Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Życie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Życie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 października 2021

"Wszystko za życie" (Into the Wild), aut. Jon Krakauer, 1996, książka

"Wszystko za życie" (Into the Wild), aut. Jon Krakauer, 1996, książka 

Nie wątpię, że wszyscy, lub prawie wszyscy widzieli film "Wszystko za życie" (2007) :) Ci zaś,  nieliczni, którym ten film umknął są do pewnego stopnia szczęściarzami. Czeka na nich kino, które jest moim zdaniem znakomite. Na pozór jest to typowy, amerykański "film drogi" traktujący o szukaniu własnego sposobu na życie ujętego w zgrabną, popularną receptę: "Nie dajesz rady. Jedź w Bieszczady". W rzeczywistości to epicka opowieść o próbie realizacji marzeń, o wyborze własnej drogi do szczęścia. O jakości filmu stanowią: świetni aktorzy, osoba reżysera i scenarzysty w jednym, którym jest Sean Penn, pełne przestrzeni zdjęcia, muzyka z głównym motywem "Society" w wykonaniu lidera Pearl Jam - Eddiego Veddera oraz oczywiście scenariusz, który powstał na podstawie książki Jona Krakauera. Książka podobnie jak film funkcjonuje na naszym rynku pod tytułem "Wszystko za życie" chociaż angielski tytuł to "Into the wild". 

Film widziałem dość dawno temu w TV. Potem, ilekroć natknąłem się na niego na którymś z kanałów TV, wielokrotnie oglądałem przynajmniej jego fragmenty. Aż do teraz odkładałem lekturę książki. Film jest na tyle dobry, że nie miałem woli konfrontacji książkowego pierwowzoru z filmowym wcieleniem "Wszystko za życie". Jednak kupując książkę "Nomadland" (właśnie czytam) niejako przy okazji kupiłem także "Wszystko za życie".

Nie rozczarowałem się. To dobra, ciekawa lektura. Nic dziwnego, że stała się inspiracją do powstania filmu. Książka, co naturalne, jest bardziej niż film dociekliwa i dokładna w podążaniu tropem Chrisa McCandless'a. Autor książki szuka motywów, które stały za decyzją bohatera książki o ruszeniu na Alaskę, tragicznej w rezultacie próbie życia w zgodzie ze swoimi przekonaniami, w harmonii z przyrodą. Jon Krakauer, który także zmagał się z naturą rozumie sposób myślenia młodego człowieka, który decyduje się żyć zgodnie ze swoim światopoglądem. Książka tłumaczy skąd wziął się w alaskańskiej głuszy szkolny autobus - schronienie i miejsce zgonu Chrisa McCandless'a. Książka prowadzi przez drobiazgowe śledztwo autora na temat przyczyn śmierci bohatera-samotnika, szczegółowo wyjaśnia jaki błąd doprowadził do jego zgonu. Jest także otwartą polemiką zaprzeczającą opiniom, że Chris był jednym z oszołomów, którzy postanowili zasmakować życia w dziczy, lub zagubionym młodziakiem kierowanym myślami o autodestrukcji. W sposób oczywisty Chris nie był także wypalonym korpo-trybikiem (nie zaczął nawet pracować) szukającym ukojenia na łonie natury.

Każdy rozdział zaczyna się cytatami z książek, które zabrał ze sobą Chris, lub fragmentami artykułów, publikacji będącymi wyborem autora. Miałem z nimi problem. Cytowane fragmenty mają za zadanie poszerzenie kontekstu motywacji Chrisa. Mają czytelnikowi ułatwić rozumienie jego wyborów, decyzji. Ale... Gdy owe cytaty są zaznaczonymi przez Chrisa fragmentami z książek-lektur, które zabrał ze sobą (wziął do plecaka bodaj 9 książek), tak długo ich zamieszczenie w formie wstępu do rozdziału ma moim zdaniem sens. Kiedy zaś rozdziałowe intro jest wyborem autora, przebijanie się przez obszerne fragmenty egzystencjalnych rozterek autorstwa różnych pisarzy/publicystów zaczęło mnie nużyć. Może także dlatego, że są wydrukowane mniejszą czcionką niż reszta tekstu, a może właśnie dlatego, że są wyborem autora książki. Bardzo możliwe jest także to, że zwyczajnie się czepiam :) Ostatecznie, książka nie jest suchym reportażem, ale fabularyzowanym, ujętym w powieściową formę sprawozdaniem ze śledztwa przeprowadzonego przez jej autora. W każdym razie drażniło mnie przebijanie się przez te czasami bardzo obszerne wstępy gdyż opóżniało lekturę, a w rezultacie odwlekało dotarcie do prawdy o przyczynie śmierci Chrisa McCandless'a. 

Książka, opowiedziana w niej historia Chrisa McCandless'a nie jest tak jak film potoczysta, uwodzicielska, gładka i atrakcyjna. Bazujący na niej film jest w dużym stopniu rodzajem emanacji własnej wizji, wyobrażeń i fantazji autora scenariusza pobudzonej autentyczną historią. W moim przekonaniu warto jest przeczytać książkę chociażby dlatego, żeby lepiej zrozumieć motywy, sposób myślenia jej bohatera. I oczywiście także dlatego, żeby się dowiedzieć skąd wziął się w głuszy ten zagdkowy, szkolny autobus, który jak ufo objawił się niczym dar z niebios wędrowcowi w chwili, kiedy ten potrzebował schronienia. Ta zagadka nurtowała mnie od pierwszego obejrzenia filmu. Teraz, dzięki wyjaśnieniu zawartemu w książce mogę przestać myśleć na ten temat! :)

piątek, 29 stycznia 2021

"Komeda. Osobiste życie jazzu", aut. Magdalena Grzebałkowska, 2018, książka

 "Komeda. Osobiste życie jazzu", aut. Magdalena Grzebałkowska, 2018, książka

"Krzyś Komeda grał w malej kamienistej piwniczce trochę skulony, z czupryną świecącą jak lampka nocna. Ludzi było jeszcze niewielu, ale do pianina tuliły się trzy-cztery zaczadzone muzyką, niedokochane dziewczyny... Właściwie jedna tuliła się, a reszta zawisła wiernopoddańczo, jak palta niedbale porzucone na krzesłach. (...) patrzyły na ręce Komedy. Dobrze było patrzeć na jego ręce. Nie gnały w oszałamiających pochodach, gdzieś daleko, hen, w dół czy górę klawiatury! Przeciwnie; to były ręce opowiadające małe, kameralne historie o niebie dla dwojga osób". - Agnieszka Osiecka o Komedzie w Hybrydach.

Zaczynam posta cytatem z "Komeda. Osobiste życie jazzu". Podoba mi sie i dziala na wyobraznie to co napisala A. Osiecka. Podoba mi sie takze cala ksiazka Magdaleny Grzebałkowskiej. Taki wlasnie obraz Krzysztofa Komedy, jego muzyki wylania sie z jej ksiazki. Delikatnego, troche nawiedzonego introwertyka gotowego dla muzyki poswiecic wiele, moze nawet wszystko. Wszyscy, doslownie wszyscy mowia o K. Komedzie - czlowieku dobrze i bardzo dobrze. Podobnie wyrazaja sie o jego muzyce. Wielu mowi, ze byla trudna, ze wyprzedzala swoj czas, ze dla wielu byla niezrozumiala, ale wszyscy, jednoglosnie pozytywywnie. (Wypowiedz A. Osieckiej cytowana przez Magdalene Grzebałkowska pochodzi z filmu "Czas Komedy" (1994) dostepnego na YT (TU). [Warto zobaczyc ten film. O Komedzie mowi wiele znanych osob. Filmow o Komedzie na YT jest wiecej].) Lektura tej ksiazki to oczywiscie efekt "wpadniecia" w te epoke spowodowany w pewnym stopniu serialem "Osiecka" z TVP (im dalej tym nizsza moja ocena serialu), ale przede wszystkim to potrzeba-rykoszet po przeczytaniu "Niech żyje bal" Maryli Rodowicz (TU). To takze swego rodzaju koniecznosc po lekturze "Nietakty. Mój czas mój jazz" autorstwa zony K. Komedy, Zofii Komedowej Trzcińskiej (TU). 

"Komeda. Osobiste życie jazzu" bardzo mi sie podobala. Solidna, profesjonalna robota zawodowej reporterki, autorki innych biografii. M. Grzebałkowska włożyła sporo wysilku docierajac do wielu osob majacych kontakt z K. Komedą. Dzieki temu dowiadujemy sie m.in. o innej niz obiegowa, wersji wypadku w wyniku ktorego zmarl K. Komeda. Jej autorem jest Andrzej Krakowski, ktory uczestniczyl w feralnej, zakonczonej upadkiem K. Komedy imprezie. Autorka biografii wlozyla duzo pracy, aby przeniesc czytelnika w tamten czas. Jest w ksiazce mnostwo, takze zabawnych smaczkow oddajacych klimat przelomu lat 50/60. Znakomita jest opowiastka o zabraniu Jerzemu Gruzie zatyczki od dmuchanego krokodyla przez zolnierza WOP (Wojska Ochrony Pogranicza). Cytat z dziennikow Marii Dąbrowskiej o cichym przyzwoleniu na robinie skrobanek po V Światowym Festiwalu Młodzieży (1955), chociaz ponury w wyrazie, ustawia w pewnym stopniu sposob patrzenia na tamte czasy. Życie tu i teraz, morze alkoholu, znaczna swoboda seksulana w obliczu nieuchronnej, czajacej sie tuz za progiem III Wojny były normą w calej Europie. To wszystko, cale to tlo jest niezbedne do zrozumienia jak wielką rewolucją byl wowczas jazz, co ta muzyka znaczyla dla owczesnej mlodziezy. Warto pamietac, ze to wlasnie wtedy (1958) powstal na podstawie powiesci Jerzego Andrzejewskiego "Popiół i diament" Andrzeja Wajdy, film, ktory portretowal rozdarcie mlodych ludzi ucielesnianie przez osobe Maćka Chełmickiego granego przez Zbigniewa Cybulskiego. To wlasnie wtedy (1958) bedac juz znanym w srodowisku muzycznym liderem "Sekstetu Komedy" K. Komeda pisze muzyke do "Dwaj ludzie z szafą" Romana Polańskiego. Niedlugo potem, piszac muzyke do filmu A. Wajdy "Niewinni Czarodzieje" (1960) definiuje swoje kompozytorskie credo: "Jestem przeciwnikiem naduzywania muzyki filmowej. Uwazam, ze powinna byc ona tylko tam, gdzie jest naprawde konieczna, i raczej powinno byc jej za malo niz za duzo". Na tej samej stronie ksiażki "Komeda. Osobiste życie jazzu" pada także: "W filmie wychodze poza jazz. To odejscie bedzie czyms nowym w mojej dzialanosci kompozytorskiej". Tak natomiast widzi osobe K. Komedy pianisty-kompozytora znakomity pianista Adam Makowicz mowiac: "Jego działką byla koncepcja muzyczna, a nie opanowanie instrumentu. Byla w nim pasja tworcza". W ten wlasnie sposob, z lekko rzuconych zdan, z roznych opinii Magadalena Grzebałkowska umiejetnie wydobywa dla nas postac Krzysztofa Komedy. Jesli jeszcze dodamy do tego obrazu wypowiedz Agnieszki Osieckiej, ktora byla przeciez czescia tego srodowiska (K. Komeda, w gipsie [narty] byl swiadkiem na slubie Osiecka-Frykowski): "Między tym srodowiskiem, w ktorym ja tkwilam, czyli srodowiskiem teatrow studenckich i mlodziezowej prasy, a srodowiskiem jazzowym byla swoista szklana sciana. Gruba szklana sciana. Jazzmeni, ktorzy pierwszy czy drugi raz przyszli do STS-u, musieli uwazac nas za rozszalych synkow i corki Majakowskiego, a ja, kiedy pierwszy raz i drugi posluchalam jazzu, popatrzylam na ich milczace, blade twarze, czarne swetry, to sobie pomyslalam, ze oni po prostu sa nudni", to mamy prawdziwy, wlasciwy obraz tego czym wowczas byl jazz, kim byli ludzie, ktorzy go tworzyli. Tych "cytatowych" smaczkow jest w ksiazce cale mnostwo. One buduja klimat, pozwalaja "zblizyc sie" do osoby Krzysztofa Komedy. Swietny jest fragment o sposobie pracy nad muzyka do filmow J. Skolimowskiego, nie mniej ciekawa jest informacja, ze K. Komeda byl na koncercie J. Hendrixa (Szwecja) oraz to kim byla dla K. Komedy odsądzana od czci i wiary przez Zofie Komedowa izraelska aktorka Elana Eden, a opowiesc o powstaniu slynnej ballady do "Prawo i pięść" to niezly temat na humoreske. 

Ksiazka mowi o fenomenie tamtych czasow. Nastapil wowoczas wysyp tworcow reprezentujacych rozne dziedziny sztuki. Cos tak spektakularnego nie mialo chyba miejsca nigdy wczesniej, z pewnoscia nigdy potem. Historia Krzysztofa Komedy to znakomity scenariusz na duzy, interesujacy film z potencjalem na rynkowy hit. Jako reżysera widze  Pawła Pawlikowskiego (bo "Ida" i "Zimna woja") lub Borysa Lankosza (bo "Rewers"). Poza opanowana sztuka rezyserii ci panowie maja takze umiejetnosc doboru operatorow, ktorzy zgrabnie, z wlasciwym samkiem posluguja sie czernia i bielą. A muzyka? Oczywiscie Włodek Pawlik. Zarowno we wlasnych kompozycjach jak i wykonaniach tego co stworzyl Komeda (posluchajcie sciezki do "Rewersu"). No, ale...                  Filmu byc moze nigdy sie nie doczekamy, ksiazka natomiast jest:) Bardzo mi się podobała! 

piątek, 19 listopada 2021

"Chopin. Życie i droga twórcza", aut. Tadeusz A. Zieliński, 1998, książka

 "Chopin. Życie i droga twórcza", aut. Tadeusz A. Zieliński, 1998, książka


Lektura tej książki to oczywiście efekt tegorocznego Konkursu Chopinowskiego. Dawka muzyki, przekazów medialnych była chyba większa niż przy okazji poprzednich jego edycji. Wydaje mi się, że nigdy wcześniej nie słyszałem tylu bezpośrednich doniesień, tak licznych relacji i transmisji na żywo zawłaszcza w TV. Jednak bezpośrednią przyczyną, która kazała mi sięgnąć po tę książkę była wymiana opinii z pilnie śledzącą Konkurs koleżanką, kiedy to, niefortunnie, poddałem pod wątpliwość wirtuozerskie umiejętności Fryderyka Chopina. Skąd mi się TO wzięło? Nie mam pojęcia. Pewnie podrzucił mi to rosyjski troll zatrudniony przez cara Mikołaja I-szego:) Reakcja dobrze osłuchanej klasyką koleżanki była wyważoną sugestią sprawdzenia tego co o Szopku piszą w necie. No tak! Był wirtuozem! Wirtuozem fortepianu (grał także na organach), którego sława szła w parze z jego kompozytorskim geniuszem! Zadumałem się nad swoją niewiedzą. Efektem było przeszukanie zasobów lokalnej biblioteki i pożyczenie tej książki...

"Chopin. Życie i droga twórcza" jest poważną, solidną biografią poszerzoną o dogłębne studium dokonań muzycznych Chopina połączone z drukiem istotnych fragmentów partytur. Pierwszy książkowy "rozbiór" kompozycji Fryderyka uświadomił mi, że te fragmenty, ich fachowość wykracza tak dalece poza moją zerową wiedzę muzyczną, że mogę je z powodzeniem pominiąć. Jeśli bowiem czytamy, że: "[..]Temat Ronda oparty jest na częstej w polskim folklorze skali lidyjskiej (podwyższona kwarta - h) i pozbawiony dźwięku prowadzącego [...] W harominizacji tematu brak jest klasycznej dominanty: trójdźwiękowi F-dur przeciwstawione są inne akordy, w tym zgoła nietradycyjny, ostry dysonans f-b-c-a w 6 - 8 takcie [...]" to jasno oznacza, że lekturę książki powinienem zacząć od studiów muzycznych. Te zaś nie są dla mnie. Gdy usiłowałem mruczeć kołysanki moim synom-niemowlakom, oni z obłędem w oku wypluwali smoka, mówili żebym dał sobie spokój... Rezygnacja ze studiów muzycznych wraz z pominiętymi "rozbiorami" kompozycji przełożyły się także na dość sprawne uporanie się z książką liczącą bez "Komentarzy" 623 str.

"Chopin. Życie i droga twórcza" poza historią życia i dokonań Fryderyka Chopina jest także powtórką z historii, zwłaszcza historii Polski. Chopin żył w niełatwym dla Polski czasie. Sprawdził się nie tylko jako wirtuoz, genialny, nowatorski kompozytor, ale jako Polak-Patriota, sercem (dosłownie; serce Chopina zgodnie z jego dyspozycją  zawiozła do kraju jego siostra) i duszą oddany Polsce. Chopin wbrew propagandzie części dzisiejszej sceny politycznej nie był uchodźcą. Wyjechał mając 20-ścia lat z Polski do Austrii na około miesiąc przed wybuchem powstania listopadowego (1830). Był poddanym cara. Podróżował z ważnym rosyjskim paszportem. Z Wiednia, przez Paryż miał pojechać do Londynu, a plan wyjazdu/pobytu musiał uzgodnić z ambasadą rosyjską w Wiedniu. Został we Francji przez kolejne 17 lat, by u schyłku życia pojechać do Anglii (kobiety, kobiety...) skąd wrócił do Paryża gdzie zmarł  17 października 1849 roku. W trakcie pobytu we Francji, gdy jego sława stała się powszechna w całej Europie, za pośrednictwem rosyjskiego ambasadora, hrabiego Pozzo di Borgo  otrzymał propozycję mianowania "pierwszym pianistą nadwornym carskim" na dworze cara Mikołaja I. Propozycji towarzyszyło zapewnienie, że wobec wyjazdu Chopina PRZED wybuchem Postania Listopadowego Chopin nie jest uważany za politycznego emigranta, a samowolny pobyt w Paryżu bez ważnego paszportu będzie mu, w carskiej łaskawości, darowany. Odpowiedź Fryderyka wprowadziła ambasadora w osłupienie. Chopin odrzucił propozycję jednoznacznie oświadczając, że rzeczywiście nie brał udziału w Powstaniu, ale sercem był po stronie Powstańców życząc im zwycięstwa, a obecnie dzieląc z innymi Polakami narodową żałobę uważa się za emigranta.

Postawa Chopina miała wymiar nie tylko symboliczny, ale także przyziemny - materialny. Ewentualna posada u cara uwalniałaby Chopina od wszelkich problemów finansowych z ktorymi borykał się przez całe życie. Funkcjonowanie na odpowiednim poziomie stosownym do jego pozycji nie było tanie. Dość powiedzieć, że wynajęcie właściwego dla jego pracy apartamentu w Paryżu to koszt w przeliczeniu około 6 tys. EUR/m-c (informacja z serialu "Paryż. Śladami Chopina. vod.TV). W okresie prosperity Chopin zarabiał bardzo dobrze, ale także mnóstwo wydawał, a do oszczędnych nie należał. Do tego unikał świetnie płatnych, publicznych koncertów dla dużej ilości odbiorców. Wiedział, że zarówno instrument na którym grał (Pleyel) oraz jego słabe uderzenie w klawisze nie sprawdzają się w dużych salach, gdzie jego muzyka brzmiała zbyt cicho. Wolał grać w salonach dla mniejszego audytorium, a w pewnym momencie porzucił wirtuozerskie występy na rzecz komponowania. Jednak, co warto zaznaczyć NIGDY nie odmawiał dawania koncertów charytatywnych zwłaszcza na rzecz polskich środowisk emigracyjnych (ostatni publiczny koncert w listopadzie 1848 odbył się w Londynie na rzecz Towarzystwa Przyjaciół Polaków). Był patriotą związanym z obozem księcia Adama Czartoryskiego (Hotel Lambert), gdzie znał praktycznie wszystkich. Swój patriotyzm, polskość zaznaczał zawsze i wszędzie. To Robert Schumann jest autorem pamiętnej opinii, że „Gdyby potężny samodzierżca z Północy wiedział, jak groźny przeciwnik czai się w dziełach Chopina, w prostych melodiach jego mazurków, zabroniłby tej muzyki. Dzieła Chopina to armaty ukryte w kwiatach.” Myślę, że wszyscy pamiętamy te "armaty" ze szkoły, ale warto je przypomnieć. Myślę także, że dość ważne dla widzenia patriotyzmu Chopina we właściwym, zdrowym wymiarze jest fakt odrzucenia przez niego modnej w kręgach emigracji idei "polskiego mesjanizmu", której autorem i piewcą był niejaki Andrzej Towiański. Chopin uważał ideę Polski jako "mesjasza narodów" za swoisty obłęd, nawet pomimo tego, że bliski mu A. Mickiewicz nadawał temu pewne znaczenie w niektórych utworach.

"Chopin. Życie i droga twórcza" to także Chopin prywatnie, a wśród nich liczne kobiety do których wzdychał, które kochał. Książka nie pomija także pań, które zostawiały Szopkowi "pamiątki" uniemożliwiające mu, przez jakiś czas kontakty z kolejnymi paniami... Autor biografii dostarcza tę wiedzę w sposób wyważony. Wszystko co pisze wsparte jest wiedzą faktograficzną bazującą w dużej mierze na obfitej korespondencji, która zachowała się do naszych czasów. Liczne fragmenty listów cytowane w książce to także często perełki epistolografii. Warto się w nie zagłębić. Jest tam zarówno historia niedoszłej narzeczonej - Marii Wodzińskiej, jak i, oczywiście(!) George Sand. Temat tej relacji, który był przedmiotem sztuk teatralnych, filmów, książek jest potraktowany obszernie i poważnie. Miałem jednak wrażenie, że starsza od Chopina Francuzka (gdy się poznali on - 28 lat, ona - 34) nie zaskarbiła sobie sympatii autora książki. Może słusznie. Niefortunny wyjazd na Majorkę był jej pomysłem. Ona opuściła naszego Szopka, a o detalach, atmosferze narastających niesnasek w Nohant - majątku George Sand, można się dowiedzieć także, chociaż to literacka fikcja, ze sztuki Jarosława Iwaszkiewicza "Lato w Nohant" (co najmniej dwie inscenizacje dostępne na vod.TV).

Czytając książkę, pisząc tego posta słucham net-radia "Konkursy Chopinowskie" na zmianę z "Radiem Chopin".  Troszkę się Szopek nakomponował! Na temat geniuszu kompozytorskiego, cech, zalet muzyki Chopina, jego niebywałej muzycznej płodności napisano wiele. Mniejsza jest (w moim odbiorze) wiedza na temat jego fortepianowej wirtuozerii, szacunku dla klasycznych dzieł Beethovena, Bacha, uwielbienia dla muzyki Mozarta, gdzie szczególne miejsce w sercu Chopina miało Requiem. Jednak po przeczytaniu "Chopin. Życie i droga twórcza" zaimponowały mi NIE muzyczne dokonania Fryderyka Chopina, ale jego głęboki patriotyzm. Nie zamierzam się wysilać, aby ująć w swoje słowa to co dawno, z niebywałą measterią po śmierci Fryderyka napisał Norwid w "Dzienniku Polskim" (1849.10.25):

„Rodem warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel, Fryderyk Chopin zeszedł z tego świata. Choroba piersiowa przyspieszyła śmierć za wczesną artysty w trzydziestym dziewiątym roku życia – dnia siedemnastego, miesiąca bieżącego.

Umiał on najtrudniejsze sztuki zadanie rozwiązywać z tajemniczą biegłością – umiał bowiem zbierać kwiaty polne, rosy z nich, ani puchu nie otrząsając najlżejszego. I umiał je w gwiazdy, w meteory, że nie powiem: w komety, całej świecącej Europie, ideału sztuką przepromieniać.

Przezeń ludu polskiego porozrzucane łzy po polach w dyademie ludzkości się zebrały na dyament piękna, kryształami harmonii osobliwej.

To jest – co największego sztukmistrz może uczynić, i to uczynił Fryderyk Chopin.

Cały prawie żywot (bo część główną) poza krajem spędził dla kraju.

To jest, co największego dopiąć może wychodziec, i tego Fryderyk Chopin dopiął.

Wszędzie jest – bo w Ojczyzny duchu mądrze przestawał – i w Ojczyźnie spoczął, bo jest wszędzie. Kochanowski skarżył czasu swego: «Tymoteusza, sławnego muzyka ateńskiego, nie wygnano, jedno iż był jedną strunę do swego instrumentu przyczynił: ale za naszego wieku nie jedną, ale dziewięć strun do lutnie przydano: a pieśni dzisiejsze tak daleko są różne od Bogarodzice, jako i obyczaje od Statutu. Taka to odmiana w muzyce czyni odmianę w Rzeczypospolitej...»

Kochanowski w Sobótkach pierwszy ludu poezyę uczonemu światu uwidomił – w muzyce Chopin toż uczynił”.

czwartek, 22 lipca 2021

"Matryca. Jak DNA programuje nasze życie?" (Blueprint: How DNA makes us who we are), aut. Robert Plomin, USA, 2018, PL 2020, książka

 "Matryca. Jak DNA programuje nasze życie?" (Blueprint: How DNA makes us who we are), aut. Robert Plomin, USA, 2018, PL 2020, książka


Znalazłem tę książkę w swojej lokalnej bibliotece. Stąd wiem ile czasu zajęło mi przeczytanie 352 stron - jeden miesiąc! Równolegle czytam inną książkę, ale to nie jest powód dla którego lektura "Matrycy..." trwała tak długo. Zasadniczą przyczyną jest znaczny stopień złożoności problematyki, która zajmuję się autor. On - urodzony w 1948 roku amerykański psycholog znany w swoim środowisku z badań nad bliźniętami oraz zgłębianiem tego co określa się mianem "genetyki zachowania", ma całą tę wiedzę w małym palcu, ja nie:) Jak zwykle przy okazji takich lektur konieczny jest wysoki stopień koncentracji, czyli cisza, spokój, wolna od myśli głowa, a o to nie jest łatwo. Stąd tak długi czas jaki musiałem poświęcić na lekturę f a s c y n u j ą c e j  "Matrycy...", która jest jedną z tych książek, które traktują o poszerzaniu, przesuwaniu granic wiedzy. Było warto:)

Przyczyna dla której sięgnąłem po tę książkę ma swoje miejsce w widzianym kilka lat temu dokumencie dotyczącym badań prowadzonych przez nowozelandzki ośrodek akademicki w Otago w Dunedin School of Medicine dotyczących m.in. związków wpływu środowiska na rozwój jednostki. Badania były i są prowadzone od wielu lat na dużej próbie badanych. Jest na ten temat sporo w necie (np. TU), a wpisując w przeglądarkę hasło "Dunedin study" można z łatwością trafić na mnóóóóóstwo informacji, które sprowadzają się praktycznie do jednego wniosku - środowisko, nawyki wykształcone w dzieciństwie determinują nasze dorosłe życie w kolosalnym stopniu.

"Matryca..." jednak, już w tytule mówi, może tylko sugeruje coś innego: to DNA czyni nas tymi, którymi jesteśmy... 

Autor "Matrycy..." Robert Polmin jest psychologiem. Upraszczając, punktem wyjścia jego badań i tematu tej książki były poszukiwania w kierunku inteligencja a środowisko versus dziedziczność. Stąd szerokie i dogłębne  badania nad bliźniętami które dały mu sławę i wysoką rozpoznawalność w środowisku naukowym. Te i inne badania doprowadziły go do wniosku, że genetyka odpowiada "za połowę wartości korelacji między właściwościami środowiska a cechami psychicznymi". Idąc dalej autor dowodzi, że to nic innego jak nasze DNA powoduję, ze w jakimś stopniu mamy wpływ na dobór środowiska, które nie jest tym, co jak sądzono przytrafia się nam bez naszej wiedzy i woli, na co jesteśmy skazani. Czyli "wykorzystujemy środowisko, żeby dostać to czego pragnie nasza matryca DNA". Wnioski zwalające z nóg! Do tego będące w opozycji do wyników badań Dunedin, gdzie determinizm środowiskowy był podnoszony do roli zasadniczego "kompasu" wdrukowanego w nasz  rozwój.

DNA to wiedza stosunkowo świeża. Odkrycie struktury słynnej helisy to rok 1953 (Nobel w 1962 dla J. Watsona i F. Circka) natomiast pełne odczytanie ludzkiego genomu datuje się na rok 2003. Dzisiaj za stosunkowo niewielkie pieniądze, na podstawie badań DNA możemy ustalić np. ojcostwo, podatność na jednogenowe choroby genetyczne, a dzięki metodzie CRISPR/CaS9 wyeliminować wadliwy/zmutowany gen zastępując go innym, właściwym (np. przykład z książki - fenyloketonuria, gdzie enzym odpowiedzialny za rozkład fenyloalainy nie działa właściwie powodując gromadzenie się niezmetabolizowanej fenyloalaniny, co w konsekwencji prowadzi do ciężkiego uszkodzenia mózgu; zagrożenie można wyeliminować/złagodzić także właściwą dietą). 

No, ale jak jest z tą inteligencją, ew. z zagrożeniami chorobami psychicznymi. Czy jest jeden gen, który odpowiada np. za wysokie IQ, lub zachorowalność na schizofrenię, depresję? Według dzisiejszego stanu wiedzy, nie. Natomiast porównawcze badania poligeniczne mówią, że np. inteligencja jest "zaszyta" w dziesiątkach tysięcy różnych genów. Dobrą wiadomością jest to, że opisują one to co JEST (bo nie mamy wpływu na nasze DNA), nie to, co MOŻE się stać, czyli mówią o prawdopodobieństwie, nie konieczności. 

Po więcej informacji, w tym np. dlaczego zdaniem autora na serwisach randkowych będziemy udostępniać swoje DNA, jak będzie się zmieniać system kwalifikacji na studia, czy podział społeczeństwa ze względu na dziedziczone cechy jest możliwy, odsyłam do "Matrycy...". Książka zawiera także przewidywania autora dotyczące dalszego rozwoju badań nad DNA i ich wpływie na naszą cywilizację. Cała nadzieja, że według stanu wiedzy na dziś wyniki badań poligenicznych są probabilistyczne, nie deterministyczne. W innym przypadku nie pozostałoby nic innego jak zbadać swoje DNA, a potem w zależności od wyników, wierząc w nieuchronną sprawczość tego co w genach, leżąc na kanapie z pilotem w dłoni, czekać co przyniesie los :)

piątek, 20 listopada 2020

"Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego" (Struggle: The Life and Lost Art of Szukalski), reż Ireneusz Dobrowolski, USA, 2018, film dokumentalny, Netflix

 "Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego" (Struggle: The Life and Lost Art of Szukalski), reż Ireneusz Dobrowolski, USA, 2018, film dokumentalny, Netflix


Czwartek wieczór. Deszcz, zamiast roweru - łódeczka. Tym razem, dla odmiany, w miejsce filmu o banksterach (na nich jeszcze przyjdzie czas) cos o sztuce, artyscie, do tego polskim - Stanisławie Szukalskim.

Wreszcie artysta - mężczyna! Ostatnio przeczytalem kilka biografii: Olga Boznańska, Mela Muter, Tamara Łempicka (nie dzielilem sie jeszcze na blogu swoja opinia o tych ksiażkach), a wczesniej Zofia Stryjeńska (TU). Nietrudno zauwazyc, ze byly to artystki-kobiety, malarki, a tu prosze! Nie dosc ze artysta-facet, to jeszcze rzeźbiarz, i to jaki! Wypowiadajacy sie w filmie artysci pozycjonuja Stanisława Szuklaskiego pomiedzy Michałem Aniołem a Rodinem, w wiekszosci uwazajac go za geniusza, byc moze najwiekszego rzezbiarza naszych czasow (1893-1987). Z przykroscia przyznaje, ze nigdy wczesnej nie slyszalem o Stanisławie Szukalskim. Z radoscia stwierdzam, ze dzieki objerzeniu filmu obszar mojej ignorancji jest mniejszy, a ja bogatszy o wiedze na temat artysty kontrowersyjnego, ktorego sztuka i poglady budzily i nadal budza mnostwo emocji. Stanisław Szukalski byl glownie rzeźbiarzem, ale parał sie takze scenografia, architektura i malarstwem. Byl takze filozofem kreujacym sie na guru nowej sztuki wyrazajacej nowa rzeczywistosc, krytykujacym dokonania i wartosc owczesnych kierunkow i konwencji toworzenia. Negował potrzebe istnienia Akademii Sztuki, gdzie proces edukacji niszczyl jego zdaniem indywidulalizm i geniusz tworcow. Jednym slowem nieźle zakręcony artysta, który dostał (1937?)  zlecnie na wykonanie posągow Hitlera i Goringa. Zainkasowal zaliczke, wyslal wstepne szkice, gdzie postac Hitlera uosabiala stojaca na palcach, w krotkiej sukience, baletnica z hitlerowska grzywka i wąsem... Kancelaria III Rzeszy odeslala projekt z uprzejma informacja, ze raczej z niego nie skorzysta... 

Film jest bardzo ciekawy. Dobra, solidna robota (8/10). Z jednej strony intrygujaca postac i zycie Stanisława Szukalskiego, z drugiej zas strony pasjonujacy proces ponownego "odkrywania" osoby i dokonan S. Szukalskiego przez nowofalowych, amerykanskich tworcow komiksow. Film zgrabnie laczy watek biograficzny z dokumentalnymi wypowiedziami artysty uwiecznionymi na tasmie filmowej. Zawiera opinie, wypowiedzi wielu ludzi, ktorzy mieli konatkt ze Stanisławem Szukalskim. Nie zawsze sa to opinie pozytywne. Sa tacy, ktorzy uwazali go za niebezpiecznego dewianta, a George DiCaprio mowi o glebokim rozczarowaniu osoba Artysty, co nie zmienia faktu, ze producentem filmu jest jego syn, niejaki Leonardo DiCaprio. Dobrze wydane pieniadze! Tak trzymaj Leo! Może teraz film o Tamarze Łempickiej? Ona miała autentyczny, rozbuchany apetyt na życie! Jej biografia to gotowy, pikantny scenariusz na oskarowy film:)

niedziela, 29 grudnia 2013

"Życie Adeli – Rozdział 1 i 2" (La vie d'Adèle), reż. Abdellatif Kechiche, Francja, 2013, właśnie w kinie!

"Życie Adeli – Rozdział 1 i 2" (La vie d'Adèle), reż. Abdellatif Kechiche, Francja, 2013, właśnie w kinie!

Kinie! Film (na oko) graja w jednym kinie w Warszawie. Jak na zdobywcę Zlatej Palmy 2013 - skromnie.

Obejrzałem go praktycznie rok po obejrzeniu innego, nagrodzonego Zlota Palma 2012 filmu: "Milość" M. Haneke. Obydwa filmy traktują o fenomenie milosci, a chociaż każdy porusza inny jej aspekt to obydwa sa znakomite.

Okres przedswiateczny w TV jest pelen relacji z Ziemi Swietej. Pielgrzymki, Betlejem, grota. Z całego tegorocznego przekazu utkwil mi w pamięci indagowany przez reportera TVP1, ubrany w czerwona kurtke, pielgrzym z Polski, bodaj z Poznania. Zapytany o cel pielgrzymki powiedział, ze lzami w oczach, ze pojechal tam w intencji znalezienia swojej 2-giej polowy... (50 lat+, szczuply, sredni wzrost, ciemny wąs)

Niebywala sila (pierwszej) milosci. Potrzeba jej doświadczenia.  Ogrom i znaczenie pierwszych doswiadczen seksualnych.  Zniewalajaca sila uczuc. Dewastujaca potega odrzuconej milosci. Wszechogarniajaca pustka, bezsens bycia/zycia po jej utracie, i wreszcie.... może pielgrzymka do Ziemi Swietej?

"Życie Adeli..." - bardzo mi się podobal.

Gleboki, poruszający, w moim odczuciu bardzo prawdziwy film.
Trwa 3h, ale nie nudzialem się nawet przez chwile. Mnostwo fantastycznych zdjęć (zbliżenia) w polaczniu ze znakomitym aktorstwem, kaze bacznie obserwować ekran. Prosta, wręcz przewidywalna fabula, pozwala się skupic nad finezyjnym (z wyjątkami) oddaniem emocji jakie towarzysza bohaterkom filmu przez 3 godz. projekcji.
Film może być także przyczynkiem do dyskusji nad granicami do ktorych może i posuwa się reżyser w wyznaczniu zadań aktorskich i oczekiwaniach w stosunku do aktorek. Sceny erotyczne sa b. mocne i liczne. W moim przekonaniu ich naturalizm/doslownosc jest zbędny. Dolecialo do mnie, ze ktorki miały ogromy problem z graniem scen seksu i się nie dziwie. Rezyser zapomnial, ze wyobraznie widzow można stymulować w inny niż bliski porno obraz kochających się pań (bardzo atrakcyjnych, przyznam)
Ale...
To moim zdaniem dobry film. Może nie tak duzy, znaczacy, powalający jak "Miłość" M. Haneke, ale zaslugujacy na wyprawe do kina, wydatek 20 zl (kino Muranów) i 3h poswiecone na jego ogladanie.

wtorek, 11 lipca 2023

"Osiem gór" (Le otto montagne), reż. Felix Van Groeningen, Charlotte Vandermeersch, Włochy, Belgia, Francja, 2022, film

 "Osiem gór" (Le otto montagne), reż. Felix Van Groeningen, Charlotte Vandermeersch, Włochy, Belgia, Francja, 2022, film

Warto się pospieszyć, żeby zdążyć obejrzeć ten film, zanim spadnie z ekranów. To nie jest lekki film na czas wakacji, a właśnie teraz wszedł na ekrany. To film dla kin studyjnych, gdzie takie tytuły znikają szybko, nagle, bez uprzedzenia. Podobał mi się. Obejrzałem go w kinie Promu Kultury w zaskakująco licznym towarzystwie wypełniającym w 3/4 niewielka salę kinową. Oceniam film na 7, czyli "dobry" w 10-cio punktowej skali filmweb.

Nieoczywista historia męskich relacji syn-ojciec, kolega-przyjaciel traktuje o wyborach, nieuchronności losu, konieczności wypełnienia ról narzucanych przez życie determinowanych wzorcami wynoszonymi z dzieciństwa. To także opowieść o próbie życia poza głównym nurtem, szukaniu równowagi między tym co oferuje współczesna cywilizacja, a wewnętrzną potrzebą harmonii pchającą bohaterów ku przyrodzie, prostemu życiu, które, jak to życie, nie chce być proste. "Osiem gór" jest jedną z tych opowieści, gdzie praktycznie każdy może znaleźć coś swojego, coś dla siebie. Bo chociaż na pozór jest to historia typu "nie dajesz rady jedź w Bieszczady" to składa się z wielu warstw, które żmudnie, w czasie nieomal 2,5-godzinnej projekcji są widzowi odsłaniane prowokując do zadumy nad wyborami bohaterów, ich sposobem myślenia. Śledząc tę niespieszną historię stawiamy się w roli filmowych postaci myśląc co MY byśmy zrobili na ich miejscu. Bywa, że ich wybory budzą uśmiech, lub zwyczajnie denerwują. Życie...

Jest w tym filmie taka wydawać by się mogło oczywista prawda, że nasze "ja" składa się z mnóstwa drobiazgów, kawałków zdarzeń, myśli, nauk, gdzie jest miejsce na kolorowe szkiełka schowane w jakiejś dziurce w postaci "sekretu" (robiliście w przedszkolu "sekrety" z koleżankami/kolegami?) jak i pocięte do krwi pierwszym scyzorykiem bolące palce. Zadziwiające, jak wiele pamiętają nasze dzieci, jak dzisiaj oceniają nauki, które wkładaliśmy im do głowy w czasie gdy usiłowaliśmy im tłumaczyć świat. "Osiem gór" opowiada o sile relacji ojciec-syn i o tym, że męskie przyjaźnie często są proste, mogą się obywać bez zbędnego słowotoku. Nie, nie ma tutaj żadnego maczyzmu. Przeciwnie. Oglądajc ten film odniosłem wrażenie, że jego przesłanie zgrabnie mieści się w kwestii wypowiedzianej przez Juliette Binoche w  filmie "Zapiski z Toskanii" (o filmie TU): "gdybyśmy bardziej tolerowali słabości każdego z nas nie bylibyśmy tak samotni".

Mądry film z alpejską przyrodą w tle. Film jakich coraz mniej.

środa, 29 lipca 2026

"Sny o pociągach" (Train Dreams), aut. Denis Johbson, USA 2021 (PL 2025), książka

"Sny o pociągach" (Train Dreams), aut. Denis Johbson, USA 2021 (PL 2025), książka

Widziałem film (TU). Podobał mi się. Sprawdziłem, czy książka na podstawie której powstał film jest dostępna w mojej bibliotece. Była. Przeczytałem. Podobnie jak film podobała mi się. Film jednak zrobił na mnie większe wrażenie. Sądzę, że jest to wynik innych środków wyrazu. Film operuje zdecydowanie szerszą paletą możliwości oddziaływania na wyobraźnię niż książka. Do tego słów w nim niewiele. Zostawia to mnóstwo przestrzeni na puszczenie wodzy fantazji widza, który w zależności od własnych doświadczeń, wrażliwości może sobie dopowiedzieć (dowyobrazić) to co w filmie pozostaje otwarte, domyślne. Książka, słowo pisane działa inaczej, ale nie znaczy to, że książka jest gorsza, niewarta przeczytania. Z książki dowiadujemy się więcej na temat bohatera, ludzi i miejsc w których funkcjonuje. Tak, jest bardziej dosłowna, ale to moja opinia.

Odbieram książkę (podobnie jak film) jako rodzaj ballady snującej opowieść o "żywocie człowieka poczciwego" :). Pomimo, że nie każdy/każda z nas jest drwalem/pracownikiem leśnym, to przecież łatwo jest się utożsamić z bohaterem książki, który, jak każdy z nas, żmudnie buduje swoje życie, dźwigając (jak każdy z nas) krzyż niepowodzeń, porażek, nawet katastrof. Jest w tej skromnej, naznaczonej tragedią egzystencji miejsce na "sny o pociągach", odloty i fantazje, które w jakimś stopniu niwelują ból strat, ból istnienia. Bo w jakimś stopniu jest to także opowieść o szczególnej cesze w którą jesteśmy wyposażeni - o zdolności przetrwania, podniesienia się z praktycznie każdego upadku. Z racji skromnej objętości (112 stron) film/książka są bardziej etiudą niż balladą. W zwięzłej formie autor używając prostego języka zawiera całe życie bohatera - Roberta Graniera, potwierdzając prawdę zawartą w tytule zdecydowanie wcześniejszego (1997) dokonania Budki Suflera, płyty zatytułowanej  "Nic tak nie boli jak życie" :)

sobota, 18 października 2025

"Ślepy zegarmistrz, czyli jak ewolucja dowodzi, że swiat nie został zaplanowany" (The blind watchmaker, why the evidence of evolution reveals a universe without design) aut. Richard Dawkins, GB 1986, PL 1994, książka

"Ślepy zegarmistrz, czyli jak ewolucja dowodzi, że swiat nie został zaplanowany" (The blind watchmaker,  why the evidence of evolution reveals a universe without design) aut. Richard Dawkins,  GB 1986, PL 1994, książka

Ta książka jest bodaj pierwszą przetłumaczoną na język polski książką Richarda Dawkinsa jednego z najbardziej znanych popularyzatorów i zwolenników darwinowskiej teorii ewolucji. Wcześniej przeczytałem bodaj 4 inne książki R. Dawkinsa, który także często pojawia się w moim blogu jako autorytet cytowany przez innych naukowców (TU). Przyczyną dla której sięgnąłem po ten tytuł jest moje rosnące zainteresowanie genetyką. "Ślepy zegarmistrz" jest książką,  która dość często pojawia się w życiorysach naukowców-noblistów. Wskazywana jest jako ważna pozycja, ważąca na decyzjach odnośnie kierunków rozwoju kariery naukowej. Na Nobla raczej nie liczę :), ale jeśli "Ślepy zegarmistrz" podobnie jak "Samolubny gen" i "Fenotyp rozszerzony" stanowią punkt odniesienia do rozważań na temat ewolucji, to nie pozostało mi nic innego jak zmobilizować się i zabrać do lektury. Słowo "mobilizacja" nie jest przypadkowe. Mając za sobą lekturę innych książek R. Dawkinsa wiedziałem, że mobilizacja rozumiana jako podwyższona koncentracja, stuprocentowe skupienie na czytanym tekście jest niezbędna do tego, aby przynajmniej niewielki procent zawartej w książce wiedzy został w głowie, chciał się utrwalić. 

Z szybkiej wizyty w necie w celu znalezienia/kpienia książki (brak w lokalnej bibliotece) wynikało, że wydanie w PIW-owskiej serii "plus/minus nieskończoność" z roku 1986 pozostaje jedynym polskim wydaniem. W obrocie są tylko egzemplarze używane, których ceny oscylują na poziomie 100+ zł. Mój kosztował bodaj około 50 zł, ale kupiłem go z świadomością o "luźnych" kartkach. I rzeczywiście mój pierwszy kontakt z "Zegarmistrzem" wymagał kilku sesji wklejania luźnych stron. Potem, w trakcie czytania książka wymagała dalszego serwisowania. Grzbiet łatwo się rozklejał (i nadal rozkleja). Wypadały całe, kilkustronicowe sekcje, które niewklejone na czas mogły łatwo się zgubić, ulec zniszczeniu. Słaba jakość złożenia książek była przypadłością całej serii "plus/minus nieskończoność". Piszę o tym dlatego, że introligatorska mizeria była przyczyną dla której nie zabierałem "Zegarmistrza" na letnie wyjazdy. Bałem się, że nie zniesie trudów podróży, a to z kolei powodowało, że czytałem ją bardzo długo. Ale za to dokładnie :)

Richard Dawkins, jego książki nie potrzebują mojej rekomendacji. Jego popularność i sława "rottweilera Darwina" nie podlegają dyskusji. Od czasu "Samolubnego genu" gdzie dowodził, że żywe organizmy wbrew powszechnemu mniemaniu nie działają w imię własnych, gatunkowych korzyści, czy w celu własnych, osobniczych interesów, lecz ich działanie jest nakierowane sukces genów spoczywających w ich komórkach, Richard Dawkins stał się światowej sławy pisarzem-popularyzatorem nauki, gigantem ewolucjonizmu, "rottweilerm Darwina". Właściwie wszystkie jego książki dowodzą praktycznie jednego: ewolucja to czas i rozmnażanie. W "Ślepym zegarmistrzu" R. Dawkins już na samym wstępie zwraca uwagę na element czasu właśnie. Dowodzi, że mamy problem ze zrozumieniem ewolucji, gdyż nie pojmujemy czasu, jego upływu w skali geologicznej (kosmicznej), ale mierzymy go trwaniem ludzkiego życia. Zmiany ewolucyjne zachodzą w skali kosmicznej liczonej w milionach i dziesiątkach milionów lat... Ewolucja zdaniem R. Dawkinsa nie musi mieć przebiegu linearnego. Przez długie, bardzo długie okresy może tkwić w uśpieniu (staza) po to, żeby powodowana np. mutacją, czy zewnętrzną, gwałtowną zmianą środowiskową przyspieszyć. Jednak nawet to przyspieszenie nadal liczone jest w skali kosmicznej. 

(na marginesie; wydaje się, że ten sam problem, problem kosmicznej skali czasu dotyczy zmian klimatycznych, których nie rozumiemy/udajemy, że nie rozumiemy, pomimo, że zdajemy sobie sprawę z tego, że Ziemia jest elementem Kosmosu i jako taka podlega zjawiskom kosmicznym [Milankovic], mierzalnych oczywiście skalą kosmiczną, nie ludzką)

Praktycznie każda książka R. Dawkinsa zawiera f a s c y n u j ą c e  przykłady ewolucyjnych zmian dotyczących w przypadku "Zegarmistrza" m.in. nietoperzy, które wykształciły niebywały zmysł/aparat echolokacji. R. Dawkins detalicznie opisuje sposób/mechanizm w jaki nietoperze "skanują" miejsce, w którym się znajdują unikając uderzenia o ściany w pogrążonej w zupełnej ciemności jaskini, poprzez uruchomienie bardziej precyzyjnego "skanu" namierzającego lecące jedzonko-ćmę, aż do szczegółowego opisania "systemów przeciwzakłóceniowych" które pozwalają na mijanie się nietoperzom w trakcie lotu, w zupełnej ciemności. Z zachwytem opowiada o wykorzystaniu przez nietoperze zjawiska Dopplera oraz umiejętności modulacji własnej fali-pisku i jej identyfikacji wśród mnóstwa innych fal-pisków generowanych przez inne nietoperki. Do tego, żeby całą sprawę skomplikować jeszcze bardziej, praktycznie każdy gatunek nietoperków wypracował autorskie rozwiązania. (autor nie zajmuje się ponadnaturalnymi zdolnościami Batmana, tudzież jego technologicznie zaawansowanymi gdżetami :))

R. Dawkins konsekwentnie dowodzi, że dobór naturalny, czyli ewolucja podąża za skutkami/korzyściami jakie geny niosą dla organizmu. W konsekwencji jeśli zmiana w genotypie przynosi korzyść organizmowi, w wyniku czego, ów organizm osiąga większy sukces w rozmnażaniu, to te geny, które przyczyniły się do tej zmiany będą się powielać/rozsiewać szybciej niż inne, a ów "samolubny gen" odniesie sukces. W pamięci należy mieć kosmiczną skalę czasu, bo tylko w takiej skali, skutek tych zmian nazywanych efektem fenotypowym, jest dostrzegalny. 

Nie mniej fascynujące są rozdziały, w których autor rozważa ewolucyjne mechanizmy zatrzymujące postęp w eskalowaniu szybkości biegu drapieżników. Zdaniem R. Dawkinsa do głosu dochodzi "regulator kosztu utraconych szans" który w przekonywujący sposób opisuje i analizuje. Jest także w "Zegarmistrzu" miejsce, gdzie R. Dawkins dotyka fenomenu Życia. Czy Życie istnieje tylko na naszej Planecie, czy jest powszechne we Wszechświecie? Czy założenie, że jeśli Życie powstało na Ziemi to mogło powstać w każdym dowolnym miejscu, zwłaszcza, że ilość planet podobnych do Ziemi szacuje się dzisiaj na około 20 mld i to TYLKO w naszej Galaktyce, jest słuszne? A jeśli wniosek, że skoro Życie powstało na Ziemi to jego powstanie nie może być zdarzeniem nieprawdopodobnym, jest błędem...  

Autor "Ślepego zegarmistrza" przez niektóre gremia uważany jest za jednego z najwybitniejszych, popularnych, współczesnych intelektualistów. "Ślepy zegarmistrz" uchodzi za kamień milowy w dyskusji na temat ewolucji. I chociaż jak mówi podtytuł: "...ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany" to R. Dawkins pokazuje, że dobór naturalny działając bez świadomego planu nie działa "na ślepo". Dobór naturalny wspomagany przypadkowymi mutacjami jest procesem kumulatywnym, procesem żmudnego dokładania, budowania, utrwalania cech pozwalających organizmom napędzanym "samolubnymi genami" odnieść sukces populacyjny, zdobywać przewagę wyrażoną zdolnością do powielania ulepszeń. 

Na wstępie napisałem, że lektura "Ślepego zegarmistrza" wymaga maksymalnej koncentracji, wyjątkowego skupienia się na tekście gęstym od interdyscyplinarnej wiedzy. Wiedza zawarta w książce zbliża nas do poznania, zrozumienia mechanizmów świata w jakim żyjemy. Autor wskazuje na naszą, ludzką niedoskonałość związaną postrzeganiem skali czasu, w jakim zachodzą zmiany, gdzie dobór naturalny prowadzi ewolucję w kierunkach korzystnych dla organizmu. R. Dawkins dowodzi, że darwinowski światopogląd w ostateczny sposób wyjaśnia nasze istnienie. 

Książka "Ślepy zegarmistrz" to prawie 500 str. wiedzy. Zabierając się do niej warto jest mieć pod rękę tubkę introligatorskiego kleju, z pewnością się przyda. Przyda się także cierpliwość i upór, bo nie wszystko co R. Dawkins pisze wchodzi łatwo i bezboleśnie. A jeśli po dwu-trzykrotnym przeczytaniu nie weszło - pomiń i leć dalej! Warto :)

niedziela, 13 sierpnia 2023

"Dziewczyna z muszlą" (Remarkable creatures), aut. Tracy Chevalier, 2009/2011, książka

 "Dziewczyna z muszlą" (Remarkable creatures), aut. Tracy Chevalier, 2009/2011, książka

Lektura tej książki jest wynikiem zbiegu okoliczności wynikającego z mojej słabości do osoby, a szczególnie uśmiechu Kate Winslet (od czasu "Titanica") i rodzajem fascynacji postacią J. Vermeera. W efekcie oglądam wszystkie filmy, w których gra K. Winslet oraz czytam i oglądam to co poświęcone jest i dotyczy "mistrza z Delft". Jakiś czas temu obejrzałem film "Amonit" (2020) z udziałem K. Winslet, aby później zwrócić uwagę na książkę "Dziewczyna z muszlą" napisaną przez Tracy Chevalier, autorkę świetnej książki "Dziewczyna z perłą"(TU) stanowiącej kanwę scenariusza do znakomitego filmu pod tym samym tytułem (2003)(TU) z udziałem Scarlett Johansson i doskonałego Colina Firtha. Przy okazji oglądania kolejnego filmu o Vermeerze postanowiłem sprawdzić, czy Tracy Chevalier popełniła coś jeszcze poza "Dziewczyną z perłą". Okazało się, że wbrew moim podejrzeniom, że jest przedstawicielka z gatunku "one hit wonder" napisała kilka innych książek, w tym właśnie "Dziewczynę z muszlą". Skojarzenie z widzianym wcześniej filmem "Amonit" było prawie oczywiste. Film był niezły (Kate Winslet znakomita) bez wahania więc sięgnąłem po książkę (lokalna biblioteka) z nadzieją, że podobnie jak w przypadku "Dziewczyny z perłą" książka okaże się lepsza od filmu...

Książka i film opowiadają opartą na faktach historię autentycznej postaci - Mary Anning, ubogiej dziewczyny z hrabstwa Dorset na południowym wybrzeżu Anglii, zbieraczki-amatorki skamieniałości z okresu kiedy życie na Ziemi miało dopiero wypełznąć na ląd, a zanim to się stało bujnie kwitło w oceanach w postaci amonitów, trylobitów, belemitów, plejozaurów, ichtiozaurów i innych straszydeł. Mary w początkowej fazie traktowała zbieranie skamieniałości czysto zarobkowo. Zbierane na kamienistej plaży "dziwadła" sprzedawała londyńskim letnikom, ale wkrótce amatorskie zbieranie stało się pasją. Po znalezieniu i prawidłowej ocenie znaczenia dla nauki szkieletu ichtiozaura, nastąpiły kolejne znaleziska, co w konsekwencji spowodowało, że zostało jej przyznane na stałe naukowe stypendium, a ona sama stała się niekwestionowanym autorytetem w nowej, rodzącej się właśnie dziedzinie nauki - paleontologii. Historia opisana w "Dziewczynie z muszlą" jest tym ciekawsza, że dzieje się na początku XIX wieku, w świecie nauki zdominowanym przez mężczyzn, w czasie kiedy datowanie powstania Świata/Życia opierano na egzegezie Biblii, a K. Darwin jeszcze nawet nie myślał o wyprawie na statku "Beagle", która w konsekwencji przyniosła światu teorie ewolucji i doboru naturalnego, wszczynając ferment, rzucając wyzwanie kreacjonizmowi. To właśnie znaleziska Mary Anning były jednymi z pierwszych dowodów na to, że Życie na Ziemi jest zdecydowanie starsze niż data jego powstania wywiedziona z Pisma Świętego. Nie dość, że pochodziła z ubogiej rodziny, była kobietą to znajdowała i trafnie klasyfikowała swoje znaleziska, które praktycznie demolowały ówczesny porządek świata. Gdyby żyła trochę wcześniej czekałby ją stos. Natomiast XIX-sto wieczna Anglia nagrodziła ją przyznaniem honorowego członkostwa w prestiżowym Londyńskim Towarzystwie Geologicznym. Ale bez euforii. Tytuł dostała pośmiertnie...

Zaletą i wartością "Dziewczyny z muszlą" jest nie tylko historia M. Anning, ale także plastycznie zarysowane tło społeczne i obyczajowe XIX-sto wiecznej Anglii. Otoczenie przypomina klimat wzięty z Jane Austen, gdzie (w uproszczeniu) celem kobiet jest wyjście za mąż, a staropanieństwo przyczyną rozterek, a nawet społecznego ostracyzmu. (nie czytałem żadnej z powieści J. Austen; znam tylko filmy nakręcone na ich podstawie obejrzane także, może przede wszystkim dla osoby K. Winslet:))

Reasumując książka nie jest tak fascynująca i literacko dopracowana jak "Dziewczyna z perłą". Jednak fabuła książki o J. Vermeerze jest praktycznie czystą, chociaż bardzo zgrabną fantazja. W przypadku "Dziewczyny z muszlą" autorka trzyma się faktów, a wszystkie postaci ze świata nauki, także relacje ze słynnym w owym czasie Francuzem  F. Cuvierem, światowym autorytetem w dziedzinie paleontologii miały faktycznie miejsce. Postacią historyczną jest także niejaka Elizabeth Philpot, osoba, która finansowo wspierała Mary Anning i jej rodzinę, zwłaszcza wówczas, gdy M. Anning była ubogą "zbieraczką dziwów". Książka, chociaż nie tak urokliwa jak "Dziewczyna z perłą" jest literaturą o kobietach i dla kobiet. I nawet jeśli nie podobała mi się tak bardzo jak ta o holenderskim malarzu, to przeczytałem ją z przyjemnością poszerzając swoją wątłą wiedzę na temat początków paleontologii.

Z filmem "Amonit" jest inaczej i to na wielu poziomach. To co mi się podobało to: Kate Winslet :) i zdjęcia. K. Winslet jest znakomita, a nieomal monochromatyczne jesienno-zimowe pejzaże kamienistych plaż i surowych klifów angielskiego wybrzeża urzekają pierwotnym pięknem, z którego jak sądzę bierze się początek feng shui, harmonia japońskich, kamiennych ogrodów, by gdzieś na końcu zamknąć się w oszczędnych formach skandynawskiego wzornictwa (troszkę mnie chiba poniosło:)). Film, w odróżnieniu od książki ma nikłą wartość poznawczą i historyczną. Reżyser i autor scenariusza w jednym - Francis Lee (mężczyzna) skupia się na lesbijskiej relacji pomiędzy Mary-zbieraczką, a Elizabeth-opiekunką gubiąc praktycznie tło obyczajowe oraz historyczne znaczenie zbierackiej pasji Mary Anning. Wziął z jej życia to co chciał i opowiedział jak chciał, z tym, że ani książka, ani dość obszerne wzmianki (wiki) o M. Anning nie mówią o jej intymnych relacjach z Elizabeth Philpot. Nie wątpię, że Tracy Chevalier przestudiowała wszelkie dostępne materiały dotyczące M. Anning. Anglicy mają ten komfort, że na ich wyspie zachowało się wszystko. Od amonitów do monarchii włącznie:) Poza zmaganiami lotnictwa w czasie II wojny, od czasów rzymskich po dzień dzisiejszy mieli zero wojen na swoim terenie, co  spowodowało, że cała historyczna spuścizna leży i czeka na wszystkich zainteresowanych ich eksploracją. Nie wątpię, że gdyby autorka trafiła na ślad namiętności pomiędzy paniami-bohaterkami jej książki, z pewnością by o tym wspomniała. Przecież  jest to, jak wspomniałem baaaardzo kobieca opowieść. Dlatego ten miłosny wątek jawi mi się bardziej jako pomysł zbieżny z obecnymi trendami niż jako prawda historyczna. I to mnie uwiera. Nie podoba mi się wymuszona fałszywie rozumianą poprawnością moda na wplatanie w opowiadane historie, często na siłę wątków homoseksualnych, wsteczną weryfikację kreskówek Disneya, tudzież obdarzanie znanych postaci literackich modnymi dzisiaj np. metroseksualnymi cechami. (zdarza mi się oglądać wraz z wnuczętami dzisiejsze kreskówki; odnoszę wrażenie, że jest to ciąg bezsensownych scen - guma do żucia, a całości brakuje związków logicznych i prawdy jaką miały zmagania i pościgi Toma i Jerry, czy inne postaci z serii "zwariowane melodie" ze szczególnym uwzględnieniem Strusia Pędziwiatra i Kojota) Zresztą autor scenariusza nie powołuje się na inspirację książką T. Chevalier, co może wskazywać, że film rozumiany jako całość jest w dużym stopniu tworem fantazji reżysera/autora scenariusza. 
 

 Na koniec. Film średni, czyli 5/10 w skali filmweb, natomiast książka używając tej samej skali -  7/10, czyli dobra.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

"Sny o pociągach" (Train Dreams), reż. Clint Bentley, USA, 2025, Netflix, film

"Sny o pociągach" (Train Dreams), reż. Clint Bentley, USA, 2025, Netflix, film

Widziałem ten film około 2 tyg. temu. W mroźny wieczór dosiadłem ergometru i powodowany zasłyszanymi w radiu oszczędnymi, ale pozytywnymi opiniami postanowiłem, że w wiosłowaniu towarzyszyć mi będzie właśnie ten film. Mam go do dzisiaj w głowie. Wraca do mnie, skłania do zadumy. Zadziwiające jak prosta, oczywista wręcz historia zapada w pamięć, zmusza do tego, żeby o niej napisać.

"Sny o pociągach" są filmową balladą o przeciętnym mężczyźnie, któremu los wyznaczył rolę drwala - budowniczego kolei, żyjącego swoje proste, szlachetne życie, gdzieś w głębi Ameryki, wśród wspaniałej, dziewiczej przyrody. Bohater filmu jest archetypem budowniczego-pioniera, który wraz z każdym kilometrem torów wnika w głąb Nieznanego, który budując swój swój dom, zakładając rodzinę, pozwala sobie na marzenia o troszkę lepszym, łatwiejszym życiu, stabilnej pracy pozwalającej mu na częstsze przebywanie z najbliższymi. Tylko tyle i aż tyle... 

Ta opowieść toczy się niespiesznie w tempie spokojnej, epickiej narracji z offu. Słowa, które padają w filmie, których nie ma zbyt wiele są wypowiadane z rozwagą, szacunkiem dla uwolnionej myśli, która zanim została wyartykułowana była głęboko przemyślana. Historia drwala opowiadana jest także, może przede wszystkim obrazem, następującymi po sobie porami roku, w naturalnym, odwiecznym rytmie dnia zastępowanego przez noc, jesieni po której nieuchronnie przychodzi zima. Drwal-bohater filmu chociaż wraz ze swoją siekierą jest intruzem, chce i potrafi funkcjonować pośród Natury. Rozumie jej rytm, chce respektować jej prawa. Opowieść niespiesznie pulsuje zmuszając do zadumy nad sensem istnienia, przemijaniem, potrzebą ludzkiej obecności tu i teraz, przewrotnością przypadku, znaczeniem obietnic, siłą uczuć, rolą wyznaczaną jemu/nam przez życie, jej wypełnieniem. Jednym słowem rzecz z przechyłem egzystencjalnym, ale bez koturnów, zadęć i odlotów.

Podobał mi się ten film także dzięki kreującemu główną rolę Joelowi Edgertonowi, którego widziałem jakiś czas temu w mocno przeciętnym filmie "Dobry Ogrodnik" (Master Gardener). W "Sny o pociągach" jest znakomity. 

Daję "Snom o pociągach" 8/10 w skali filmweb - "bardzo dobry" i mając świadomość, że ten rodzaj kina nie każdemu odpowiada polecam go jednak wszystkim. Zimowy, mroźny wieczór, kubek gorącej herbaty, ciepły pled, ewentualne, jednoosobowe, wyciszone towarzystwo będą idealne do właściwego odbioru  tego filmu :)

sobota, 3 czerwca 2023

Chorwacja, 2023.05.20-27, żeglarskie

 Chorwacja, 2023.05.20-27, żeglarskie

Widok jak pocztówka:) Zdjęcie z mariny w Zadarze,
miejscowości z której wystartowaliśmy do tygodniowego
rejsu-szkolenia. Naszym jachtem nie był widoczny na 
zdjęciu katamaran, ale typowy monocoque, czyli
jednostka jednokadłubowa.
(aut. foto Jarek)

Mój udział w tej wyprawie był dziełem przypadku. Tomek (pierwszy z prawej) i Michał (drugi z
 prawej), którzy są moimi długoletnimi kolegami postanowili zrobić chorwackie uprawnienia do 
prowadzenia jachtu (voditelj brodice). Uprawniają one do samodzielnego wypożyczenia jachtu
(bez skippera), ale nie są honorowane w Polsce. Jarek (trzeci z prawej) też zapisał się na to szkolenie,
ale zabrakło jednej osoby, aby impreza doszła do skutku. Tomek zadzwonił do mnie ze spec. ofertą,
 a ja po chwili zastanowienia postanowiłem wziąć udział w rejsie-szkoleniu. Nie planowałem
zdawania egzaminu na "voditelja". Chciałem zobaczyć jak wygląda żeglarska, chorwacka
 rzeczywistość, o której  słyszałem wiele dobrego i spędzić czas w towarzystwie dawno niewidzianych kolegów.
(aut. foto Tomek)

Szkolenie praktyczne ogranicza się do manewrowania
jachtem na silniku. Przez cały tydzień nauka dochodzenia
do kei, przybijanie dziobem, rufą, burtą. Cumowanie na
boi, parkowanie na muringu. Dążenie do prefekcji. 
Teoretycznie niezbyt ekscytujące, ale jeśli prowadzi się
ważący kilkadziesiąt ton jacht, którego cena wynosi grubo 
ponad 100 tys EUR, to warto jest mieć manewrowanie nim
wytrenowane, zwłaszcza, że doświadczenia z lekkich i 
mniejszych żaglówek mazurskich nie mają tutaj zastosowania. 

Świetny wyjazd! Fajne doświadczenie. Gdzieś w okolicach połowy rejsu, gdy przyszło wnieść opłatę za egzamin (150 EUR) koledzy przekonali mnie, że powinienem spróbować zdać, bo przecież "może się uda". Zacząłem więc czytać zgromadzone na jachcie materiały oraz więcej uwagi poświęcałem teoretycznym szkoleniom prowadzonym przez skippera. Czytanie mapy, wyznaczanie kursu i pozycji przyszło łatwo. Obsługa radia trudniej bo tam sporo rzeczy czysto pamięciowych. Na naukę świateł zabrakło mi czasu. Nie zdziwiłem się, kiedy komisja stwierdziła, że świateł nie umiem i zaprosiła mnie na egzamin za rok. Koledzy są mi winni 150 EUR :) 

Chorwacja "z morza" to mnóstwo wysp, zatok, dużych, miejskich marin i kameralnych, wioskowych portów. Tysiące barów, kawiarni i restauracji. Wszechobecne białe wino, znakomita kuchnia, wyluzowani autochtoni. Jednym słowem - południe! Ciepło! W okresie mojego pobytu w dzień temperatura wynosiła około 25 st. Nocą ponad 10 st. temperaturę wody (kąpaliśmy się) oceniam na około 20 st. Przez cały tydzień słońce. Ile kosztuje taka impreza? Cena rejsu-kursu może zależeć od firmy, w której kupuje się wyjazd. Trzeba się liczyć z kosztem około 1,7 tys zł. Do tego dochodzi cena dotarcia do Zadaru. Lot Rayanairem z Poznania (bo wyloty zgodne z terminem początku/końca rejsu) z ekstra bagażem kabinowym to 750 zł. Do tego dodatkowy koszt parkowania w marinach (parkowaliśmy tylko w marinach; parkowanie na kotwicy jest bezpłatne), wyżywienie (śniadania we własnym zakresie na jachcie, wszystkie obiadokolacje jedliśmy w restauracjach; złoga ma obowiązek żywić skippera), paliwo, egzamin :), tudzież prezenty dla wnucząt to wydatek około 750 EUR. Istotne dla powyższych kalkulacji jest to, że maj to niski sezon. W lecie ceny parkowania w marinach są wyższe. 

Czy warto? Nasz wyjazd nie był typowym wyjazdem turystycznym. Gros czasu pochłaniało szkolenie. Sporo się nauczyłem (poza światłami :)). Nabrałem pewności w manewrowaniu jachtem. Tego nie da się zrobić w trakcie "normalnego" wyjazdu. Wszystkie dotychczasowe wyjazdy żeglarskie, które odbywały się na Mazurach zawsze traktowałem jako imprezę głównie towarzyską. Żeglowanie jest fajne w fajnym towarzystwie. Tak samo jest w Chorwacji. Tak samo jest z każdym wyjazdem spędzanym z grupą znajomych. Nie wróciłem do domu z pragnieniem niezwłocznego powrotu na wodę. Zew morza nie zawładnął moim umysłem. Ale... Spotkaliśmy ludzi, którzy sprzedali mieszkania, samochody, kupili jachty, które stały się ich domem, narzędziem zarabiania na życie i żeglarską pasję. Takie spotkania i rozmowy dają do myślenia, poszerzają horyzonty. W naszej ekipie poza moimi kolegami Tomkiem i Michałem, był także zdecydowanie od nas młodszy Jarek (przypadkowy, "losowy" kursant), który poszukuje sposobu na siebie, na życie. Może jest na właściwym tropie? Tego mu życzę. Dobrze się odnalazł w niełatwej sytuacji mając za towarzyszy trzech znających się jak łyse konie facetów, których PESEL zaczyna się od "5". Umówiliśmy się, że jak już kupi jacht to zaprosi nas na rejs. Kierunek dowolny, ale musi być ciepło! Ciepło to w ciągu dnia białe wino, a wino to długie, fajne rozmowy :) 

niedziela, 30 lipca 2017

"Kedi - sekretne życie kotów", reż. Ceyda Torun, USA, Turcja, dokument, 2016, film, w kinach

"Kedi - sekretne życie kotów", reż. Ceyda Torun, USA, Turcja, dokument, 2016, film, w kinach

"Dunkierka", czy "Kedi" - zapytała koleżanka.
Wybór należy do Ciebie - powiedziałem wiedząc, ze kociara wybierze film o kotach.

Nie jestem zdeklarowym miłośnikiem kotow. W moim domu był pies, potem kot. Zwierzaki odeszly do Krainy Wiecznych Łowów. Teraz trochę mi brakuje obecności zywego stworzenia i moglby to byc rownie dobrze pies jak i kot. Chyba lubie jak cos lazi po domu, pod warunkiem, ze nie jest to szczur...

"Kedi..." jest filmem o kotach mieszkających w Stambule. Wbrew pozorom maja się tam calkiem dobrze. Z filmu wynika, ze sa powszechnie akceptowane, otoczone opieka, zadbane, dokarmiane. To wygląda na troszke wyidealizowany obraz, ale jakze fajny.
Kamera podaza za roznymi kotami, zaglada do ich gniazd, kojców, sledzi ich kocie sciezki, wnika w kryjówki, tajne przejścia. Koty maja imiona, a ludzie którym laskawie pozwalają się sobą opiekować respektuja ich niezaleznosc, doceniają pracowitość w lapaniu szczurow, nagradzają karmiąc i pieszcząc.
Wierzcie mi, fajnie się to oglada. Koty sa urocze! Z komentarza wynika, ze dzięki temu, ze koty towarzyszyly od zawsze żeglarzom, schodzily na lad i często na nim zostawaly, w Stambule jest pelna reprezentacja wiekszoci kocich ras. Jest tam także sliczny szarak, który bedc ozdoba restauracji zywiony jest (ostatnio) tylko i wyłącznie siekanym, gotowanym indykiem i konkretym gatunkiem ementalera...
Niczego innego do pyszczka nie bierze!
Oczywiście jest cala masa kotow, którymi opiekują się się kocie mamy i tatusiowie, którzy regularnie dokarmiają dziesiątki, hordy kotow, lecza je i dopieszczają.

Jeśli lubisz zwierzaki, to jest to film dla Ciebie.
Jeśli nie lubisz, idz, zobacz, może polubisz.
Warto.
Zwierzaki lagodza obyczaje.
Film jest grozny.
Wyzwala potrzebe bezzwłocznego przygraniecia kota.

niedziela, 21 lutego 2016

"Miara człowieka" (La Loi du marché), reż. Stéphane Brizé, Francja, 2015, film, właśnie w kinach

"Miara człowieka" (La Loi du marché), reż. Stéphane Brizé, Francja, 2015, film, właśnie w kinach

Jakis czas temu jeden z moich znajomych stwierdził, ze jego zdaniem najbardziej deprymującym zajeciem, zwłaszcza dla mężczyzny jest praca ochroniarza w hipermarkecie. Argumentowal, ze kazda inna praca jest ciekawsza, bardziej ambitna od beznadziejnego prześmiardywania się miedzy polkami, kasami, patrzenia ludziom na rece.
Zdarzylo mi się także zajrzeć do przyciemnionego, pelnego monitorow pomieszczenia ochrony w jednym z elektromarketow. Na własne oczy przekonałem się o możliwościach nowoczesnego monitoringu, zaczalem zwracać wieksza uwagę na ludzi pracujących w ochronie. Przyznam, ze podzielałem opinie znajomego. To beznadziejna praca.

"Miara człowieka" uzmyslowila mi rzecz z pozoru oczywista. Beznadziejne prace nie musza być wykonywane przez beznadziejnych, pozbawionych ambicji ludzi.
Dla mnie to zasadnicza wartość tego filmu.
Ocenilem go 7/10.

"Miara człowieka" to obraz bardzo surowy, bez upiększeń, dosłowny, bezwzględny i twardy jak życie jego bohatera. Historia, która może zdarzyć się każdemu. Film trudny i bolesny, jak życie...
Prawdziwy. Mowiacy o bierzacej rzeczywistości. O mezczyznie 50+ konfrontowanego z problemem utraty pracy, konieczności zdobycia następnej. Francuzie, który jest wysylany na kolejne, finansowane przez rząd szkolenia, które przynoszą zysk prywatnym firmom szkoleniowym, podczas kiedy on traci cenny czas na zdobywanie nikomu niepotrzebnych umiejetnosci. (Warto przpomniec, ze znakomita czesc funduszy unijnych przeznaczonych dla sektora MSP w PL poszlo na szkolenia wlasnie, które w dużej części były zwykłym oszustwem). W rezultacie znajduje prace w hipermarkecie. Jak się w tym odnajduje?
Idźcie. Zobaczcie. Warto.
Kreujacy glowna role Vincent Lindon dostal za te role (Thierry) nagrodę za najlepsza role meska Cannes 2015, która sam uważa za za najwazniejsza w swoim dorobku porownujac ja do medalu olimpijskiego (Cezar - mistrzostwo Francji, Oscar - mistrzostwo swiata).

Widzialem ten film jakiś czas temu, w czasie, kiedy w Davos miał miejsce słynny "szczyt", którego tematem przewodnim był problem kolejnej rewolucji przemyslowej jaka jest masowe zprzegniecie do pracy robotow. Na "szczycie" nie byłem (widać orgi zapomnieli wyslac zaproszenie), ale w mediach podano, ze "szczyt" skonczyl się konkluzja, ze w ciągu najblizszch lat w wyniku robotyzacji prace straci około 7 mln ludzi. W tym samym czasie "nowe technologie" stworzą około 2 mln miejsc pracy. Bez pracy zostanie 5 mln ludzi...
Gdzie będą pracować?
Kogo będzie stać na kupowanie produktow wyprodukowanych przez roboty?

Jednym z efektow pierwszej rewolucji przemyslowej było powstanie ruchu niszczycieli maszyn - luddystów (od nazwiska zalozyciela Neda Ludda). Zagrozeni utrata pracy robotnicy manufaktur włókienniczych niszczyli mechaniczne maszyny tkackie, zaś sądy zgodnie z obowiazujacym wówczas prawem skazywaly ich na smierc...

Uśmiechnij się do ochroniarza w Twoim hiperze.

piątek, 22 czerwca 2012

Keith Richards i James Fox, "Życie", książka, autobiografia, 2012

Keith Richards i James Fox "Życie", 2012, książka, autobiografia

Zanim ksiazka pokazala sie na naszym rynku, przeczytalem, ze Mick Jagger mial powiedziec po zapoznaniu sie z jej tresca [wlasnie Niemcy strzelili brame Grekom, szkoda], ze nigdy wiecej nie stanie na scenie z Keithem. Od razu uprzedzam, to pure mareketing. Widac Mick chcial podbic sprzedaz ksiazki, bo nic obrazoburczego w niej nie ma, bo przeciez stwierdzenie Keitha, ze Mick ma malego ptaszka, a duze cojones jest niewinne, uwagi Keitha na temat wybujalego ego Micka, zarty z przyjecia tytulu szlacheckiego sa powszechnie znane, nie sa nowoscia.
Przyczyna dla ktorej przeczytalem te ksiazke byl/jest podziw dla facetow tworzacych rock maszyne - The Rolling Stones. Tyle lat, tyle prochow, tyle kobiet, a oni nadal nagrywaja, jezdza w trasy. Nigdy nie bylem wielkim fanem tej kapeli. Jednak tak jak pewnie wiekszosc osob sluchajacych rocka nie bylem obojetny na ich dokonania. W mojej skromnej kolekcji winyli jest Sticky Fingers (ta z okladka Warhola, z suwakiem), a 1995 roku w sierpniu bylem na ich koncercie w Budapeszcie na Nepstadion w czasie Voodoo Lounge Tour. Biorac ksiazke do reki wrzucilem na talerz gramofonu zdartego winyla, wprowadzielm sie w odpowiedni nastroj i zabralem za lekture.
Ksiazka mnie nie pochlonela, ale przeczytalem z zainteresowaniem. Glownie dlatego, ze to podroz po 40 letniej historii muzyki rockowej. Czasami ilosc faktow, dat, nazwisk az przytlacza, budzac podziw dla pamieci Keitha. W duzej mierze to to rzecz o milosci do muzyki, o muzycznych poszukiwaniach, dazeniu do perfekcji w opanowaniu gitary. Czasami bardzo techniczne wywody na temat strojenia, chwytow, bicia, rytmu i innych niuansow zwiazanych bezposrednio z gra.  Zaskakujaca jest wiedza Keitha na temat najnowszej historii. Jednak Richardsa wspieral w pisaniu James Fox [Grecy strzelili brame Niemcom, huuura], dziennikarz, z ktorym znaja sie od lat 70-tych. [Niecmcy strzelili brame Gremom, cholera]. Sadze, ze wiele z tej wiedzy to jego zasluga, ale styl, sposob narracji, slownictwo, te pochodza bez [Niemcy strzelili trzecia brame, cholera] watpienia od Keitha. Rock&rollowe zycie. Ciagle w podrozy, w konflikcie, otwartej wojnie z owczesnym establishmentem. A przy okazji masa muzyki, szacunek srodowiska, pewne miejsce w Hall of Fame rocka.  Jakis czas temu widzialem [Niemcy strzelili czwarta bramke; Grecja na kolanch] film Martina Scorsese "Rolling Stones w blasku swiatel" (2008). To swietnie sfilmowany koncert Stonsow przetykany wywiadami z czlonkami zespolu. Keith nie pozuje tam na gwiazde. Okresla siebie jaki przecietnego gitarzyste, ktory dopiero w duecie z drugim, Ronnie Woodem tworza najlepsza, najlepiej zgrana pare gitar na globie.  Podobnie jest w ksiazce. Keith nie przypisuje sobie wielkich odkryc i dokonan muzycznych. Jawi sie bardziej jako tytan pracy, wieczny poszukiwacz, niezmordowany eksperymentator szukajacy tajemnic brzmien i chwytow uslyszanych u innych muzykow.
Jesli kogos z Was intersuje ciemna strona [karny dla Grekow, brama, 4:2 dla Niemcow] Keitha - prochy, to jest ich az nadto. Pisze o destrukcji, upodleniu. Skupia sie na sobie, zapomina o cierpieniach i tragedii ktora przezywaja bliskie mu osoby, w tym dzieci.
Ksiazka nie tylko dla fanow Stonsow, chociaz jesli ktos szuka w autobiografiach przeslania, wskazowki, moralu to nie jest to wlasciwa ksiazka. Jest w niej jak sadze mnostwo prawdy o rock&rollowym zyciu, ale uczesanej. Cenna i wazna pozycja dla tych, ktorzy interesuja sie muzyka, jej historia, niezly apokryf na czesc Jacka Danielsa, a o koncercie w Warszawie w 1967 ani slowa...

poniedziałek, 23 lutego 2026

"Biegas. Światy nierównoległe", Muzeum Villa la Fleur, wystawa

"Biegas. Światy nierównoległe", Muzeum Villa la Fleur, wystawa

Wystawę przedłużono do 2026.03.22. Przed chwilą przeczytałem tę informację na stronie Muzeum i pomyślałem, że warto napisać kilka słów o wystawie. 

Byłem w Villi la Fleur pod koniec stycznia 2026. Wystawa za chwilę miała się zamykać. Pisanie o niej wówczas nie miało większego sensu. Teraz, gdy do zamknięcia jest jeszcze miesiąc - ma.


Czarodziejka
Przyczyną dla której pojechałem do Konstancina była moja niewiedza... Nie znałem tego artysty. Grzebiąc w pamięci nie umiałem nie tylko odszukać jego nazwiska, ale jak się okazało w trakcie zwiedzania nigdy wcześniej nie widziałem jego dokonań. Jednym słowem wystawa była dla mnie swego rodzaju objawieniem, wejściem do nieznanej mi pracowni, nieznanego twórcy, który okazał się być oryginalny, wszechstronny i interesujący. 


Germania na koniu czerwonej
propagandy
Tytuł wystawy "Biegas. Światy nierównoległe" podkreśla różnorodność zainteresowań Bolesława Biegasa, twórcy biegłego w technikach malarskich i rzeźbie, artysty-kreatora dzieł mistycznych, demonicznych, inspirowanych mitologiami, baśniami oraz portretów malowanych w wymyślonej przez niego formule sferycznej. Poza tym ma swoim dorobku budzące ogromne kontrowersje obrazoburcze nomen-omen obrazy komentujące ówczesną polityczną rzeczywistość. (Tutaj skojarzenie z E. Dwurnikiem jest bardzo na miejscu:)) Jednym słowem twórca-kreator. Pełen inwencji, zdolny, szczęściarz (pochodził z rodziny chłopskiej, a się przebił),  mający w czasie gdy tworzył wielu sponsorów i wyznawców, co pozwalało na przyjemne, względnie dostatnie życie.
Jesień

Wystawie dzieł Bolesława Biegasa towarzyszą dzieła innych artystów nie tylko z epoki, w której tworzył, ale także tych artystów, których on sam obserwował, z których czerpał, i tych, którzy przyznawali się do inspiracji dziełami B. Biegasa. 

Olga Boznańska

Kolejny raz kupiłem bilet "wraz z przewodnikiem". Oglądanie wystawy z przewodnikiem to zupełnie inna jakość, zwłaszcza, gdy ogląda się wystawę dzieł artysty "nieznanego". Na tour z przewodnikiem trzeba zarezerwować około 1,5h. Potem oczywiście samotny obchód, przystanki, detale, parę zdjęć. Odwiedzający Ville le Fleur po raz pierwszy powinni poświęć zdecydowanie więcej czasu na obejrzenie całości zbiorów Muzeum. Pisałem o tym szerzej przy okazji prezentacji dorobku M. Kislinga (TU) nie będę się powtarzał. Zapewniam - warto!

Harfa
Niech zachętą będzie informacja, że Olga Boznańska była dobrą znajomą, wręcz przyjaciółką, z którą artysta chętnie przechadzał się po paryskich ulicach, oboje, prowokująco w strojach demode. O ile twórczość O. Boznańskiej przebiła się do zbiorowej świadomości, a jej prace dawno osiągają milionowe kwoty, o tyle B. Biegas nie jest tak głośnym nazwiskiem, a ceny jego obrazów/rzeźb zamykają się w zdecydowanie niższych kwotach. Prezentacja jego sztuki z pewnością przyczyni się do wzrostu wartości zwłaszcza (jak sądzę) obrazów. Przemawia za tym oryginalność autorskiego pomysłu na "sferyczną" budowę obrazów i zdecydowane, wibrujące kolory.
Walka o życie - śmierć.
Ta praca w gipsie oraz inne płaskorzeźby tego typu są szalenie ciekawe, inne niż
większość znanych mi rzeźb. Bardzo oryginalne. Ekspresyjne.
Na tyle unikalne, że będąc na seansie "Wichrowych  Wzgórz" (2026) moją uwagę przykuło
bogato zdobione zwieńczenie kominka w Drozdowym 
Gnieździe. Filmowa płaskorzeźba składa się wprawdzie z rzeźbionych dłoni, ale ekspresja
płaskorzeźby, biel, wymowa i wreszcie monumentalna wielkość przywodzi na myśl rzeźby
B. Biegasa. Filmowy kominek jest eksponowany dość długo, detalicznie. Widać było, że
twórcom filmu zależało na zwróceniu uwagi widzów na ten szczegół scenografii. Ciekawe,
czy zwieńczenie kominka było inspirowane twórczością B. Biegasa...  

Po zakończeniu zwiedzania zawstydzony swoją niewiedzą kupiłem (200 zł) pięknie wydany album wystawy. To porządna dawka wiedzy o Bolesławie Biegasie okraszona dobrej jakości reprodukcjami dzieł eksponowanych na wystawie.

PS. Kolejna dedykowana konkretnemu artyście wystawa w Villi la Fleur będzie poświęcona Meli Muter. O jej biografii pisałem TU 

sobota, 3 marca 2018

"Tu byłem. Tony Halik", aut. Mirosław Wlekły, 2017. książka

"Tu byłem. Tony Halik", aut. Mirosław Wlekły, 2017. książka

Autor książki-biografii Antoniego Halika podjal się trudnego zadania. Postanowil napisac ksiazke o zyciu faceta, który był znany z konfabulacji, z tego, ze kazda opowiadana przez niego historia miała różny przebieg w zaleznosci od czasu i towarzystwa w którym była prezentowana. Halik mnożył legendy na swój temat, był ich autorem. Mieszał i kluczyl do tego stopnia, ze ludzie z jego otoczenia przestawali wierzyc w jego opowieści, traktowali to co mowi z przymrozeniem oka, ale tolerowali to, bo Antoni Halik był tak pozytwyna postacia,  ze mu te slabosc wybaczali.
Miał niebywale barwny życiorys, był człowiekiem pełnym pasji, energii. Był wszędzie, widział wszystko (prawie). Nic dziwnego, ze często tracil poczucie rzeczywistości i fantazjowal na temat miejsc w których był, historii których doswiadczal.
Nie byłem specjalnym fanem "Pieprzu i wanilii" (i pochodnych), podróżniczego cyklu prezentowanego przez Ryszarda Badowskiego w ramach "Klubu Sześciu Kontynentów" na antenie TV od początku lat 80-tych. Mysle, ze przyczna było zbytnie "zagadywanie" tematow, osobisty charakter materiałów filmowych i brak rzetelnego, dokumentalnego pogłębienia prezentowanych w filmach tematow. Ale program miał ogromna ogladalnosc, doczekal się kilkuset emisji, a Elżbieta Dzikowska i Tony Halik doczekali się rzeszy wiernych fanow. O popularności argentyńsko-polskiego podróżnika swiadcza liczne, umieszczane w przeróżnych miejscach Globu, zabarwione kpiarska nutą wpisy o treści: "Tu byłem. Tony Halik". Umieszczali je nasi podrozujacy po swiecie rodacy ironizując, podważając wpisami wiarygodność podróżnika-bajarza. Można je uznac także za rodzaj "uśmiechniętego" ukłonu dla wszędobylskiego filmowca-gawędziarza, który objechal kawal swiata, który przy okazji lubil doswiadczac na własnym ciele działania grzybków halucynogennych, jeść różne obrzydlistwa.
Tony Halik był kolorowym ptakiem wpuszczonym do szarej klatki PRL-owskiej rzeczywistosci. Nic dziwnego, ze wielu go podziwialo, a wszyscy zazdrościli możliwości podróżowania, zarabianych przy tej okazji pieniędzy.
Ksiazka M. Wlekłego  jest solidnie udokumentowana biografia, która dowodzi, ze Tony Halik pomimo wielu konfabulacji był człowiekiem dla którego podróżowanie i filmowanie było trescia zycia. M. Wlekły przy pomocy Elżbiety Dzikowskiej ujawnia także mroczne, ukrywane przez T. Halika fakty z jego zyciorysu. To oczywiście jest szalenie ciekawe, ale...
Wiele z tych informacji pochodzi z koperty, która Tony Halik opatrzył własnoręcznym napisem: "Nie otwierać. Bardzo ważne. Spalić! w razie mojej śmierci. Tak jes moja ostatnia wola. Proszę ją uszanować" (pisowania oryginalna).
Towarzyszka (druga, pierwsza była Pierrette - Francuzka, która zostawil dla E. Dzikowskiej) zycia T. Halika nie uszanowala jego woli. Dzieki temu jesteśmy bogatsi o informacje, które miały ulecieć z dymem. Dzieki temu także, dowiadujemy się, ze jeśli mamy cos do ukrycia to lepiej jest to spalić własnoręcznie, niż powierzać tę misję najbliższym...
Książka pomimo znacznej objetosci - 480 str., czyta się bardzo szybko. Przyczyna jest niesamowicie kolorowa biografia bohatera, która może zainteresować nie tylko tych, którzy znali programy Halika, ale także tych, którzy szukają historii o ludziach żyjących z pasją, pasji poświęcających swoje życie.

piątek, 11 listopada 2022

"Wielka woda", reż. Jan Holoubk i Bartłomiej Ignaciuk, 2022, Polska, serial, Netflix

 "Wielka woda", reż. Jan Holoubk i Bartłomiej Ignaciuk, 2022, Polska, serial, Netflix

Nie sposób było nie zauważyć wejścia tego serialu na platformę Netflix. Sporo informacji na samym Netfliksie, a także w mediach drukowanych. Praktycznie wszystkie opinie więcej niż pozytywne, więc jakiś czas temu stwierdziłem, że nie będę się opierał. Obejrzałem serial w kilku dosiadach trenażera, tego wioślarskiego oczywiście :) Jednak wcześniej podrzuciłem informację o filmie koleżance, która "na szybkim" przejrzała cały serial, a gdy wróciła z opinią inną od tych obiegowych, tym bardziej musiałem go zobaczyć. Poza uwagami odnoszącymi się do roboty filmowej sensu stricto miała także kilka spostrzeżeń dotyczących sposobu pokazywania polskiej, siermiężnej rzeczywistości. Byłem ciekawy, czy rzeczywiście zauważę sceny/dialogi, które jej zdaniem pokazują Polskę w złym świetle. 

Jednak najważniejszym powodem dla którego obejrzałem ten film był motyw czysto poznawczy. Otóż w lipcu roku 1997, gdy miała miejsce powódź stanowiąca tło "Wielkiej wody" nie interesowałem się zbytnio przyczynami tragedii, która zabrała życie 56 osób i majątek kilkudziesięciu tysięcy rodzin. Pochłaniały mnie wówczas zupełnie inne sprawy, a Wrocław i jego okolice były tak daleko od Warszawy... Oczywiście śledziłem informacje podawane przez serwisy informacyjne, dorzucałem się do akcji charytatywnych, rozmawiałem ze swoimi znajomymi z Wrocławia, ale moja wiedza na temat przebiegu i przyczyn tej tragedii była więcej niż nikła. Ówczesny rząd zapewniał, że wszystko jest pod całkowitą kontrolą, a do historii przeszła wypowiedź ówczesnego premiera - Cimoszewicza: "Trzeba być przezornym, trzeba się ubezpieczać". 

W każdym razie liczyłem, że "Wielka Woda" wniesie dodatkowe, znaczące informację uzupełniając moją wiedzę o powodzi 1997. I się rozczarowałem... Otóż zgodnie zresztą z kilkoma linijkami tekstu w czołówce pierwszego odcinka nie jest to serial dokumentalny, paradokumentalny, ale kino katastroficzne. Konstrukcja akcji jest typowa dla tego gatunku. Na tle "największej klęski żywiołowej, w historii powojennej polski" autorzy filmu prowadzą kilka różnych wątków opowiadając historie w które uwikłane są główne postaci filmu. Te prywatne, powiązane z powodzią dramaty są niczym w zestawieniu z tym co dzieje się w drugim planie, a zwłaszcza z przebiegiem buntu mieszkańców miejscowości Kęty, którzy bronią swojej wsi przed celowym zalaniem mającym ocalić Wrocław. Mocną stroną filmu jest realizacja i zdjęcia, których autorem jest Bartłomiej Kaczmarek. Efekty specjalne, gdzie woda topi ulice, wlewa się do przejść poziemnych są najwyższej próby. Nie ma w nich śladu sztuczności, nie widać, że to komputer i green box. W sumie fajne kino, które oceniam na 6 - niezły, w 10-cio punktowej skali filmweb. To, że jest to tylko szóstka wynika chyba z mojego rozczarowania, że mało w nim twardych faktów, dużo fikcyjnej fabuły. Zdecydowanie wolałbym obejrzeć solidny dokument pokazujący kulisy utraty twarzy omnipotentnej władzy, śledzący losy ludzi, którzy utracili dorobek życia.

Czy polska rzeczywistość została przedstawiona tendencyjne, w złym świetle? Nie będę pisał czy zgadzam się z opinią mojej koleżanki. Ona jest wybitnie uczulona na wszelkie elementy, które jej zdaniem źle pokazują Polskę i Polaków. To czy one rzeczywiście tam są pozostawiam opinii każdego widza, bo film warto jest zobaczyć. Zdecydowanie!