanda Rutkiewicz zginęła na Kanczendzondze 1992.05.13. Nigdy nie znaleziono jej ciała.

środa, 9 kwietnia 2025

Valle d'Aosta, Hotel Miramonti, marzec 2025, narciarskie

 Valle d'Aosta, Hotel Miramonti, marzec 2025, narciarskie

Byłem tam na nartach jakiś czas temu (TU) na początku sezonu narciarskiego. Przyszedł więc czas, aby zobaczyć jak wygląda Dolina Aosty z końcem sezonu, w drugiej połowie marca. W moim odbiorze wyglądała znakomicie! Na tyle dobrze i nęcąco, że już teraz, praktycznie tuż po powrocie myślimy o wyjeździe w to samo miejsce w przyszłym roku.

Taras widokowy na Arp (2755) w kierunku na spowite
chmurami  Monte Bianco (4810), które po długich namowach
pokazało nam swój czubek. Gest przyjaźni, czy lekceważące
popatrzcie i spadajcie? Nie wiem. Dotarcie do punktu widokowego
kolejką górska z 1963 roku, plus 3 piętra po schodach, ale widoczek
warty lekkiej zadyszki. Potem zjazd czarna i czerwoną trasą. Czad!
Organizator zawiózł nas do kilku nowych dla nas stacji narciarskich. Świetne wrażenie zrobiła na mnie stacja La Thuile. Dosłownie  parę dni przed naszym przyjazdem odbyły się tutaj zawody z cyklu Puchar Świata w narciarstwie alpejskim. 

3332 m npm. Na prawo Włochy - Cervinia, na lewo
 Szwajcaria - Zermatt. 
Na czarnych trasach rozegrano supergigant i bieg zjazdowy pań. W czasie naszego pobytu obsługa demontowała siatki ochronne, oraz infrastrukturę techniczną zawodów. Trasy po których jeździły panie były dostępne dla śmiertelników. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności jazdy po tych trasach. Przyznam, że zwłaszcza jedna ścianka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem jakie było jej nachylenie, ale na moje oko musiało to być około 70%... Jasne, że da się zjechać, ale warto mieć w głowie, że zawodniczki wykonują w czasie konkurencji szybkościowych jakimi są superG i bieg zajazdowy raptem kilka skrętów starając się utrzymać możliwie najwyższą prędkość, która często oscyluje pomiędzy 120-130 km/h. Ja tak szybko nie zjeżdżałem. Wiadomo! Zdjęte zabezpieczenia, trasa otwarta dla innych narciarzy, nie tak gładka jak w czasie zawodów i oczywiście inne, bo krótsze slalomowe narty (nie zjazdowe). Bo z pewnością, gdyby nie te drobne szczegóły poleciałbym tak jak one :)) Te konkretne zawody (superG) wygrała włoska gwiazda szybkich nart Federica Brignone, która na początku kwietnia uległa poważnemu wypadkowi w czasie zawodów we Włoszech. Bieg zjazdowy w La Thuile był odwołany.
Tłoku nie było :)
a sztruks, owszem, wszechobecny :)


Góry, góry... Jak chmury.

Sześć dni jazdy na nartach. Jeden, pierwszy dzień bez słońca, w słabych warunkach, w dobrym miejscu - Cervino. Pozostała jazda w słońcu, bieli śniegu i takim błękicie nieba jaki widzi się tylko w Alpach, tylko w zimie. Jeździ się wysoko. Górne stacje w Cervino ulokowane są na wysokości 3300 m npm. Dolne na około 2000 m npm. 
Matternhorn (4478) z włoskiej strony
wygląda całkiem przjaźnie.
Dla przypomnienia słynne i popularne austriackie Schladming to góry o wysokości np. Planai - 1906 m, Hauser Kaibling 2015 m, gdzie dolne stacje znajdują się na wysokości około 700 m. To ROBI RÓŻNICĘ. Większość wyżej położonych tras w stacjach Aosty to naturalny śnieg i ujemne temperatury nawet w II poł. marca, co z kolei gwarantuje znakomite, zimowe warunki, podczas kiedy w dolinie wiosna na całego! Oczywiście warunki w ciągu dnia się zmieniają. Im bliżej dolnych stacji wyciągów tym pod koniec dnia bardziej miękko. W najniżej położonych partiach nartostrad, tam gdzie śnieg uzupełniany jest armatkami warunki robią się trudne zwłaszcza dla tych, słabiej jeżdżących. Jednak zamiast cierpieć i ryzykować kontuzję, do parkingu można zjechać gondolą, lub krzesłem.
Stacji tankowania dużo. Średnia cena grzanego 
wina w całym rejonie około 4,50 EUR. 
Bombardino 6,50 EUR, kawa 2,0 EUR z groszami

Znakomitą stacją okazała się być Pila. W czasie poprzedniego wyjazdu byliśmy tam w dniu kiedy padał deszcz, była słaba widoczność. Teraz, w pełnym słońcu objechaliśmy praktycznie większość tras. To znakomite miejsce. Na wszystkich stokach bardzo mało narciarzy. Najwięcej ludzi było w Cervinii, w weekend. Normalne. To miejsce uchodzi z perłę regionu, a do tego można pojeździć także u Szwajcarów kupując suplement do standardowego ski-passa. Skończyła się jednak promocja na szwajcarskie scyzoryki, więc nie skorzystaliśmy z tej możliwości. Za to będąc w La Thuile przejechaliśmy na francuska stronę w kierunku na La Rosiere. Zupełnie inne doznania. Grzane wino zdecydowanie mniej słodkie niż we Włoszech :)

Sześć dni na nartach w takich warunkach to zdecydowanie za krótko. Do pełni szczęścia konieczne są dodatkowe 3-4 dni. Chociażby po to, żeby rzucić się na leżak i siorbiąc grzańca kontemplować majestat gór, urodę przyrody.