Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Stronie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Stronie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 września 2024

POWÓDŹ! Stronie Śląskie

 POWÓDŹ! Stronie Śląskie

Powódź - Stronie Śląskie. foto Paweł Relikowski, Gazeta Wrocławska {więcej foto [TU])

Stronie Śląskie jest jednym z najbardziej zniszczonych obecną powodzią miasteczkiem w Kotlinie Kłodzkiej. Woda przerwała tamę, a siła żywiołu zdemolowała znaczącą część Stronia. Byłem tam 2x (TU) korzystając z pensjonatu "Ski&Bike House" (TU). Pensjonat nie ucierpiał. Natomiast jego właściciel - Łukasz wraz z żoną czynnie uczestniczą w likwidowaniu skutków powodzi. 

Poniżej post Łukasza z fejsa. Jest tam na miejscu, wie najlepiej jakie są potrzeby. Przeczytajcie proszę i zastanówcie się, czy możecie pomóc wpłacając nawet niewielką kwotę na paliwo niezbędne do utrzymania ciągłości prac. Jeśli uważacie, że warto - podajcie info dalej. Miejcie proszę na uwadze to, że zanim nasze Państwo podejmie jakiekolwiek działania miną jeszcze co najmniej 2-3 tygodnie, które są kluczowe do przygotowania się powodzian do przetrwania zimy. 

Zrobiłem przelew dosłownie 15 min. temu, elixirem, aby kasa natychmiast dotarła do Stronia. 

"Kochani walczymy o utrzymanie w ciągłości przy pracy wolontariuszy, którzy do Nas przyjechali z różnych miejscowości.

Przywieźli swoje maszyny do pracy za darmo i swoim transportem z całej Polski  i nie tylko. Staramy się o ich komfort pracy i jej ciągłość - są to koparki, ładowarki, spychy, wywrotki i ciągniki oraz agregaty.

Dzięki temu tempo pracy jest oszałamiające.

Potrzebujemy w proporcji ON 60-70% i E95 30% Podzielone na 10/20l opisane markerem i sprawdzone węchem, co jest nalane :) Obsługujemy 50l beczki, mausery itd Jak ktoś ma smary, oraz oleje do maszyn , lub gotowe karnisterki pomieszane już do pilarek, pił to śmiało.

Dostawa do nas do Skibajka lub wskażemy punkt gdzie dostarczyć.

Pomagamy tylko i wyłącznie tym, którzy pracują dla Naszej gminy NON Profit i niekomercyjnie I nie wystawiają faktur za usługi.

Nie tankujemy aut mieszkańców, firm itd

Jesteśmy wstanie obsłużyć mausery i mamy pompki i pompy.

To jest dobro najważniejsze teraz.

Jak nie możecie dostarczyć to wrzućcie do nas kaskę my kupimy i zawieziemy.

Mamy trochę pustych karnistrow.

Tytul nie wiem np  POMOC PAliwo musi być opisane i podpisane.

Reszta  w okolicy jest przynajmniej narazie -+ Jeśli ktoś Nam ufa oczywiście.

To jest najważniejszy aktualnie zasób do pracy.

Z rzeczy potrzebnych-

- pompy z wężem aby uruchomić studnie

- hydrofory

- taczki

Ing bank 061050 1575 1000 0023 0711 4179 Będzie Nowe Stronie Śląskie #solidarnizestroniem

 

Łukasz 603503343

Pozdrowienia.

Obserwujący

Wysłane z telefonu"

środa, 14 października 2020

Jesienny klimacik w Sudetach, Stronie Śląskie, 2020.10.09-12, rowerowe

 Jesienny klimacik w Sudetach, Stronie Śląskie, 2020.10.09-12, rowerowe


Zorganizowac wyjazd na rowerek nie jest latwo. Im glebiej w jesien, tym trudniej. Kazdy ślepi w prognoze pogody w telefonie i: a to, ze deszczu, a to ze temperatura, a ze żona, robota, lub wszystko naraz:) Proces organizacji byl dlugi i czasochlonny, jednak po miesiacu przymiarek, robienia/odwolywania rezerwacji wreszcie sie udalo!

Plan zakladal wyjazd w piatek rano, powrot w poniedzialek wieczorem. Udalo sie go zrealizowac prawie w 100%. Bylo intensywnie, a gdyby kogoś z Was, zagladajacych na mojego bloga naszla nieodparta potrzeba pojezdzenia na rowerku, to ponizej gotowy przepis na rowerowy weekend+.

Daro złapał snake, ale szybka akcja serwisowa na 4 ręce i jedziemy dalej.
Daro złapał gume;
szybka akcja
serwisowa na 4 ręce
i jedziemy dalej.
Wyjazd w W-wy o 6 rano, kierunek i punkt docelowy - Srebrna Góra - Trasy Enduro (TU). Przed wyjazdem trzeba zarezerwowac rowerki enduro wlasnie (nie probujcie jezdzic na swoich utralekkich, weglowych bikach XC) , wiec gdy dojedziecie na miejsce okolo 11:00 wystraczy przebrac sie w stosowne ciuchy, kupic bilety na shuttle wwożące biki/bikerów na góre i jazda! W bazie enduro jest wszystko czego biker potrzebuje/oczekuje: toaleta, bar gdzie mozna zjesc i wypic, sklepik z akcesoriami rowerowymi i pelna entuzjazmu obsluga, ktorej szefuje Iwona. 

Szybkie foto i w droge. Jest
około 8-9 st.
Okolo 18:00, gdy zaczelo szarzeć zjechalismy do karczmy "Górska Perła" (TU), gdzie zjedlismy pozny, goracy i smaczny obiad, zeby udac sie do docelowego miejsca w Stroniu Śląskim, pensjonatu "Ski&Bike House" (TU). Tam czekalo juz ognisko, gdzie wraz z innymi gośćmi, także bikerami spożyliśmy male conieco ustalajac plan jazdy na nastepny dzien. "Ski&Bike House" to świetna, godna polecenia miejscówka! Mnóstwo miejsca do przechowania, serwisowania rowerów, z pełnym, profesjonalnym zapleczem warsztatowym, zaopatrzonym nawet w podstawowe (za opłatą) akcesoria/części zamienne: opony, dętki, linki, klocki hamulcowe itp. Miejsce do mycia rowerów z płynami, wiadrami, szczotkami itp. Pokoje, ich wyposażenie, czystość bez zarzutu. Standard, ktory znam z wyjazdow narciarskich do Austrii, Włoch, czy Francji. Fajni, mili, młodzi gospodarze. Jeżdżą na rowerach, służą pomocą, radą. Maja objeżdżone wszystkie okoliczne trasy także te po czeskiej stronie granicy. 

Kolory jesieni. Po to tam pojechaliśmy
Sobota rano start w gory, tym razem na swoich rowerach. Kierunek - trasy "Singletrack Glacensis" (TU). Jezdzilismy po trasach z tego systemu w zeszlym roku, w Srebrnej Gorze i Bardo. Tam bylo swietnie. W Stroniu Śląskim, Międzylesiu, Czarnej Górze jest ich więcej, sa tak samo dobre, wrecz fantastyczne. Nie przesadzam! To raj dla rowerzystow. Nie trzeba miec łydy jak profi, zeby miec fun z jazdy po tych tarsach. Nachylenie podjazdow jest tak dobrane, zeby kazdy biker, nawet na rowerze turystycznym wjechal i "wyjechał" wszystkie ścieżki. Nachylenie zjazdu jest takze przyjazne, a szybkosc zjazdu zalezy tylko od umiejetnosci (zalecane nowe klocki w hamulcach:)).

W niedziele dojechalismy samochodem do Międzygórza (mozna ze Stronia dojechac trasami XC, ale chcielismy zaliczyc max tras wokół Międzygórza) i ponownie "Singletracks Glacensis". Ponownie fantastyczne doznania, a NAJ trasa to pętla "Ostoja", która  z racji uksztaltowania terenu, najbardziej dzikiego charakteru przypominala miejscami kraine Baby Jagi. Z niewielka przerwa na herbate caly dzien na rowerach, aby wraz z zapadajacym zmrokiem znaleźć sie w Stroniu Śląskim, w restauracji "U Prezesowej" (TU), gdzie zywiliśmy sie kolejny raz, gdzie ponownie zamowilem znakomita moim zdaniem, baaaardzo gorącą "zapiekanke ziemniaczaną - firmową".

Poniedzialek - lało. Mieliśmy plan "B" - zwiedzanie Twierdzy Kłodzko (TU) Wybralismy godzinna trase po podziemnych korytarzach kontrminowych (na zewnatrz ciagle podalo). Mala dawka historii polaczona z konstatacja o bezsensie wysilku ludzkiego, finansowego; twierdza nigdy nie byla oblegana, a budowano ja kilkadziesiat lat...

W W-wie bylismy okolo 19:00. [wiekszość foto - Tomek]



piątek, 15 lipca 2022

Stronie Śląskie, Sudety, 2022.07.10-2022.07.13, rowerowe

Stronie Śląskie, Sudety, 2022.07.10-2022.07.13, rowerowe

W zasadzie większość
tras biegnie w lesie, ale
są miejsca, kiedy prowadzona
trawersem ścieżka otwiera
widok na całe pasmo.
(pętla Międzygórze)
W Stroniu Śląskim byłem jakiś czas temu (TU). Było dobrze, więc z przyjemnością zaakceptowałem propozycję syna, który w ramach obowiązków trenerskich organizował krótkie zgrupowanie dla swoich zawodników i w celu sprawnego zorganizowania wyjazdu potrzebował dodatkowego samochodu z kierowcą. Pogoda, chociaż początkowo słaba nie była problemem. Odpowiednie ubranie wraz z pozytywnym nastawieniem pozwoliły mi na sprawne pokonanie 50+ km pierwszego dnia i 60+ km dnia następnego. Oczywiście trasami XC systemu "Singletrack Glacensis". Niektóre z nich znałem z poprzedniego pobytu w Stroniu Śląskim. Byłem ciekawy jak wyglądają w lecie, czy są konserwowane, czy nadal mogą stanowić  rekomendowany kierunek wypadów rowerowych. Trasy mają się znakomicie! Wyraźną zmianą, którą obserwowałem chwilę temu także w Szczyrku jest powszechne użycie rowerów z napędem elektrycznym. Wygląda to tak, jakby nikomu nie chciało się ujeżdżać "zwykłych" rowerów pomimo, że trasy "Glacensis" są  zaprojektowane i poprowadzone tak, by były przejezdne dla każdego średnio sprawnego bikera. Jeżdżąc na "elektryku" także trzeba pedałować, ale wysiłek w porównaniu z jazdą na  tradycyjnym rowerze jest nieporównywalnie mniejszy. Ta masowa, "elektryczna" migracja jest naprawdę zadziwiająca. Kolejną nowością były ekipy rowerowe składające się z samych dziewczyn/kobiet. Oczywiście na "elektrykach"...   

Stronie Śląskie i okolice wraz Bike Parkiem w Czarnej Górze to dobre miejsce na rowerowy wypad. Poza jazdą na rowerze/rowerach w okolicy jest mnóstwo tras pieszych (np. Śnieżnik), fajnych, z ciekawą architekturą miejscowości (np. Międzygórze) oraz szereg innych atrakcji turystycznych znakomitych na deszczowe dni (np. kopalnia uranu, czy złota).

poniedziałek, 25 listopada 2024

Leszek Kułakowski Quintet - Jubileusz XXX-lecia zespołu, wtorek 2024.11.19, PROM Kultury, koncert

 Leszek Kułakowski Quintet - Jubileusz XXX-lecia zespołu, wtorek 2024.11.19, PROM Kultury, koncert



Leszek Kułakowski
(foto net)
Dobrze jest mieć blisko miejsca zamieszkania miejsce takie jak PROM Kultury. Staram się w miarę regularnie sprawdzać repertuar PROMu i praktycznie zawsze znajduję tam coś ciekawego, wartego ruszenia się z domu. Całkiem niedawno był to koncert amerykańskiej kapeli Deltaphonic (TU), a dosłownie kilka dni później jubileuszowy koncert Leszek Kułakowski Quintet. W tym przypadku naszą (moich kolegów i moją) uwagę zwrócił na tę imprezę Tomek, który zadał sobie trud odszukania dokonań Leszka Kułakowskiego w serwisach streamingowych i zarekomendowania nam koncertu. 

PROM - kameralna estrada tuż
przed koncertem.
(foto Tomek)

Quintet Leszka Kułakowskiego jest zespołem jazzowym, którego lider jest nie tylko muzykiem, ale także wykładowcą w klasie kompozycji, muzycznym teoretykiem oraz aranżerem. Biję się w piersi! Nigdy wcześniej nie słyszałem jego muzyki, nie wiedziałem o jego istnieniu. A tu proszę, jubileusz XXX-lecia... Ochoczo wyraziłem chęć kupienia biletu (30.00 zł), aby w deszczowy wtorkowy wieczór zasiąść na widowni, posłuchać co Leszek wraz z kolegami ma do zagrania. Z PROMowej fiszki anonsującej wydarzenie wynikało, że Leszek Kułakowski nagrał kilkanaście autorskich płyt, a przez sygnowany jego nazwiskiem quintet przewinęli się znani nawet mnie muzycy jazzowi, a gościnnie występowały takie znakomitości jak np. Zbigniew Namysłowski, czy Jan "Ptaszyn" Wróblewski.

Leszek Kułakowski Quintet w komplecie, od lewej:
Piotr Kułakowski - kontrabas, Leszek Kułakowski - fortepian,
Piotr Szlempo - trąbka, Szymon Kowalik - saksofony,
Tomasz Sowiński - perkusja.
Było warto! Półtorej godziny grania minęło w oka mgnieniu. Lider kapeli okazał się być nie tylko znakomitym pianistą, muzykiem-kompozytorem, ale także dowcipnym konferansjerem i autorem intrygujących tytułów swoich kompozycji. "Wstawiłem na FB zdjęcie swojego kotka i nikt nie zareagował" - to tylko jeden z wielu przykładów autorskiej wyobraźni Leszka Kułakowskiego. W trakcie konferansjerki opowiadał, że z racji pracy z młodymi ludźmi jest na bieżąco z najnowszymi trendami i modami, zwłaszcza tymi odnoszącymi się do warstwy słowotwórczej. Wyznał, że śledzi konkursy na "młodzieżowe słowo roku", co z kolei inspiruje go do używania słów-zwycięzców w tytułach swoich kompozycji. Więcej o Leszku Kułakowskim i jego muzyce można przeczytać na jego stronie (TU), a wypowiedzi fachowców oraz ścieżka jego muzycznej kariery powinny skutecznie zachęcić lubiących muzykę do posłuchania jego dokonań. Nie zamierzam podejmować próby opisania muzyki Leszka Kułakowskiego. Bardzo fachowo i precyzyjnie z użyciem profesjonalnej nomenklatury robią to zawodowcy na wskazanej wyżej stronie. Dla tych którzy zaglądają na "prostozjeziora" być może wystraczająca będzie moja rekomendacja. Dla pełnego obrazu dodam, że słuchanie każdej praktycznie muzyki najlepiej smakuje "na żywo". Koncertowy jazz z racji swojej złożoności i wpisanej w gatunek potężnej przestrzeni improwizacyjnej nigdy nie smakuje tak samo. Szkielet kompozycji będący wynikiem fascynacji muzycznych kompozytora, jego kreatywności, smaku, doświadczenia jest bazą do wariacji, gdzie każdy z muzyków dostaje możliwość włączenia się w niepowtarzalny proces twórczy, który w koncertowym wydaniu nigdy nie brzmi tak samo. Przyjemnością jest nie tylko słuchanie, ale także obserwowanie muzyków, którzy grając zwykle bez zapisów nutowych wykonują różne muzyczne ekwilibrystyki i wygibasy, aby w tajemniczy sposób wrócić (zwykle) zgodnie do tematu głównego, a po chwili ponownie odlecieć dając się unieść nastrojowi chwili wspieranemu energią widowni. I to właśnie jest powodem dla którego niełatwej muzyki Leszka Kułakowskiego w wydaniu koncertowym mogę słuchać z przyjemnością przez 1,5h. W przypadku słuchania z płyt cierpliwości wystarcza mi zwykle na dwa, trzy utwory :)  Jazz! W tym roku listopad mam koncertowy. Dzisiaj (poniedziałek) idę na koncert Jana Garbarka do Filharmonii.... :) a wczoraj byłem na koncercie Darii ze Śląska w Trójce :)

poniedziałek, 30 maja 2022

"Zamek Malbork. Vademecum", aut. M. Stokowski, J. Trupinda, 2020, książka

 "Zamek Malbork. Vademecum", aut. M. Stokowski, J. Trupinda, 2020, książka

Kupno tej książki to bezpośredni efekt niedawnej wizyty na Zamku. Została zarekomendowana przez jej współautora jako pigułka skoncentrowanej wiedzy o Zamku i jego mieszkańcach. Potwierdzam, ciekawa, bogato ilustrowana, nowocześnie złożona pozycja dla każdego, kto chce pogłębić swoją wiedzę na temat Zamku. Ale zacznę od narzekania :)

1. Szata graficzna okładki to moim zdaniem porażka. Wydanie książki o Zamku (wydawcą jest Muzeum Zamkowe) w okładce przypominającej płytę nagrobka to fatalny pomysł. Aż się prosi, aby okładką było jakieś fajne zdjęcie Zamku (takich zdjęć mnóstwo wewnątrz książki), ewentualnie wszystko inne, tylko nie te smutne, "nagrobkowe kafelki". Za projekt okładki, opracowanie graficzne i skład odpowiedzialna jest jedna, znana z imienia i nazwiska osoba, wymieniona na stronie redakcyjnej. Jednak ktoś ten projekt zatwierdził i właśnie na tzw. kolegium wydawniczym (kompletna lista także dostępna na stronie redakcyjnej; większość - 4/1 stanowią panie, które widać uważają, że black is beautiful :)) ciąży odpowiedzialność puszczenia w świat tego "nagrobka", co gorsza także w ver. anglojęzycznej. Opakowanie sprzedaje produkt...

2. Splot okoliczności spowodował, że kupiłem książkę w e-sklepie Muzeum Zamkowego (TU), zamiast w sklepie tradycyjnym ulokowanym obok zamkowych kas. Książka kosztuje 29.00 zł, wysyłka 21.00 zł.... Może się czepiam, ale koszt wysyłki jest 2x większy niż ten do którego przywykłem kupując książki w wielu różnych księgarniach wysyłkowych. Owe 21.00 zł może nie jest wielką kwotą, ale w zestawieniu z ceną książki i rynkową ceną wysyłki tworzy moim zdaniem barierę zniechęcającą do zdalnego zakupu. (książka jest dostępna tylko w w sklepie Muzeum Zamkowego)

3. Brak szczegółowego spisu treści! 

A poza tym? Poza tym jest dobrze, nawet bardzo. Ogromny zasób wiedzy podany w nowoczesnej formie z dużą ilością dobrych zdjęć, rycin, planów itd. Treść, czyli rzetelny przekaz autorów - zawodowych historyków, zgodny z aktualną wiedzą ubrana jest "okienkową", niemal "komputerową" formę. Oznacz to, że poza wątkiem głównym danego rozdziału, w "okienkach" otrzymujemy pogłębioną informację odnoszącą się do tematu przewodniego. Czyli np. jeśli tematem jest "Wielki mistrz i jego otocznie" to w "oknie" wylistowani są chronologicznie wszyscy, urzędujący w Malborku wielcy mistrzowie Zakonu. W wątku "Źródła dochodów i bogactwa Zakonu" jest m.in. "okno" "Szkoła sokołów", itd.. Czytając rozdział można "okno" pominąć skupiając się na wiodącym temacie. Do "okna" można zajrzeć w tracie lektury, lub później. Nowoczesna forma to także różne kroje i wielkości czcionki oraz wytłuszczenia zgodnie z gradacją ważności. Jednak brak szczegółowego spisu treści nie ułatwia wyrywkowego czytania książki :(

Nie jestem przekonany, czy warto jest przeczytać tę książkę PRZED zwiedzaniem Zamku. Smakowanie lizaka przed zdjęciem celofanu drażni. Moim zdaniem dla przeciętnego turysty lektura książki ma sens PO spacerze w otoczeniu imponujących zamkowych murów, PO odwiedzeniu wraz z przewodnikiem oszałamiających wnętrz Zamku. Książka może służyć także jako niezależny przewodnik po Zamku, zwłaszcza wówczas, gdy zdecydujemy się na samodzielne zwiedzanie uzbrojeni w "przewodnik elektroniczny" w postaci specjalizowanego odtwarzacza mp3, w który można się zaopatrzyć kupując bilet wstępu. Z całą pewnością planując zwiedzanie Zamku warto jest, choćby pobieżnie odświeżyć sobie szkolną wiedzę o Zakonie Krzyżackim, Jagiellonach, średniowieczu. Może macie w domu "Ilustrowaną Kronikę Polaków" autorstwa Mateusza Siuchnińskiego z ilustracjami Szymona Kobylińskiego? To zadziwiająco nowoczesna publikacja (wydanie, które mam, 1-sze, pochodzi z 1967 roku; wcześniej w 1966, w odcinkach Kronika była drukowana w Ekspresie Wieczornym) traktująca o historii Polski, a przy tym szalenie zwięzła i łatwa w nawigacji po którą sięgam, żeby przypomnieć podstawowe fakty z naszej historii. 

 

poniedziałek, 10 listopada 2025

"Lotnicho" - JUŻ DZISIAJ - Nagroda Literacka im. Józefa Mackiewicza - ogłoszenie wyników

"Lotnicho" - JUŻ DZISIAJ - Nagroda Literacka im. Józefa Mackiewicza - ogłoszenie wyników

Przypomnieniem o dacie  ogłoszenia wyników obrad jury konkursu o Nagrodę Literacką im.Józefa Mackiewicza i uroczystości z tym związanej.

Ogłoszenie wyników obrad jury i wręczenie nagrody głównej oraz trzech wyróżnień odbędzie się DZISIAJ o godzinie 17.00, w Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie. Uroczystość  będzie miała charakter otwarty.

Uroczystość będzie można śledzić w transmisji streamingowej (prawdopodobnie link pojawi się w dniu uroczystości na stronie https://jozefmackiewicz.com/nagroda-im-j-mackiewicza/a z pewnością później będzie dostępna na tejże stronie.


niedziela, 2 lutego 2025

"Kompletnie nieznany" (A complete unknown), reż. James Mangold, USA 2024, film

"Kompletnie nieznany" (A complete unknown), reż. James Mangold, USA 2024, film

Oceniłem film na 4 w skali filmweb, czyli "ujdzie". Oznacza to tyle, że niby jestem filmem rozczarowany, a wcale nie jestem, bo jeśli film ma autoryzację B. Dylana to mogłem oczekiwać, że taki właśnie będzie... Łatwo wchodzący, dobrze smakujący i szybko ulatujący. Tak jest z większością, może wszystkimi biografiami, których finalny kształt był uzgodniony z ich bohaterami. A przecież Timothee Chalamet, który jest także współproducentem filmu nie musiał zabiegać o łaskawe błogosławieństwo Boba Dylana. Cała ścieżka dźwiękowa została nagrana przez Timothee, więc obyło się bez potrzeby starań o licencję na użycie oryginalnych nagrań. Zresztą B. Dylan sprzedał jakiś czas temu prawa do swojej dyskografii za kilkaset milionów USD, więc nie o to tutaj chodziło. Więc o co? Timothee chciał mieć "klepnięcie" Dylana w celach czysto marketingowych? Wątpię. Błogosławieństwo Dylana wyrywa opowieści zęby, pozbawia film pazurów. Bez autoryzacji film mógł być znacznie lepszy!

Dlatego tym, zwłaszcza młodszym, którym zależy na próbie zrozumienia "o co kaman" z tym Dylanem sugeruję obejrzenie filmu dokumentalnego "Rolling Thunder Revue", którego reżyserem jest Martin Scorsese (Netflix).

Ale do rzeczy. "Kompletnie nieznanego" fajnie się ogląda.  Świetnie także się słucha. Timothee wciela się w Dylana ze 100%-tową skutecznością. Ułuda jest niemal kompletna. Zarówno ta wizualna, jak i chyba trudniejsza - muzyczna. Fanki Timothee (fani chyba też) będą zadowoleni. Jest tutaj zakręconym muzycznie słodziakiem, który troszku miesza niektórym paniom w głowach i pościeli, ale przecież krzywdy im nie robi. Mają czego chciały wiążąc swój los z Bobem, który żeby tworzyć wolny być musi, bo inaczej, wiadomo, z całej wolnej twórczości nici. Joan Baez (właśnie jej m.in. miesza Bob) była nawet gwiazdą na jednym z sopockich festiwali, gdzie wyśpiewała swój ból, ale o ile pamiętam to nie Bob ją wówczas bolał, tylko inny kolega, który odmówił przyjęcia powołania do wojska, podarł kwit i trafił do więzienia.  Amerykańskiego. I dobrze! Za kratami lepiej niż w dżungli. Wszak był to czas kiedy "they put a rifle in my hand, sent me off to a foregin land, to go and kill the yellow man", jak to zgrabnie ujął Bruce Springsteen w "Born in the USA". Joan Baez, jej protest-songi, były naszej ówczesnej w'adzy potrzebne, żeby unaocznić ludziom prawdę, że w USA może mają dolary i CocaCole, ale nie dość, że biją swoich czarnych, to jeszcze mordują obcych żółtych. Kiedy wreszcie Joan Baez jeżdżąc po świecie wyśpiewała swojemu facetowi wolność, ten szybko ją opuścił zwracając jej... wolność... Gdzieś po drodze trafiła na Boba i... ponowne rozstanie. Wygląda na to, że Joan Baez cierpiała na syndrom sztokholmski opisywany w literaturze jako przywiązanie do swoich oprawców. O związku Ona - Bob traktuje jej kawałek "Diamond & Rust" (TU) Hmm... 

Joan. Baez - z gitarą 
Lucjan Kydryński - z muchą 
 (foto Kosycarz Foto Press)

Nie! Poniewieranie koleżankami nie jest fajne i nie ono stanowi o przyjemnym odbiorze filmu. Ogląda się go świetnie dzięki muzyce. Jest jej mnóstwo, a film tłumaczy przyczynę niebywałej popularności Boba Dylana - muzyka/tekściarza. Być może dla zwłaszcza młodszych widzów będzie zaskoczeniem, że słynne kawałki, takie jak np. "All along the watchtower", "Knockin' on heaven's door", Mr. Tambourine man", "Blowin' in the wind", czy "Like a rolling stone" znane powszechnie z wykonań (kolejno): J. Hendrixa, Guns N' Roses, The Byrds, Peter, Paul and Mary, Rolling Stones zostały napisane i oryginalnie wyśpiewane przez Boba Dylana... Piosenki Boba Dylana coverowało mnóstwo innych artystów. Warto wspomnieć: Adele, Ninę Simone, czy Johnnego Casha. Tak! Osią filmu jest muzyka! W tle dość mdłej moim zdaniem akcji pobrzmiewają spory o różnice między folkiem a country, o dopuszczalność "elekrtyfikacji" folku. Najważniejsza w całej tej opowieści jest legenda Boba Dylana jako kontynuatora amerykańskiej muzycznej folk-tradycji, folk-spuścizny symbolizowana przekazaniem Dylanowi harmonijki ustnej przez legendę folku Woody Guthriego. To on, Woody, napisał i wyśpiewał "This land is your land" i wraz z inną folk-gwiazdą Pete Seegerem był wzorem dla młodego B. Dylana. Twórczość tych panów datowana na przełom lat 40/50 była mi kompletnie obca. Bob Dylan głównie dzięki coverom zaistniał dla mnie w początkach lat 70-tych po to, aby w roku 1979 wtoczyć się w moją świadomość wydaną wówczas płytą "Slow train coming". 

Nadal mam tę kasetę. Niektóre
kawałki: "Gotta serve somebody",
"Man gave names to..." były
znane i popularne.
Wśród muzyków sesyjnych
na gitarze Mark Knopfler

Są w tym filmie różne fajne smaczki. Uśmiechnąłem się, kiedy Bob Dylan wpada do Hotelu Chelsea w poszukiwaniu Joan Baez. Ten nowojorski hotel, o którym można na stronie hotelu (TU) przeczytać: ..."solidny i wystawny, ekscentryczny, a zarazem piękny, Chelsea jest światem samym w sobie: dekadenckim pałacem osobliwości"... Leo Cohen śpiewał o nim i o swoim tete a tete z Janis Joplin w piosence "Chelsea Hotel". Mieszkał tam czub ówczesnej amerykańskiej bohemy wraz z licznymi przyległościami - pretendentami i pretendentkami. Gdyby te mury mogły/chciały mówić...:)

I zmierzając do brzegu...  W 1994 w lipcu byłem na koncercie Boba Dylana na stadionie Cracovii w Krakowie. Po kwadransie od rozpoczęcia zaczął lać rzęsisty deszcz. Nagłośnienie było żenująco słabe. Scena praktycznie bez zadaszenia. Po około godzinie walki z naturą Dylan przerwał swój występ. Nic dziwnego, że nie wspominam dobrze tego wydarzenia. Spotkanie z legendą było wielowymiarową porażką. W 2016 szwedzcy akademicy nagrodzili Boba Dylana Noblem za "wykreowanie nowych poetyckich ekspresji w tradycji amerykańskiej pieśni". Stał się pierwszym tekściarzem, no dobrze, songwriterem, uhonorowanym tą nagrodą. Jak powszechnie wiadomo nie zjawił się na ceremonii wręczenia. O co kaman?! Jaka legenda? "Kompletnie nieznany" nie jest KOMPLETNĄ biografią Boba Dylana. Film pokazuje fragment życia, który ukształtował go jako artystę, dał początek sławie być może największego, współczesnego barda Ameryki. Bo pomimo tego, że słabo oceniam film, jeszcze gorzej jego koncert z 1994 roku, to mam duży szacunek do Boba Dylana. Nie dość, że umiał "zelektryfikować" folk, pójść własną drogą tworząc "americanę", to jest facetem, który napisał "Blowin' in with the wind". Ten song był antywojennym hymnem pokolenia lat 60-tych. Bezsensowna wojna w Wietnamie pochłonęła 60 tys. młodych istnień (tylko amerykańskich;  po stronie wietnamskiej ilość zabitych szacuje się na 0,5 mln, rannych kilka mln). Rannych zostało 300 tys. Wszyscy, którzy przeżyli, wrócili w jakimś stopniu okaleczeni. Napisano na ten temat mnóstwo książek, nakręcono niepoliczalne ilości filmów. Piętno tej wojny na zawsze będzie ciążyć  Ameryce. "Blowin' in the wind" pozostaje aktualne (TU). Howgh!

sobota, 6 października 2012

"Desperado", aut. Tomasz Stańko, Rafał Księżyk, książka, autobiografia, 2010

"Desperado", aut. Tomasz Stańko, rozmawia Rafał Księżyk, książka, autobiografia, 2010

..."Tak sie zylo. To jest zycie desperados. Na granicy. Tuz przy smierci. Inny jest wtedy trip. Inaczej sie mysli."...
Powiedziel Tomasz Stanko w wywiadzie-rzece, zapisie rozmow, ktore trwaly bez mala rok. Chcialem te ksiazke przeczytac od dawna. Mialem nadzieje, ze znajdzie sie w mojej lokalnej bibliotece. Nie kazda ksiazke chce miec na wlasnosc. Nie mieli.
Kupiem, przeczytalem. Prawie 500 str. lektury napakowanej nazwiskami ludzi ze swiata muzyki. (lista nazwisk na koncu ksiazki to kilkanascie stron, po 2 kolumny na stronie).
Pomimo, ze pod koniec lektury bylem ciut znuzony, uwazalem, ze ksiazka moglaby byc o 150 str. krotsza, sadze, ze byla warta czasu poswieconego na jej lekture. Moge ja polecic kazdemu kto ma chocby blada (jak ja) orientacje w swiecie jazzu. Tomasz Stanko, ktory jest trebaczem swiatowego formatu, gral z nieprawdopodobna iloscia muzykow, bral udzial w niezliczonych projektach, byl czlonkiem niepoliczalnej liczby kapel. Sypie nazwiskami muzykow jak z rekawa. Warto jest znac przynajmniej czesc z nich. Inaczej lektura bedzie nuzaca.
Ksiazka-autobiografia to zapis transformacji ..."z frika w burzuja w garniturze szytym na miare, z kolekcja kobiercow, mieszkaniem na Mahattanie."... jak powiedzial o nim Marek Karewicz, fotograf jazzmanow.
Bo Toamsz Stanko moglby spokojnie zmierzyc sie z Keithem Richardsem w ilosci tego co wciagnal, wstrzyknal, wypil, wypalil.  Leszek Balcerowicz z pewnoscia nie wie, ze jedna z zasadniczych przyczyn dla ktorych Stanko rzucil wszelkie nalogi, byly reformy owczesnego wicepremiera i ministra finansow... Tak! Leszek Balcerowicz wyciaganl z nalogow przynajmniej jedna duszyczke!
Tomasza Stanki.
Rzecza, ktora mnie przekonala do osoby Stanki, jest jego stosunek do historii i tradycji polskiej muzyki jazzowej, ktora zreszta sam tworzyl. Jakze nie lubic faceta, ktory z taka estyma wypowiada sie o Krzysztofie Komedzie, jego kunszcie i latwosci tworzenia muzyki filmowej, oraz o samym "Nozu w wodzie", jednym z najlepszych (moim zdaniem) polskich filmow. Tomasz Stanko gral z Komeda przez kilka lat. Nadal gra i nagrywa kompozycje Komedy, jest jego oredownikiem, ambasadorem jego muzyki.
Stanko, jako wolny od nalogow burzuj mowi Rafalowi Ksiezykowi, ze bycie czystym daje mu haj wiekszy niz wowczas, kiedy szedl sciezka desperado. Warto przeczytac z jakiego dolu wyciagnal go Leszek Balcerowicz. Warto sie uczyc na bledach innych. Naszych wlasnych moze nam nie starczyc, zeby szybko i skutecznie zmadrzec. Na Balcerowicza tez raczej liczyc nie mozna... Inne realia.

niedziela, 25 lutego 2024

¡hola! Malaga!, luty 2024, rowerowe

 ¡hola! Malaga!, luty 2024, rowerowe

Widok w kierunku Malagi.

Widowiskowy zachód
słońca - zwiastun
zmiany pogody.
Zaczęło wiać, temp.
spadła do 15 st.
Rower górski, który ujeżdżam chociaż
nie tak szybki jak szosówka pozwalał
za to na jazdę po każdej nawierzchni.
Kiedy w Polsce zimno, mokro i ponuro pomysł, aby wyjechać na  rowerek tam, gdzie słonecznie, ciepło i zdecydowanie sucho jest dość oczywisty. Jednak do tej pory realizacja tej oczywistości nie była mi dana. W tym roku splot okoliczności spowodował, że przyjemność jaką jest obcowanie z śródziemnomorską przyrodą, kulturą, krajobrazami, kolorami stała się moim udziałem. Kierunek Hiszpania, Andaluzja, Costa del Sol, czyli okolice Malagi okazał się być znakomitym wyborem. Słońce, temperatury około 10 st. noc, do około 20 st w ciągu dnia, mnóstwo dobrej jakości asfaltowych dróg pod rower szosowy, a bike park oraz lokalny park krajobrazowy ze swoimi ścieżkami i szutrami pozwalały wyprowadzić z garażu rower górski. Nie sposób nie wspomnieć o okolicznych wzgórzach. Łatwo i szybko dostępne, piętrzące się na wysokość około 1 tys. metrów n.p.m. to marzenie każdego bikera, który poważnie myśli o progresie formy. Kilkunastokilometrowe podjazdy, niewielki ruch samochodów i przyjaźnie nastawieni kierowcy to creme de la creme tego co oferują okolice Malagi przede wszystkim szosowcom. Płaskie odcinki dróg biegnących wzdłuż wybrzeża także są dostępne, ale z racji większego ruchu samochodów nie stanowią takiej atrakcji jak drogi biegnące wśród wzgórz, w głąb lądu. 

The long nad winding road :) 
Obok w pierwszym planie amfiteatr rzymski
i mauretańska twierdza Alcazaba - turystyczne
atrakcje w centrum Malagi,

W Maladze urodził się Picasso i tu także jest
jego muzeum. Patrząc na prace jak ta obok (rysunek) nie
mam wątpliwości że Pablo był obdarzony niezłym
poczuciem humoru. 





Malaga to jednak dla większości turystów plaża i morze. W lutym nie ma nadmiaru turystów, 
a widoczne z lewej strony niewielkie domki czekają na spragnionych słońca i kąpieli. Po prawej stronie
uliczki, za linią drzew i niskim murkiem zaczyna się plaża. W sezonie jest tu baaardzo tłoczno,
 hałaśliwie i dla większości ludzi z północy Europy nieznośnie gorąco. Teraz, w lutym, w dzień
 powszedni spokój i przyjemne 20 st ciepła.


wtorek, 3 października 2017

The Rolling Stones, STONES - NO FILTER, European Tour 2017, Amsterdam Arena, sobota 2017.09.30

The Rolling Stones, STONES - NO FILTER, European Tour 2017, Amsterdam Arena, sobota 2017.09.30, koncert

Cztery ogromne ekrany o jakości
monitora LED dawały nadzieję,
ze nawet z daleka będziemy coś
widzieć.
Nie jestem specjalnym fanem Stonsow. Jednak kiedy w okolicach maja kolega zadzwonil z informacja o sprzedaży biletow na ich europejska trase proponując kupno biletow na koncert w Amsterdamie powiedziałem: wchodzę.
Wypełniona płyta, wszystkie miejsca
zajęte. Publiczność w liczbie 60 tys+
wypełniła Arene po brzegi.
Jakis czas temu widziałem znakomity dokument z poludniowoamerykanskiej trasy "The Rolling Stones OLE, OLE" zakończonej spektakularnym koncertem w Hawanie dla ponad miliona widzow. Teraz kapela ruszyla w trase po Europie. Wyglada to trochę jak pożegnanie z publicznoscia. Zaliczaja kolejne kontynenty, a ze graja już ponad 50 lat, tym bardziej obecna trasa wygląda na ostatnia...
Nie trzeba być wielkim fanem Stonsow, żeby nie doceniać ich znaczania dla muzyki, nie podziwiać umiejetnosci przetrwania, nie slyszec inspiracji czarnym bluesem, nie znac przynajmniej 20-30 kawalkow ich autorstwa.

Ogromne ekrany robiły swoje. (foto skopiowane z netu)
W piątek 29.10 około 10:30 ruszyliśmy samochodem w droge do Amsterdamu, żeby około 23:00 znaleźć się w przyjaznym domu corki jednego z kolegow. W sobote rano przenieslismy się na camping w Amsterdamie polozony około 6 km od hali Amsterdam Arena. Zostawilismy samochod, ruszyliśmy w miasto. Bramy hali otwierano o 18:30, mieslismy sporo czasu, na wycieczke tramwajem wodnym po amsterdamskich kanalach, posiłek w chińskiej knajpie na skraju Red Light District.
Potem kurs na Amsterdam Arena.
Nie obylo się bez problemów. Miałem ze sobą niewielki plecak. Zdawalem sobie sprawę, ze od czasu mojego ostatniego dużego koncertu, na który bez problemu wszedłem z plecakiem wlasnie, minelo sporo czasu, ze ostatnie zamachy terrorystyczne wymuszają bardziej restrykcyjne kontrole, surowsze procedury w czasie wpuszczania na koncert. Dlatego dokładnie przeczytałem info na bilecie, w którym nie było ani słowa o ograniczeniach związanych z wnoszeniem plecków. Dowiedzialem się o tym już po przejściu bramki... Pokazywanie neutralnej zawartości plecaka na nic się nie zdalo. Rozmowa z supervisorem bramkarzy także była na nic. Plecak był zbyt duzy, mialem go zostawić w depozycie, który oczywiście był po przeciwnej stronie hali, w odleglosci 20 min. marszu...
Nie sposób było nie patrzec na
ekrany. Z miejsca w którym
siedzieliśmy muzycy na estradzie
byli wielkości paznokcia...
Tlum gestnial, a ja miałem w planie kupienie koszulki koncertowej... Bez pamiątkowej koszulki koncert się nie liczy. Jedna miałem na sobie. Oczywsicie z koncertu Stonsow z trasy w 1994/5 roku... Robilo się pozno. Do jednego, zewnetrznego stoiska z gadgetami stala taka ilość fanow, ze dalem sobie spokój majac nadzieje, ze w hali stoisk będzie więcej, kolejki krótsze. Wejscie betonowymi schodami na korone hali było dla wielu wyzwaniem. Strome schody i wejście na wysokość 5-tego (w moejej ocenie) pietra, powodowalo, ze wiele osob było zmuszonych robic przerwy na polpietrach. Łapali oddech, nabierali sil na dalsza wspinaczke. Obsluga wskazala mi stoisko z koszulkami. Na pierwszy rzut oka wygladalo, ze kolejka jest mniejsza. W rezultacie stalem w niej około 40 min... Cale szczęście, ze miałem gotowke. Dzieki temu zostałem szybciej obsluzony. T-shirty - 35.00 EUR, czapeczka z jęzorem - 30.00 EUR (dla wnusia na 1-sze urodziny, koszulek w rozmiarze XXXXS nie było), jeszcze 4 piwa do tacki i już byłem na widowni...

Światełka też były. Robiły wrażenie.
Stonsi wyszli na estradę tuz przed 21:00. Wraz z nimi kapela wspomagaczy i chórek. STONES - NO FILTER - tak nazywa się trasa. Można to zrozumieć jako Stonsi bez filtra, na żywca, tacy jakimi są, tacy jak ich widać i slychac. Nazwa trasy jest rodzajem zachęty, obietnica, ze dostajemy kapele bez pudru, a może także usprawiedliwieniem pewnych koncertowych niedoskonalosci.
Zagrali wszystko czego oczekiwali fani, pare bluesow z ostatniej plyty i dwie kompozycje Richardsa, gdzies w 2/3 koncertu brawurowe wykonanie "Gimme Shelter". Na koniec oczywiście "Satisfaction".

Sikanie w Amsterdamie. Te sikalnie
były dla mnie zaskoczeniem. Stały
wzdłuż szerokiej alejki, tuż
obok Areny. Budziły zainteresowanie
i chichot przechodzących obok pań.
 
Koncert to inny rodzaj doznan niż słuchanie tej samej muzyki w domu. Tutaj liczy się show, emocje Każdy szczegol ma wpływ na odbior calosci widowiska, którego jednym z elementow jest
Stacja metra około 1h po koncercie.
Wyglądało groźnie, ale dostaliśmy się
do pociągu bez większego problemu.
muzyka. Stonsi w towarzystwie wspomagających ich muzykow dawali rade. Nikt nie oczekiwal po nich muzycznej wiruozerii, brania wysokich nut przez Mika. Ronnie, Keith i Mike doskonale wiedza czego od nich oczekuje publiczność, maja pelna swiadomosc, ze technika powieksza ich sylwetki do monstrualnych rozmiarow, ekrany LED pozwalają sledzic ich gesty, mimike. Sa wiec nie tylko muzykami, ale także aktorami, starają się, żeby było i glosno i fajnie. A ze czasami Jagger wezmie falszywa nute, a Wood lub Richards niezbyt precyzjnie docisną struny do progow... Kogo to obchodzi, jakie to ma znaczenie? Z tylu, w cieniu, gra reszta kapeli trzymajaca linie melodyczna, a chorek dba o to, żeby dociagnac to co Mikowi ucieklo. Ostatecznie panowie Stonsi maja 70+ lat, a wiek, coz, robi swoje.
Pada. To norma w Holandii, ale mamy
daszek, Pliske, w perspektywie
koncert, więc sobie z Mietkiem
zawzięcie o czymś dyskutujemy
nie przejmując się aurą.
Nie mam pojęcia jaka była przecietna wieku widowni w Amsterdam Arena. Widzialem kilkuletnie dzieci w towarzystwie swoich dziadkow, rodzicow. Koncert był międzypokoleniowym swietem, fiesta, rockowym festynem. Gdzies tam po glowie krazyly mi teksty z książki Richardsa o początkach kapeli, o prześladowaniu przez angielska policje, o niecheci owczesnego establishmentu do czworki muzykow, którzy byli niegrzecznymi chłopcami, których chciano się za wszelka cene pozbyć z Anglii. Potem, czyz to nie chichot historii, Jagger otrzymal tytul
szlachecki z rak krolowej, a żeby było smieszniejszej nawet go przyjal...
Niezaleznie od tego jaki się ma do tego stosunek, jedno jest pewne. Rock&roll staje się klasyka. Kolejne pokolenia sluchaja tej muzyki, bawia się przy Satisfaction często nie zdajac sobie sprawy, ze ten kawalek został napisany w 1965 roku, a początki The Rolling Stones to rok 1961.
Long Live Rock 'n' Roll!

piątek, 30 grudnia 2016

"Everest. Góra gór", aut. Monika Witkowska, 2013, książka

"Everest. Góra gór", aut. Monika Witkowska, 2013, książka

Wlasnie pomyslalem sobie, ze usiade i napisze posta o książce, która przeczytałem już jakiś czas temu. Krążąc po domu zastanawielm się od czego zacząć. Przeciez Everest, wspinaczka na Gore Gor to takie oczywiste, teraz wręcz powszednie. Co w tym, w tej książce jest ciekawego, innego, ze warto po nia siegnac, poswiecic czas na jej przeczytanie.
A tu w Trojce (piątek - lista przebojow) zagrali Leonarda Cohena. Zatrybilo mi w glowie i bezwiednie przypomniał mi się wywiad z L. Cohenem emitowany na antenie Trojki w bloku bodaj Piotra Metza, gdzie tuz po wydaniu ostatniej plyty, niewielka grupa dziennikarzy zadawala pytania Mistrzowi. Pamietam, ze pierwsze wyslyszane dotyczyło obietnicy L. Cohena o rzuceniu palenia (na plycie jest jego foto z papierosem). Odpowiedz Cohena brzmiała (uruchomcie wyboraznie, usłyszcie ten głęboki, charakterystyczny glos i wolno, od niechcenia rzucone) - "You know, there are some guys you can't trust". A zaraz potem pytanie o opinie Cohena na wlasnie-co-opublikowana informacje o Noblu dla Boba Dylana.
I odpowiedz: "To tak, jakby na najwyzsza gore wnieść i przybic tabliczke Najwyzsza Gora"....

Najwyzsza gora jest jedna i najwazniesza. Ksiazka Moniki Witkowskiej nie traktuje o heroizmie, walce, konaniu z zimna itp. Jest raczej rodzajem zgrabnego, napisanego dość prostym jezykiem reportazu o decyzji wejścia na Everest i realizacji tego postanowienia. Tym ciekawsza, ze rozszerzona o krótkie, zwiezle wtręty (wyróżnione innym kolorem, zwykle dwie kartki) dotyczące np. jakow, Szerpow, skrocony słownik szepsko-polski, ilości osiemdziesialatkow którzy weszli na Everest itp.
Czyta się to latwo. Autorka skupia się na technicznej stronie znaczącego jednak przedsiewziecia jakim jest wejście na Gore Gor. Dowiadujemy się ile kosztuje uczestnictwo w takiej wyprawie, ile trzeba mieć na to czasu, z jakiech agencji korzystać, jakie ciuchy/buty trzeba mieć. Nie mniej ciekawy jest problem siusiania i sposoby jego rozwiazywania, miejsca w necie gdzie można kupic stosowne, sluzace do tego akcesoria. Tlen, butle, maski - tutaj także znajdziemy wskazówki czego uzywac, co odrzucić.
Ksiazka ma nowoczesna konstrukcje, co oznacza, ze kolejne rozdzialy sa krótkie, zwarte, przeplecione specjlanie oznaczonymi stronami-wrzutami poglebiajacymi wiedze o temacie rozdzialu, a dobrej jakości zdjęcia ilustrują/uzupelniaja tekst. Nie wiem, czy strona formalna książki, sposób jej zredagowania to pomysl autorki czy wydawnictwa. Mnie się TO podobalo.

"Everest. Góra gór" fajnie mi się czytala.
Dobrze się ja oglda. Zawiera mnóstwo autorskich zdjęć. Stanowia dodatkowa wartość.
Przeczytalem i przeczytam sporo książek o gorach, wlazeniu na nie i mogę ja polecić każdemu, kto (a na pierwszym miejscu listy Trojki Leo Cohen - "You want it darker") lubi góry, kogo interesują dokonania polskich himalaistów, dla kogo Kukuczka i Rutkiewicz to osoby rozpoznawalne, znane.
Autorka "Everest. Góra gór" znalazła wlasny, autorski sposób na opowiedzenie swojej historii wejścia na Everest. To jest jedna z wartości tej książki. Inne jej zalety najlepiej ocenicie sami czytając 319 stron tej ciekawej moim zdaniem książki.
Myslalas(es) o wejściu na Everest?
Przeczytaj ZANIM podejmiesz wyzwanie.
Koniecznie!

piątek, 12 grudnia 2025

"Norymberga" (Nurenberg), reż. James Vanderbilt, USA, 2025, w kinach

"Norymberga" (Nurenberg), reż. James Vanderbilt, USA, 2025, w kinach

Jeśli będziecie w Centrum Handlowym, w którym jest kino, i będą się Wam rzucać w oczy ludzie robiący z ust "dziubka" (górna warga na dolną, przy jednoczesnym złożeniu ust "w ciup") to jest to niemylny znak, że mijacie się z tymi, którzy wyszli z seansu filmu "Norymberga". Taką mimiką posługuje się kreujący jedną z głównych ról Rami Malek. Jest go w filmie dużo, a mimika tak sugestywna, że  niektórym widzom ten grymas może zostać na zawsze... Chociaż dziubek sam w sobie, niczego sobie. Spróbujcie poćwiczyć :)

"Norymberga" zwłaszcza w pierwszym "oglądzie" to całkiem dobry film. Po dłuższej chwili zastanowienia nie mogę mu jednak przyznać więcej niż 5/10 (średni) w skali filmweb... 

Film, w odróżnieniu od np. łyżwiarstwa figurowego otrzymuje (na filmweb) tylko jedną notę. Nie ma oddzielnych ocen za styl, wykonanie itp. Nagradzanie poszczególnych wybranych elementów to domena nagród takich jak np. Oscar. Tutaj jest ich bez liku, ale i tak najważniejsze są dwie może trzy: najlepszy film, reżyseria, scenariusz. Jaki sposób oceny jest lepszy? Nie wiem. Na szczęście wiem co mnie uwiera w przypadku "Norymbergii".

Przyjezdna koleżnaka, mieszkająca na stale w USA Polka, po seansie jednoznacznie skomentowała film z przekąsem mówiąc: "Hollywood do bólu". I dalej, że ma po kokardę takich gładkich, zamaszystych, łatwowchodzących, szybko wypadających z głowy produkcji z taśmy fabryki snów. Że woli oglądać kino europejskie, bo wiadomo, tego made in USA ma wystarczająco dużo mieszkjąc tamże. Koleżanka miała racje. Film ma wszystko, co dobry film mieć powinien: świetną obsadę, bezbłędną reżyserię, znakomite zdjęcia (aut. zdjęć Dariusz Wolski), perfekcyjną postprodukcję, dobrą muzykę, a i sam temat także interesujący, intrygujący. 

Oglądało się go całkiem dobrze do momentu, gdy z filmowej narracji zaczęło się przebijać, że praktycznie jedynym poszkodowanym w II Wojnie Światowej narodem jest naród żydowski... Jako Polaka "mającego polskie obowiązki" zabolało mnie, że w czasie trwającego 2,5h filmu w niemieckich obozach koncentracyjnych zdaniem twórców "Norymbergii" ginęli praktycznie tylko Żydzi. O polskich i rosyjskich ofiarach niemieckiego bestialstwa wspomina się w filmie bodaj 1x. Rzeczownik "Żyd" odmieniany przez wszystkie przypadki jest najczęściej używanym słowem w filmie. Wielokrotnie mówi się o 6-ciu milionach żydowskich ofiar systemowej, niemieckiej eksterminacji zapominając, że około 50% z nich było Polakami... Co gorsza zapomina się także, że obok 3 milionów polskich Żydów Niemcy wymordowali kolejne 3 miliony etnicznych Polaków, a liczbę ofiar po stronie ZSRR szacuje się na około 27 milionów, w tym około 9 milionów ludności cywilnej...

Oglądało mi się gładko i przyjemnie, gdy dopadła mnie myśl, że ten film, w tej konwencji, w tym ujęciu niemieckich zbrodni to kolejne rozwadnianie niemieckiej odpowiedzialności, innymi słowy bezczelne wręcz fałszowanie historii. Ujęci przez aliantów niemieccy zbrodniarze to w większości fajni, sympatyczni faceci. H. Goring znakomicie grany przez Russella Crowe to kochający ojciec, zręczny negocjator, władający dobrym angielskim lekko przymulony nadmiarem używek tłuścioszek. Atrakcyjna, czuła żona, kochająca córka, listy pełne serdeczności i zero jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Prawdą jest, że dziesięciu(tylko!) zbrodniarzy powieszono (Goring uniknął stryczka), ale cała reszta, rzesze, tysiące SS-manów, dziesiątki, setki tysięcy niemieckich zbrodniarzy uszło z życiem, gdyż okazało się, że mogą być przydatni w obliczu wieszczonej, nieuchronnej konfrontacji Wschód-Zachód. Do relatywizowania niemieckiego bestialstwa przyczynił także "program" Paperclip w ramach którego do USA sprowadzono około 2 tys. niemieckich i austriackich naukowców, którzy oczywiście nie czerpali korzyści z istnienia/działania obozów koncentracyjnych i niewolniczej pracy więźniów. Nawet o nich nie wiedzieli (SIC!) (np. Wernhern von Braun)

"Norymberga" kończy się ostrzeżeniem-konkluzją, że ten poziom zezwierzęcenia (w filmie jest kilka przebitek dokumentalnych pokazujących straszną prawdę o obozach koncentracyjnych) nie jest przypisany narodowi niemieckiemu, że taka lub podobna historia może zdarzyć się wszędzie, jeśli dopuści się do upodlenia, dehumanizacji zwykle słabszej, mniej licznej grupy społecznej, którą wskaże się jako winną wszelkiego zła. 

Film, jak wynika z końcowych napisów, które dopowiadają do końca losy m.in. psychologa Douglasa Kelleya (Rami Malek) bazując na faktach nie jest filmem dokumentalnym. Brakuje w nim jednak rzetelnych, twardych danych o ofiarach zbrodni niemieckich innych niż ofiary żydowskie. Brakuje w nim istniejących w archiwach dokumentalnych zdjęć z wyzwalanych przez aliantów obozów koncentracyjnych, gdzie alianccy żołnierze-oswobodziciele na widok bezmiaru bestialstwa stawiali niemiecką obsługę pod ścianą i kosili ją seriami z broni maszynowej. Brakuje informacji, że dawano więźniom "wolną rękę" w wymierzeniu sprawiedliwości wobec tych zbrodniarzy, którzy zakładając obozowe łachy usiłowali udawać więźniów...

Ten film to czysty hollywood.

Niby jest strasznie, ale tylko troszkę, bez przesady.

Najgorsze jednak jest to, że z tego filmu, nie z autentycznych filmów dokumentalnych będą czerpać "wiedzę" miliony widzów na całym świecie.

Bo dzięki udziałowi Russella Crowe, Johna Slattery (Mad Men), Rami Raleka (Bohemian Rapsody), Michaela Shannona (451 Fahrenheit) będą go ogładać miliony.

Bo "Norymberga" zwłaszcza w pierwszym "oglądzie" to całkiem dobry film...  

PS  2025.12.19

Kolega, Malina podrzucił mi link do opinii historyka-fachowca, prof. Grzegorza Kucharczyka, na temat filmu "Norymberga". To zwięzła, 16-sto minutowa wypowiedź profesjonalisty. Warto posłuchać, wiedza nie boli :)

https://youtu.be/G0L8a3X-0pI?si=PYk_ZUZdIuC1N9CG


sobota, 2 marca 2024

"Kos", reż. Paweł Maślona, PL, 2023, film

 "Kos", reż. Paweł Maślona, PL, 2023, film

Film zdobył kilka ważnych (w Polsce) nagród, w tym Złote Lwy 2023, czyli nagrodę główną na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Może to oznaczać, że albo rzeczywiście jest tak dobry, albo, że konkurencja była słaba... Obejrzałem film wczoraj. Dając filmowi 6/10, czyli "niezły" w skali filmweb, skłaniam się ku przekonaniu o wątlej konkurencji. 

Tak jak napisano i powiedziano praktycznie we wszystkich mediach "Kos" nie jest filmem o Tadeuszu Kościuszce. Trzeba go oglądać i oceniać w kategoriach dokonania artystycznego, czyli w kategoriach sztuki filmowej. Prawdą jest, że siadając w kinowym fotelu spodziewałem się po zdobywcy Złotych Lwów więcej i jak widać z mojej oceny siła filmu nie wgniotła mnie w fotel, ba, wyszedłem z kina ciut rozczarowany. To niezły film, ale do kategorii "dobry", czyli siódemki w skali filmweb sporo mu brakuje. Pomimo tego, że film dzieje się w kilku przeplatających się planach, "Kos" trwający blisko 2h cierpi na nierówne tempo. Suspens też nie jest jego mocną stroną, co w konsekwencji powoduje znaczący spadek, no... dobrze, falowanie zainteresowania akcją filmu. Pomimo wyraźnej dbałości o szczegóły (dobre kostiumy, charakteryzacja) efekty specjalne, sceny grupowe, budzą uśmiech bliski uśmiechu politowania. Podobały mi się natomiast aktorskie dokonania Roberta Więckiewicza (gra rosyjskiego oficera Dunina) oraz Łukasza Simlata (świetna w moim przekonaniu rola szlachcica Wąsowskiego). Te dwie postaci, ze wskazaniem na R. Więckiewicza "robią" ponad 50% filmu. Dla nich i dla przyczyn o których niżej, warto jest zobaczyć "Kosa".

Oczywiście nie mogę się nie  odnieść do wielu głosów krytycznych mówiących o kpinie z polskiej historii, o poprawności filmu zrobionego według progresywnych, lewackich standardów. Otóż można, jeśli ktoś ma taką wolę kpić i krytykować udział czarnoskórego aktora (przyjaciel/adiutant T. Kościuszki przywieziony z ledwo co ukonstytuowanych Stanów Zjednoczonych), zarzucać autorom "Kosa" fałszowanie(?) historii i obalanie pomników. Można jednak obejrzeć film bez tych emocji i próbować ocenić go w kategoriach czysto filmowych. Jest rzeczą oczywistą, że film w pewnym stopniu wpisuje się w popularny ostatnio trend czegoś co można nazwać "chłopomanią". Wystarczy chociażby przywołać dość głośne tytuły książek: "Chamstwo" (2022) i "Chłopki. Opowieść o naszych babkach" (2023, 300 tys. sprzedanych egz.!), gdzie gdzieś, w oddali pobrzmiewa przybyła zza oceanu kultura woke, czyli refleksja o tragicznym losie nizin społecznych, którymi u nas byli chłopi pańszczyźniani, a za wielka wodą czarni niewolnicy. Jakiś czas temu przeczytałem "Chamstwo". Lektura godzi w mit miodem i mlekiem płynącej Polski szlacheckiej, który każdy z nas (mam taką wiarę:)) zna z sienkiewiczowskiej "Trylogii". Jaka jest prawda o polskim stanie szlacheckim, jego stosunku do pańszczyźnianych chłopów, woli do bicia się za Rzeczpospolitą? Przypominam, że "Trylogia" to cykl napisany z tezą, którą H. Sienkiewicz jasno określił na ostatniej stronie "Pana Wołodyjowskiego": "Na tym kończy się ten szereg książek pisanych w ciągu kilku lat i w niemałym trudzie - dla pokrzepienia serc". "Kos" podśmiewa się ze szlachty stawiającej się na wezwanie T. Kościuszki z bronią pamiętającą potop szwedzki i z wiarą, że: "Święta Panienka poprowadzi i osłoni", wszak "szlachta na koń siędzie i jakoś to będzie" . W "Kosie" szlachta traktuje chłopów jak swoja własność, a razy zadane kijem karbowego zostawiają takie same blizny na chłopskich plecach jak te zadane biczem nadzorcy plantacji bawełny na plecach czarnego adiutanta T. Kościuszki. Nie widzę tutaj żadnych nadużyć ze strony twórców filmu. Troszkę drażniły mnie buńczuczne tyrady rotmistrza Dunina (R. Więckiewicz) pouczającego Polaków, kąpiącego, że u nas "Bóg, honor, ojczyzna", gdzie honor jest przed ojczyzną wobec czego sami sobie robimy w kraju bajzel (dosłowny cytat), a potem prosimy matuszkę Rosiję o pomoc (Konfederacja targowicka 1792), bo sami sobie nie radzimy... Pomyślałem jednak, że można to odczytać także jak odniesienie do sytuacji bieżącej, bałaganu, który mamy teraz, szukania pomocy w Unii... Urszula Katarzyną II? :)

Oj! Chyba mnie wyniosło na ostatniej bandzie :) Wracam do filmu. Myślę sobie, że brakuje nam umiejętności krytycznego spojrzenia na nas samych, w tym na naszą historię, kulturę, rzeczywistość. "Kos" zawiera także elementy humoru zawartego w ścieżce dialogowej oraz prowokowanego sytuacją. Ale... Czy już umiemy się śmiać sami z siebie, z naszych narodowych przywar? Czy możliwe jest powstanie w Polsce odpowiednika "Latającego cyrku Monty Pythona" i nakręcenie filmu "Jabberwocky" - kwintesencji angielskiego humoru kpiącego do bólu zębów z Brytyjczyków i Brytyjskości, którego autorami są stuprocentowi Angole?

"Kos" nie jest i nie był pomyślany jako komedia. Stawia pytania, wyraża wątpliwości, daje do myślenia. Pomimo, że w mojej ocenie jest tylko "niezły" to zachęcam do jego obejrzenia. Warto jest mieć, jak zawsze, własne zdanie :)